Mayday, mayday!

"Mayday" - reż. Wojciech Pokora - Teatr Bagatela w Krakowie

Świetny spektakl, śmieszny do granic możliwości, najlepsza i ponadczasowa komedia Teatru Bagatela... takie opinie słyszałam przed spektaklem i niewątpliwie nie były błędne, poza jednym stwierdzeniem – najlepsza komedia.

W Bagateli widziałam już całe zastępy komedii i zaprawdę powiadam Wam – jest lepsza komedia niż „Mayday", „Mayday 2", a także „Mayday 1 i 2" razem wzięte. Pewnie gdybym akurat „Mayday" obejrzała jako pierwszy, to miałabym inne zdanie, ale człowiek jest sumą doświadczeń i to, co się zobaczyło, już się nie odzobaczy.

Czy możliwe jest, żeby jeden mężczyzna równolegle miał dwie żony, mieszkał w dwóch domach i żeby to bezbłędnie funkcjonowało? Wydaje się kompletnie niemożliwe, a jednak... przy doskonałej logistyce i perfekcyjnej strategii nagle dokonują się rzeczy, o jakich się filozofom nawet nie śniło. Wprost gotowy scenariusz na życie dla mężczyzn chcących żyć szczęśliwie w trójkącie. Bohater sztuki Raya Cooneya, bigamista John Smith (Krzysztof Bochenek), mógłby stać się idolem, tych prowadzących podwójne życie, tyle, że jak wynika ze sztuki – wszystko kiedyś się kończy, a zwykły wypadek/przypadek potrafi tak bardzo namieszać w planie w 100% idealnym, że już nie ma żadnego odwrotu z drogi kłamstwa, które generuje siatkę kolejnych, i kolejnych i dochodzimy do punktu kulminacyjnego, w którym już nie zmieści się nawet pół niewinnego kłamstewka i wszystko „wybucha". Bum!!!

Ray Cooney, kiedy wystawił „Mayday" i został okrzyknięty mistrzem farsy, po tym jak sztuka zdobyła niebagatelną popularność, był często pytany o przepis na dobrą farsę. Mówiąc o farsie, zwracał się paradoksalnie w stronę tragedii i to ona dla niego była wartościowa przy konstruowaniu fabuły. Sytuacja w farsie, patrząc obiektywnie, na ogół wydaje się tragiczna, tutaj w „Mayday" – mąż bigamista, zdrada, podwójne życie, ogrom kłamstw... A jednak farsa nie zalicza się do tragedii, gdyż jej zadaniem jest wywoływanie śmiechu. Cooney dużą wagę przykładał też do wyboru aktorów, podkreślał, że to muszą być świetni i precyzyjni aktorzy tragiczni, bo zagrać komedię i wywołać śmiech widowni wcale nie jest tak prosto. Tutaj aktorzy muszą być zgrani, świetnie ze sobą współpracujący, podążający za tempem akcji.

Kluczem do dobrej farsy są też odpowiednio skonstruowani bohaterowie – prawdziwi, usytuowani w realiach doskonale znanych widzom. W toku akcji bohaterowie nagle zostają postawieni w trudnej i nieznanej im dotąd sytuacji, a przez to grunt usuwa im się spod nóg i tracą nad nią zupełnie kontrolę. I to jest punkt zapalny do wybuchu śmiechu pośród publiczności, to ta utrata kontroli i miotanie się w sytuacji, która wali się na łeb, na szyję, stanowi oś komizmu. Jednak Ray podkreśla, że wciąż jednak jest to sytuacja tragiczna.

Może właśnie przez to, że farsa jest takim mało „czystym" gatunkiem, bo niby komedia, ale jednak zbudowana na tragedii, dysponuje taką mocą oddziaływania na publiczność. Oczywiste jest, że ma ona głównie bawić, a nie zmuszać do rozległych refleksji, ale nie może być ona głupawa czy trywialna, bo wtedy cały czar pryska.

O powodzeniu całego przedsięwzięcia decydują też aktorzy, to ich praca włożona w budowę postaci, ich warsztat, ich umiejętność pędzenia za uciekającą fabułą, nadążanie za galopującym tekstem – i to wszystko w dobrym stylu i niemal perfekcyjnej współpracy między sobą na scenie. Ekipa Bagateli sprostała wyzwaniu bezbłędnie i to właśnie dzięki nim ten spektakl zyskał taką popularność, bo nie wystarczy napisać świetny tekst, trzeba jeszcze ten tekst przekazać w sposób jak najbardziej autentyczny i naturalny. Nawet jeśli podczas odgrywania spektaklu wkradły się jakiekolwiek błędy, to obsada, która miałam okazje oglądać, zagrała tak, że tylko oni sami o nich mogli wiedzieć. To jest sztuka niezwykle dynamiczna językowo i fabularnie, trzeba być naprawdę dobrym aktorem, żeby nie zgubić rytmu, żeby dorównywać kroku temu, co się rozgrywa. Szczególnie ujęła mnie postać przyjaciela Johna Smitha, grana przez Łukasza Żurka. Jego Stanley Gardner był fenomenalny pod każdym względem. Świetny również był Maciej Słota, grający geja Bobbiego Franklina, rolę wyróżniającą się mocno na tle innych postaci. Nie można również zapomnieć o reżyserze Wojciechu Pokorze, głównym dyrygencie, spinającym całość i panującym nad tą farsą.

Jak już wspomniałam bohaterem jest John Smith, bigamista, żyjący równolegle w dwóch rzeczywistościach. Życie na dwa domy i dwie żony miał opracowane do perfekcji, wszystko szło gładko i bezproblemowo do czasu... kiedy w ten precyzyjny, idealny plan wdarł się jeden błąd/wypadek/przypadek, obojętnie jak to nazwiemy, ale kluczowe jest to, że stał się on przyczynkiem wręcz lawiny problemów, które zaczęły się sypać na głowę Johna jak rozpadający się domek z kart. Ta misternie wypracowana konstrukcja runęła i pociągnęła za sobą mnóstwo nieporozumień, wciągnęła w wir mimowolnie kilka „ofiar" i zakończyłaby się katastrofą, gdyby nie to, że jest farsą i wszystko kończy się jednak pomyślnie. A nawet bardziej niż pomyślnie, bo powstała przecież druga część – „Mayday 2", którą miałam okazje oglądać jako pierwszą. Szczerze mówiąc – spektakle są niesamowicie równe, jeśli o tempo i poziom humoru chodzi, fabularnie zaś obojętne by mi było, którą część oglądam, obie dla mnie są bardzo podobne, ta sama oś konstrukcji, ten sam pomysł fabularny.

Nie będę zdradzać fabuły ponad to, co już padło, żeby nie psuć zabawy, bo i o zabawę głównie tu idzie. Żeby publiczność płakała ze śmiechu, zapomniała o realnym świecie i pobiegła za tym, co na scenie. Bo trzeba tutaj zaznaczyć, że publiczność również musi nadążać za akcją, żeby skorzystać z tego doświadczenia w 100%.

Monika Sobieraj-Mikulska
Dziennik Teatralny Kraków
11 listopada 2020
Portrety
Wojciech Pokora

Książka tygodnia

Utalentowani jak Nardelli
Sekcja Krytyków Teatralnych ZASP
red.: Anita Nowak, Krystyna Piaseczna, Piotr Rudzki

Trailer tygodnia