"Matki", czyli sukces

"Matki" - reż. Katarzyna Deszcz - Teatr Nowy w Zabrzu

Temat tego dramatu to niby żadna nowość - przepaść międzypokoleniowa; motyw obecny w sztuce od wieków. A jednak "Matki" Piotra Rowickiego zaskakują, niektórych widzów wpędzając nawet w konfrontację z ich własnymi doświadczeniami. Prapremierowa realizacja "Matek" w Teatrze Nowym w Zabrzu zwyczajnie wciąga. Precyzja reżyserska Katarzyny Deszcz sprawia, że niemal nic nie obniża napięcia spektaklu, granego półtorej godziny bez przerwy.

I choć w tytule pojawia się liczba mnoga, a archetypiczne postacie Matek ingerują w akcję, to tak naprawdę bohaterka jest jedna. Jak w cytowanym na scenie, sentymentalnym powiedzeniu (i w ordynarnym pijackim dowcipie, niestety), że "matkę się ma tylko jedną".

Pomiędzy Matką Boską, wołająca na obiad Jezusa, a Matką Wyrodną Suką, siedzącą na Facebooku i modelowo wręcz zaniedbującą córkę Andżelikę, miota się więc Ona, po prostu Matka.

Zwyczajna, codzienna, współczesna, najwyraźniej wychowana w PRL-u (choć mogłaby w każdym ustroju), uharowana do nieprzytomności, ale też aż po śmierć, chorobliwie broniąca swego prawa do kontrolowania życia trójki dorosłych dzieci.

Czyli ciężki dramat psychologiczny? No, nie całkiem Siłą tekstu Rowickiego jest konstrukcja, język i zmienna perspektywa spojrzenia na problem. Nigdy nie wiemy, kiedy oskarżenie nadopiekuńczych (a przecież czyniących to z miłości) Matek zmieni się w oskarżenie bezdusznych (a przecież czyniących to w imię prawa do samodzielności) okrutnych Dzieci, gotowych rodzicielkę i zabić, choć z wygody, lub ze strachu, nie własnymi rękami. Taka zmienna ogniskowa bywa dla publiczności bolesna. Raz nieswojo czują się widzowie-rodzice, raz widzowie-dzieci. Ale niewielu jest tych, którzy by odmówili celności padającym argumentom. Obydwu stron.

Równocześnie z grą w "oskarżenie i obronę" autor i reżyserka prowadzą z publicznością grę w konwencje. Co rusz spektakl niespodziewanie skręca ze ścieżki moralitetu w surrealizm czy wręcz groteskę, choć śmiech to raczej jadowity. I tak dzieje się na przemian, żebyśmy się przypadkiem nie ustawili po jednej tylko stronie barykady!

A do tego język postaci, sklejony z emfatycznie poetyckich fraz, stylizowanych (na dziecinne) wyliczanek, sloganów popkultury i przekleństw (tylko gdy potrzeba).

Całość, celowo prowokacyjna w treści i w formie, nie jest jednak jakąś sceniczną magmą przypadkowych pomysłów inscenizacyjnych. To świetnie zbudowane przez Katarzynę Deszcz przedstawienie, w którym każdy szczegół ma uzasadnienie, a aktorski gest jest na tyle wieloznaczny, że w zależności od interpretacji może określać różne emocje. W wyrównanym aktorsko spektaklu króluje jednak Danuta Lewandowska w roli Matki. Trudno zresztą powiedzieć, że zagrała doskonale. Ona po prostu na scenie Matką jest.

Polecam.

Henryka Wach-Malicka
Dziennik Zachodni
15 października 2013

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...