Martwy horyzont

"Milczenie o Hiobie" - reż. Piotr Cieplak - Teatr Narodowy w Warszawie

Piotr Cieplak zamiast opowiadać historię, wdaje się w sceniczne teoretyzowanie. Księgę Hioba podlewa publicystycznym sosem. Bardzo na czasie, lecz bez smaku.

Zaczyna się niepostrzeżenie, gdzieś z ukrycia wyłania się Cezary Kosiński i z designerskiego fotela, jak nowoczesny psychoterapeuta, wprowadza wszystkich w prolog do Hiobowego upadku. To pierwsza połówka klamry, która zepnie spektakl w dwu najważniejszych momentach starotestamentowej przypowieści: gdy Bóg za namową szatana wystawi szczęśliwca na cierpienie i gdy je od niego odsunie, w finale udowadniając potęgę swoją i bogobojności Hioba. Kosiński pojawia się tak naprawdę tylko wówczas, choć jest obecny w innych momentach jako obserwator, i do końca nie wiadomo nawet, czy jedynie narrator. Właściwie kto to opowiada? Od lat jeden z ulubieńców Cieplaka gra te słowa tak sugestywnie, jakby za nim, w ciemnościach sceny, stał ktoś inny. Kogo daje się tylko do zrozumienia. Mimiką, wyczuciem i przede wszystkim opanowaniem. A na koniec aktor oferuje nadzieję, że ostatecznie wszyscy jesteśmy w dobrych rękach. To dziwne zło już za nim nie czyha. Oczyszczająca rola, kolejna Kosińskiego u Cieplaka po "Nieskończonej historii" sprzed dwóch lat. Już dawno powinien był trafić do stałego składu Teatru Narodowego...

Rozpoczynam od laudacji na cześć aktora, by uczciwie pokazać, że gdyby rozbić "Milczenie o Hiobie" na czynniki pierwsze i poprzyglądać się pojedynczym epizodom-monologom, otrzymalibyśmy kilka rozdziałów podręcznika pt. jak wygrać swój moment w przedstawieniu. Ale - jednak - Cieplak proponuje całość, która między początkiem a końcem wymyka się na różne strony, nie drażniąc, nie zagarniając widza, nawet nie dając wiele do przemyślenia.

Fenomenalny początek, obietnica wejścia w głąb choćby i za zaplecze teatru, które z upodobaniem reżyser odsłania (siedzimy wewnątrz sceny Bogusławskiego, widownię mając przed sobą przez niemal całe przedstawienie zasłoniętą żelazną kurtyną), urywa się. To koniec metafizycznego przeczuwania Boga w niedopowiedzaniach, codziennych sytuacjach, czyli tego czegoś, co od wielu lat decydowało o sile teatru Cieplaka. Musi wystarczyć Monika Dryl ze wskaźnikiem oraz jej wykład o obrazie de La Toura wyświetlanym z rzutnika. Dysertacja o zmęczonym ciele Hioba. Estetyka (rządzi jako zasada naczelna tej całości). Dziś nazywają tę formę prezentacją, a na scenach i w jej teoriach nowoczesnych - instalacją teatralną. Nigdy nie posądziłbym tego twórcy o to, że każe aktorom wygłaszać aforyzmy wprost do publiki i taplać się w niewytłumaczalnym dystansie do samych siebie i podejmowanego - z pełnym przekonaniem - ryzyka. Jasne, pamiętam "Fantazego" sprzed lat trzech i tamte zabawy konwencją (quasi-radiowy reportaż z wypadków), ale wówczas chodziło o penetrację języka i retoryki, w podtekście z puszczaniem oka do tych, którzy frazy Słowackiego inaczej dziś nie przyjmą. W "Milczeniu" dopatruję się już tylko kapitulacji i nie sądzę, by można tu było mówić o zamierzonej bezsilności czy też wyśmiewaniu mód młodego teatru. Cieplakowi szkoda już na to czasu, od kiedy podsumował te mody, wystawiając Ionesco w krakowskim Starym. Podejrzewałbym raczej reżysera o próby zbudowania oratorium, jakie proponował wielokrotnie, także w swoich wcześniejszych egzegezach Księgi Hioba.

Chyba że przekonuje: to kawałek niewiedzy (ten temat przerabiał również parę razy), a w przypadku Hioba brak zadowalających odpowiedzi na pytanie "unde malum?". Lecz skoro tak, warto pytać o konsekwencje. Skąd nagle - znakomity i od dawna niewidziany - Zbigniew Zamachowski z peroracją o polskiej czapli i po co ta wzruszająca relacja na tle powtarzanych do znudzenia żartów o powszechnej nienawiści do Żydów. Jeśli chce Cieplak nieco wyedukować widza nowomową rodem z ćwierćinteligenckich relacji Jana T. Grossa, to warto kilka razy sprawdzić, czy ranga spektaklu na taki banał pozwala. Fatalnie wypada też snucie się po scenie wszystkich i czytanie a to Edelmana, a to Stasiuka... A nie tak trudno sięgać wyżej, wystarczy Wiktoria Gorodeckaja i jej fragmenty z Miłosza. Wyzwalają jak pieśni Elifaza, Bildada i Sofara...

Zanim jeszcze domknie widowisko Kosiński, odsłoni się przed nami Sala Bogusławskiego. Potężna w mroku, tylko po brzegach skąpana w błękitnej toni światła, jeszcze przeraźliwsza przy przyciemnionych kandelabrach, przemówi potężnie Pierwszą mową Boga z finału Księgi. Aktorzy niewidoczni w środku, bezsilni wobec przestrzeni, ale te przytłaczające słowa wypowiadają, jakby nie było już nic istotniejszego. Tak, poza nimi nie daje się dojrzeć innego horyzontu.

Przemysław Skrzydelski
W Sieci
13 listopada 2013

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia