Marzy mi się mniej poważny teatr

Rozmowa z Michałem Borczuchem

Kolejnym istotnym powodem do takiego wystawienia dramatu jest próba odpowiedzenia sobie na pytanie, czym jest metafizyka, która u Goethego stanowi ciekawy konstrukt. To, o czym on pisze, jest momentami bardzo dosłowne, zarówno jeśli chodzi o tekst, czy pewien gest pisarski jak na przykład siedmiomilowe buty.

Z Michałem Borczuchem, reżyserem spektaklu "Faust" rozmawia Patrycja Golik.

Patrycja Golik: „Faust" doczekał się wielu teatralnych adaptacji. Dlaczego więc podjął się Pan reżyserowania kolejnej z nich?

Michał Borczuch: - Po pracy nad „Cierpieniami młodego Wertera" odnoszę wrażenie, że u Goethego pojawia się mnóstwo obserwacji na temat świata i człowieka, które są dla mnie o wiele ciekawsze od tego, co znajduję w sztukach Williama Szekspira. Ponadto „Faust" w tłumaczeniu Adama Pomorskiego jest naprawdę świetnie opracowany. Czytając go miałem poczucie, że obcuję z zupełnie innym tekstem niż tym, który czytałem kilkanaście lat temu. Tłumaczenie stało się więc bezpośrednim impulsem do stworzenia tego spektaklu.

W Pana wersji dramatu główną rolę przejmuje Małgorzata, istotnym elementem jest również brak zmysłu wzroku. Skąd pomysł na takie poprowadzenie akcji?

- To skupienie się na kwestii widzenia-niewidzenia związane było z pomysłem, który pojawił się podczas lektury dramatu. Włączyłem więc do projektu osoby niewidome. Co wynika z kolei z moich poprzednich działań i szukania takiej nietypowej kooperacji. Wcześniej współpracowałem m.in. z autystami. Wiąże się to również z wątkiem wpisanym w sam tekst, a więc Faustem tracącym wzrok. Kolejnym istotnym powodem do takiego wystawienia dramatu jest próba odpowiedzenia sobie na pytanie, czym jest metafizyka, która u Goethego stanowi ciekawy konstrukt. To, o czym on pisze, jest momentami bardzo dosłowne, zarówno jeśli chodzi o tekst, czy pewien gest pisarski jak na przykład siedmiomilowe buty.
 
Nie po raz pierwszy postawił Pan na scenie, obok aktorów profesjonalnych, amatorów. Jak narodziły się te kooperacje?

- Pierwsza taka współpraca wynikała z projektu Agaty Siwiak „Wielkopolska: Rewolucje". Pojawiła się tam idea znajdująca uzasadnienie w samej formule przedsięwzięcia, która zakładała zaangażowanie podopiecznych z domu dziecka. Było to doświadczenie, które otworzyło mi inną przestrzeń poszukiwań artystycznych. Każdy kolejny projekt, angażujący specyficzną grupę nieprofesjonalnych aktorów, był konsekwencją tego pierwszego spotkania.
 
Co chce Pan osiągnąć jako reżyser, jakie emocje wywołać u widza?

- Chciałbym, aby widz przeżywał wiele różnych emocji podczas oglądania moich spektakli, ale zdecydowanie nie przyświeca mi cel stricte dydaktyczny czy w jakiś sposób propagandowy. Chodzi mi o intensywne doświadczanie, spotkanie z czymś, co z pozoru jest obce i inne, a tak naprawdę stanowi część rzeczywistości, w której ten widz się obraca.
 
Patrząc od drugiej strony – czego Pan, jako widz, oczekuje od teatru?

- Aby odszedł od pewnych klasycznych standardów i wyzbył się, moim zdaniem, nieuzasadnionej powagi. Osobiście nie rozumiem takiego bardzo poważnego podejścia do teatru czy w ogóle pracy w teatrze jako reżyser i nie tylko. Mimo, że obracam się w środowisku, w którym nadal jest to odczuwalne, uważam takie zjawisko za zwyczajnie męczące. Życzyłbym sobie tego, aby teatr jako instytucja, jako przestrzeń do opowiadania historii, miał sam do siebie o wiele więcej dystansu niż posiada obecnie - przynajmniej teatr w Polsce.

Michał Borczuch – polski reżyser teatralny i autor adaptacji. Uznawany za jednego z najzdolniejszych teatralnych twórców młodego pokolenia. Inspirują go baśnie Andersena, psychoanaliza Freuda i powieści Goethego.

Patrycja Golik
Dziennik Teatralny Katowice
19 listopada 2015
Portrety
Michał Borczuch

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski