Męczył go ból istnienia

rozmowa z Januszem Deglerem

Klata w 1986 roku jako mały chłopczyk zdobył jedną z głównych nagród w konkursie im. Witkacego "na otwartą formę dramatyczną dla dzieci i młodzieży", zorganizowanym przez Teatr Współczesny we Wrocławiu. W sztuczce Słoń zielony, drukowanej w "Dialogu", świadomie nawiązał do dziecięcych dramacików ośmioletniego Stasia, a więc na pewno czytał wtedy także jego "dorosłe" dramaty

Rozmowa Jacka Kopcińskiego z profesorem Januszem Deglerem

JACEK KOPCIŃSKI Panie Profesorze, dzięki Pańskiej pracy historyka teatru wiemy dziś bardzo dużo o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu w teatrze międzywojennym – temu tematowi poświęcił Pan osobną książkę. Z kilku Pańskich studiów i artykułów wyłaniają się także dzieje powojennej recepcji dramatów Witkacego w Polsce i na świecie. Pańskie opracowania sięgają roku 1983 i przyznam, że spodziewałem się ich kontynuacji. Czekałem na książkę o Witkacym w teatrze drugiej połowy XX wieku, tymczasem Pan odszedł od badań nad dramaturgią autora Mątwy i zajął się biografistyką, czego plonem jest Witkacego portret wielokrotny. Skąd ta zmiana?

JANUSZ DEGLER Powojenne dzieje sceniczne Witkacego to bez wątpienia najważniejszy rozdział recepcji jego wielostronnej twórczości i na pewno bardzo ważny rozdział w historii naszego teatru, pełen zresztą zaskakujących zwrotów oraz niezwykłej kariery niektórych sztuk. Śledzę te dzieje i dokumentuję od pierwszej premiery, która odbyła się w maju 1956 roku w Cricot 2. Omówienia kolejnych okresów obecności dramaturgii Witkacego na polskich i zagranicznych scenach wraz z dokumentacją znajdą się w książce Witkacy i teatr, którą na razie odłożyłem na bok, by zająć się właśnie jego biografią. Dlaczego? Ma to związek z dawnym nieformalnym podziałem zadań wśród polskich witkacologów.
Jak Pan wie, należę do drugiego pokolenia badaczy twórczości Witkacego. Do pierwszego pokolenie należeli Konstanty Puzyna, Jan Błoński, Irena Jakimowicz, których zasługi dobrze znamy. Po nich przyszliśmy my, to znaczy. Anna Micińska, Lech Sokół, Bohdan Michalski, ja i wielu autorów świetnych prac, które ukazały się na początku lat siedemdziesiątych. Uznaliśmy, że zanim zajmiemy się interpretacją dzieł Witkacego, należy je poprawnie wydać. Wiele z nich nie było publikowanych. Micińska wydała z rękopisu 622 upadki Bunga i Niemyte dusze, Michalski zajął się pismami filozoficznymi, ja dramaturgią oraz tekstami teoretycznymi i publicystycznymi. Ponadto Micińskiej przypadło najtrudniejsze zdanie: opracowanie jego korespondencji z żoną i napisanie biografii.

KOPCIŃSKI Przedwczesna śmierć Anny Micińskiej zniweczyła te plany.

DEGLER Tak, niestety… Do dziś trudno się nam z tym pogodzić. Anna była kopalnią wiedzy o życiu Witkiewicza, całą jego biografię nosiła w pamięci, a ponadto, mieszkając od dzieciństwa w Zakopanem, poznała mnóstwo ludzi z kręgu Witkacego i gdy potrzebowaliśmy jakiejś informacji, po prostu zwracaliśmy się do niej. Po śmierci Anny na mnie spadł obowiązek przygotowania krytycznej edycji listów Witkiewicza. Jest to praca stokroć trudniejsza i bardziej skomplikowana niż opracowanie wszystkich innych tekstów. Po wydaniu pierwszego tomu jego listów do żony porównałem tę pracę do przejścia przez piekło, które liczy siedem kręgów…

KOPCIŃSKI Przypisy do opracowywanych przez Pana listów Witkiewicza są bardzo obszerne. Sprawdza Pan każdy szczegół biografii pisarza.

DEGLER Tak. Podstawową zasadą edytora powinno być wyjaśnianie wszystkiego, co tylko można. Nieraz słyszę głosy, że utrudniam sobie zadanie, rozbudowując nadmiernie biogramy osób, które pojawiają się w listach. Uznałem jednak, że warto dokładnie zaprezentować środowisko ludzi, wśród których wychował się, a potem tworzył Witkacy. W większości byli to bowiem ludzie wyjątkowi. Należeli do trzech pokoleń polskiej inteligencji. Kiedy poznawałem ich życiorysy, ze zdumieniem odkrywałem, że tak wielu z nich kończyło studia na renomowanych uczelniach europejskich. Nic dziwnego, że w 1918 roku byli świetnie przygotowani do budowania wolnego, nowoczesnego państwa i że ten cud scalenia ziem trzech zaborów w jeden organizm tak szybko się dokonał.

KOPCIŃSKI Co odziedziczył po nich Witkacy?

DEGLER Przede wszystkim szacunek dla pracy, który wpajał mu ojciec. Pracował niezwykle intensywnie i niemal każdy dzień miał dokładnie zaprogramowany. Nie znosił marnotrawstwa czasu. Stać go było na rezygnację z dwóch tysięcy złotych honorarium (wtedy suma niebagatelna!) za rolę w filmie Mogiła nieznanego żołnierza, bo zdjęcia się przedłużały, a jemu spieszno było do pisania powieści Nienasycenie. Dlatego oddał rolę.

KOPCIŃSKI Biografia Witkacego obrosła grubą warstwą legendy. Pan postanowił zedrzeć maski, jakie zakładano pisarzowi i którymi on sam zasłaniał swoją prawdziwą twarz. Pyta Pan: jak to jest być kimś takim jak Witkacy? Sposobem na kontakt z Witkacym-człowiekiem miała być lektura jego prywatnej korespondencji, zwłaszcza zaś listów do żony Jadwigi. Domyślam się, że nie była to dla Pana lektura łatwa.

DEGLER Kiedy przystąpiłem do pracy nad listami, byłem naprawdę przerażony i wydawało mi się, że nigdy nie zdołam przygotować ich do druku. Witkacy miał zwyczaj dokładnie informować żonę o tym, co się z nim i wokół niego działo. Nic dziwnego, że pojawiają się w tej korespondencji setki nazwisk osób, przeważnie nieznanych lub przypadkowych, jak na przykład klientów Firmy Portretowej, ale także bliższych i dalszych krewnych, o których próżno szukać informacji w istniejących słownikach. A obowiązkiem edytora jest ich identyfikacja i podanie choćby podstawowych danych. Ponadto Witkacy pisze o najróżniejszych sprawach środowiska zakopiańskiego, powtarza miejscowe ploteczki, dzieli się wrażeniami z odbytych wycieczek górskich, informuje nie tylko o swoich lekturach filozoficznych, ale również o odcinkowych powieściach kryminalnych, które z lubością czytał. To wszystko tworzy gęstą siatkę aluzji, którą trzeba cierpliwie rozplątywać. Na pewno sam bym temu nie podołał, gdyby nie pomoc wielu osób, które wertowały prasę międzywojenną w poszukiwaniu nekrologów (najpewniejsze źródło informacji!), wgłębiały się w parafialne księgi metrykalne, chodziły na cmentarze, by z nagrobków odpisywać potrzebne dane itd.

KOPCIŃSKI Wizerunek Witkiewicza od początku był zdeformowany. Krytycy, wśród nich nawet tak wybitni jak Irzykowski, w groteskowych postaciach dramatów Witkiewicza dostrzegali rysy autora i traktowali go jak wariata. Portret, który wyłania się z Pańskiej książki, jest inny, bardziej skomplikowany. Witkacy jawi się tu jako nowoczesny człowiek i artysta, nieustannie rozrywany sprzecznościami.

DEGLER Teraz mogę wrócić do początku naszej rozmowy i pytania, dlaczego wydałem książkę o życiu Witkacego. Bez jego korespondencji nigdy by ona nie powstała. Inspiracją dla większości zamieszczonych w niej szkiców były właśnie konkretne sprawy, o których Witkacy pisze do żony. Wgłębiając się w te setki listów, pocztówek, telegramów (w sumie jest ich 1278), uświadamiałem sobie, że obcuję z zupełnie innym człowiekiem niż ten, którego obraz ukształtowały liczne wspomnienia jego znajomych oraz przyjaciół i który utrwalił się w negatywnej legendzie narkomana, alkoholika, erotomana, dziwaka, słowem – „wariata z Krupówek”, szokującego otoczenie ekstrawaganckim zachowaniem. Niestety, ta legenda nadal żyje w potocznych opiniach o Witkacym. W listach do żony jest on niezwykle szczery i właściwie nie ma przed nią żadnych tajemnic. Pisze o sprawach najbardziej intymnych. Dzięki temu odsłania się całkowicie inna jego twarz od tych, które znamy z licznych fotografii. Jest to przede wszystkim twarz naznaczona cierpieniem. Trapią go różne dolegliwości ciała (niedawno recenzowałem rozprawę doktorską z Akademii Medycznej w Szczecinie, której autorka na pięciuset stronach dokładnie je opisuje!). Cały czas walczy ze swoimi wadami i nałogami (na przykład paleniem papierosów) i autentycznie przeżywa to, że w tej walce często przegrywa. Przede wszystkim jednak męczy go ból istnienia. Wierzę mu, gdy pisze: „Nie ma dla mnie ani pory roku (każda jest zła), ani pogody (jedna gorsza od drugiej), ani w ogóle niczego. Jestem jedną masą cierpienia, które sztucznie ułożonym rusztowaniem z resztek woli utrzymuje się, nie wiadomo po co [...] przy życiu”. Mógłbym przytoczyć wiele podobnych wyznań.

KOPCIŃSKI Odnoszę wrażenie, że w swojej książce chce Pan skleić rozbite lustro Witkacego – dokonać jakiejś integracji jego osobowości.

DEGLER Chciałem ukazać Witkacego – prywatnego, bez tych wszystkich znanych masek, min i błazeńskich grymasów. Człowieka bynajmniej nie szalonego, ale doskonale zorganizowanego, co chyba potwierdza kronika życia i twórczości pomieszczona w książce. Zdumiewa mnie intensywność jego życia i twórczości, zastanawia, jak potrafił wszystko pogodzić, oraz budzi podziw to, że podejmował stale nowe wyzwania. Kiedy w latach trzydziestych opuściła go wena literacka, zagłębił się bez reszty w filozofię, wdając się w polemiki z najwybitniejszymi filozofami europejskimi. Jako artysta miał przeciwko sobie niemal całą krytykę literacką i teatralną. Nikogo nie usiłowano z równą bezwzględnością zdyskredytować i ośmieszyć. Pozostał jednak wierny sobie i nigdy nie poszedł na żadne kompromisy. Co prawda musiał zarabiać na życie, wykonując kilkadziesiąt portretów miesięcznie, ale sztuka była dlań sprawą najwyższej rangi. Powaga, z jaką traktował swoją teorię sztuki, sprawiała, że była ona przedmiotem kpin i uznano ją za teorię bezsensu. Bronił jej do upadłego, wykazując przeciwnikom brak przygotowania filozoficznego i estetycznego. On – jeden z największych nowatorów w polskiej sztuce – był jednocześnie zdecydowanym wrogiem eksperymentów. W artykule O teatrze artystycznym, opublikowanym rok przed śmiercią, który można uznać za testament artystyczny, pisał: „Sztuka i eksperyment są to dwie niewspółmierne istności. W sztuce nie można próbować – musi się tworzyć, będąc, że tak powiem, zapiętym na ostatni guzik. Może wyjść knot mimo wszelkich wysiłków, ale ten wysiłek musi być dokonany do ostatka. Wtedy tylko można dokonać czegoś istotnego”.

KOPCIŃSKI Uprawia Pan nieinwazyjny typ biografistyki literackiej. Czytając listy, świadectwa, dokumenty, tak je Pan ze sobą komponuje, a potem prezentuje, by przemówiła przez nie sama biografia artysty. To rzadkość w dzisiejszych czasach, które przyzwyczaiły nas do bezkompromisowego obchodzenia się z dokumentami jako przedmiotem wszelakiego rodzaju dekonstrukcji.

DEGLER Tak, to jest mi obce. Staram się być w miarę obiektywny, pamiętając o przestrodze Miłosza, że każda biografia jest w jakiejś mierze zafałszowaniem życia. Wolę zatem dokładnie cytować dokumenty, niż nimi manipulować. I często oddaję głos Witkacemu, który mówi słowami swoich listów. Nie ma tu zatem ciągłej narracji, jak w klasycznej biografii. Omawiam tylko najważniejsze wydarzenia z jego życia w latach międzywojennych (m.in. ślub z Jadwigą Unrużanką, burzliwy związek z Czesławą Korzeniowską, przyjaźń z Hansem Corneliusem, niedoszły pojedynek z Karolem Stryjeńskim, epizod filmowy, pracę nad Nienasyceniem). Dlatego jest to biografia we fragmentach, co oczywiście może zostać uznane za zgodne z duchem epoki postmodernistycznej, ale mnie chodziło przede wszystkim o zwielokrotnienie punktu widzenia. Stąd tytuł książki.

KOPCIŃSKI Zdaje Pan sobie jednak sprawę, że odstępując od interpretacji dzieł Witkacego na rzecz lektury jego życia, wpisuje się Pan w główny nurt współczesnej humanistyki? Dlaczego biografia pisarza stała się dla nas bardziej interesująca od jego myśli?

DEGLER Istotnie, od wielu lat obserwujemy wzrost zainteresowań życiem artystów i biografistyka przeżywa wielki renesans. To zapewne swoiste odreagowanie na strukturalizm i semiotykę, które odcinały dzieło artysty od jego życia, ale chyba przede wszystkim dostrzeżenie zjawiska, jakim jest publikowanie na szeroką skalę tekstów paraliterackich: pamiętników, wspomnień, dzienników, różnego rodzaju zapisków i korespondencji, czyli tzw. dokumentów osobistych. Wiele z nich to znakomita literatura, wielekroć bardziej interesująca od samych utworów. Trudno to zignorować w badaniach, tym bardziej iż w wielu wypadkach pozwalają one lepiej zrozumieć twórczość danego autora. W wypadku Witkacego jednak zainteresowanie różnymi dziedzinami jego twórczości oraz przemyśleniami teoretycznymi bynajmniej nie osłabło. Przeciwnie. W ostatnim okresie ukazało się kilkanaście książek o jego dramaturgii, powieściach, teorii sztuki, filozofii, malarstwie. Po prostu wyrosło trzecie i czwarte pokolenie witkacologów, które dogłębnie interpretuje twórczość Witkacego, korzystając z różnych metod badawczych. Niedawno w Słupsku odbyła się konferencja, podczas której dokonała się „zmiana warty” – zdominowali ją bowiem młodzi badacze, którzy bardzo oryginalnie czytają jego teksty, odkrywając w nich nie dostrzeżone dotąd problemy. Miał rację Puzyna, kiedy przewidywał, iż Witkacy wyżywi kilka pokoleń...

KOPCIŃSKI Zastanawiam się jednak, czy badania naukowe mogą odnowić zainteresowanie Witkacym wśród młodego pokolenia reżyserów. Teatr ostatnich lat dwudziestu, poza śmiałymi i oryginalnymi realizacjami Grzegorza Jarzyny czy Jana Klaty, nie dał nam szansy ponownego spotkania z Witkacym jako pisarzem rewoltującym wyobraźnię i świadomość.

DEGLER Witkacy ciągle jest obecny w repertuarze naszych teatrów, mimo iż można odnieść wrażenie, że pojawia się rzadko. Z mojej dokumentacji wynika, że w latach 1990-2005 odbyło się około stu dwudziestu premier, z czego osiemdziesiąt jeden w teatrach zawodowych. Powrócił znowu do teatrów amatorskich, co nieco przypomina lata sześćdziesiąte, kiedy w jego recepcji istotną rolę odegrały teatry studenckie. Niestety, żadna premiera nie stała się ważnym wydarzeniem, dorównującym rangą artystyczną i znaczeniem przedstawieniom Szewców Hermana w Kalamburze, Matki i Szewców Jarockiego, Wścieklicy i Szewców Prusa, tryptyku jeleniogórskiego Lupy. Ma Pan rację, tylko spektakle Bzika tropikalnego Jarzyny i ...córki Fizdejki Klaty zgodnie uznano za ciekawe próby odczytania Witkacego na nowo. Widziałem także niebanalną Kurkę wodną Łukasza Kosa w łódzkim Teatrze Nowym. Niestety, Jarockiemu niezbyt udał się Trzeci akt według „Szewców”, a Grzegorzewskiemu Tak zwana ludzkość w obłędzie, mimo iż były to przedstawienia zrealizowane w Starym Teatrze z udziałem znakomitych aktorów.

KOPCIŃSKI Chciałbym chwilę porozmawiać o teatrze Jana Klaty. Czy nie sądzi Pan, że w jakimś sensie w całości wyrasta on z Szewców Witkacego i w ogóle jego dramaturgii? Myślę o ukazywanym przez Klatę obrazie człowieka jako degenerującej się monady poruszanej już tylko żądzą i ambicjami, skazanej na role śrubki w maszynerii społecznego systemu. O jego obrazie świata jako pola bitwy, giełdy i targowiska próżności. O społeczeństwie, w którym słabi mężczyźni usiłują zdominować silniejsze od nich kobiety, i permanentnej rewolucji, która zjada własny ogon, ustępując pola pragmatyzmowi, konsumpcji i nudzie?

DEGLER Przypomnę, że Klata w 1986 roku jako mały chłopczyk zdobył jedną z głównych nagród w konkursie im. Witkacego „na otwartą formę dramatyczną dla dzieci i młodzieży”, zorganizowanym przez Teatr Współczesny we Wrocławiu. W sztuczce Słoń zielony, drukowanej w „Dialogu”, świadomie nawiązał do dziecięcych dramacików ośmioletniego Stasia, a więc na pewno czytał wtedy także jego „dorosłe” dramaty. Trudno mi jednak odpowiedzieć na Pańskie pytanie, bo widziałem tylko tych kilka przedstawień, które wystawił we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Natomiast w dwóch inscenizacjach Witkacowskich, w …córce Fizdejki i Szewcach u bram, stosuje wypróbowaną w latach siedemdziesiątych metodę aktualizacji problematyki, wpisując ją w realia współczesne, co zresztą doprowadziło go do klęski w wypadku drugiego przedstawienia. Ta wizja świata, o której Pan mówi, bliska jest Witkacemu, ale trzeba pamiętać, że jego bohaterowie żyją na przełomie dwóch epok. Ich świat ginie, a nowa rzeczywistość budzi lęk. Oni zaś mają bolesną świadomość utraty najważniejszej wartości w życiu, jaką była zdolność przeżywania uczuć metafizycznych. Czynią zatem wszystko, aby choć na chwilę ich doznać i dzięki temu dostąpić poznania Tajemnicy Istnienia. Władza, miłość, sztuka są tylko środkami wiodącymi do tego, a nie celem samym w sobie.

KOPCIŃSKI Mnie się wydaje, że nieobecność Witkacego na naszych scenach – pomimo tych stu dwudziestu premier! – wynika z zasadniczej zmiany, jaka dokonała się w teatrze polskim po 1989 roku. Jedną z cech tej zmiany jest brak zaufania do sztuki jako takiej i zwrot ku estetyce teatru postdramatycznego, z którą Witkacy tylko częściowo się spotyka – jako twórca teatru gadania, a nie działania.

DEGLER Na pewno tak. Już ponad dwadzieścia lat temu Daniel Gerould – amerykański badacz i tłumacz Witkacego – opublikował artykuł Witkacy jako postmodernista, dostrzegając w tej twórczości wiele elementów, które uprawniają to porównanie. Charakterystyczną cechą jego twórczości jest to, że jak rzadko która łatwo poddaje się nowym interpretacjom, odnawiając nieustannie swoje znaczenia. Dzięki temu bez trudności wpisuje się w kontekst najnowszych zjawisk artystycznych, społecznych i politycznych. Ostatnio Witkacy okazał się bardzo bliski najnowszym tendencjom w dramaturgii europejskiej spod znaku René Pollescha. Ich bohaterowie nie tyle działają, co ciągle gadają. O filozofii, polityce, psychologii, sztuce. Lubią grzebać się w swoich bebechach i jak freudyści dokonywać analizy stanów psychicznych. No i ten język, będący swoistym wolapikiem, w którym łączy się styl dysputy filozoficznej z gwarą, salonowa konwersacja z żargonem, wywody teoretyczne z grubiańskimi przekleństwami.


KOPCIŃSKI Ale przecież nie na gadaniu jako żywiole mowy oderwanej od rzeczywistości kończy się dramaturgia Witkacego! Witkacy uprawiał coś, co Michał Paweł Markowski nazwał artystycznym „sabotażem pospolitości”. W teatrze narzędziem takiego sabotażu stał się nadrealizm budowany poprzez bardzo wyrafinowaną, na poły parodystyczną konstrukcję formalną. Forma w dziele Witkacego jest jedynym sposobem rekonstruowania w „odczarowanym” świecie świadomości metafizycznej i dlatego pozostaje ważna. Tymczasem współczesny teatr ostentacyjnie demontuje formę, sabotując pospolitość w zupełnie inny sposób, a mianowicie poprzez jej wyszydzenie. Ale gest wyszydzenia nie pozwala odbudować w widzach przeczucia „dziwności istnienia”, i taki reżyser jak Grzegorz doskonale o tym wie.

DEGLER To bardzo trafne spostrzeżenie. Wokół dramaturgii Witkacego narosło zresztą wiele nieporozumień, do czego przyczynił się także teatr, bo wielu reżyserów traktowało ją jako egzemplifikację teorii Czystej Formy, której celem miała być dziwność świata przedstawionego. Poddawano zatem jego utwory najróżniejszym zabiegom inscenizacyjnym w myśl zasady „im dziwniej, tym lepiej”. Pisał o tym wnikliwie czterdzieści lat temu Konstanty Puzyna w artykule Na przełęczach bezsensu. Tymczasem sztuki Witkacego – wbrew obiegowym opiniom – mają niezwykle wypracowaną strukturę i konsekwentnie prowadzoną akcję. Autor świadomie korzystał z tradycyjnych gatunków dramatycznych, począwszy od komedii oświeceniowej, przez dramę romantyczną, aż do komedii salonowej i pièce bien faite. Co więcej – pisał te sztuki z myślą o scenie pudełkowej. Dobrze wiedział, że efekt dziwności, groteski czy absurdu świata przedstawionego osiągnie, gdy w te tradycyjne ramy wprowadzi postaci, które kierują się nie logiką życiową, ale „fantastyczną” psychologią. Zawsze jednak podkreślał, że nie wyklucza to „istotnego dla dzieł sztuki ładu i składu formalnego”.

KOPCIŃSKI Jaką podpowiedź dałby Pan współczesnym interpretatorom dramatów Witkacego w teatrze?

DEGLER Powtórzyłbym za Puzyną, aby poznali to, co Witkacy „myślał na temat filozofii, historii, teorii rozwoju społecznego i teorii kultury”. Na pewno pomoże im to w zrozumieniu i interpretacji jego sztuk, ponieważ – jak dowiódł Błoński – należą one do tzw. dramaturgii wewnętrznie umotywowanej. Obowiązują w niej określone prawa i zasady, mające swe źródło i motywację w tym, co Witkacy głosił jako filozof, estetyk, historiozof. W ciągu czterdziestu lat narosła wokół jego twórczości ogromna literatura. Namawiałbym zatem naszych młodych reżyserów, aby sięgnęli po książki Błońskiego, Szpakowskiej, Sokoła, Micińskiej, Bocheńskiego. Warto czytać. Nikt jeszcze na tym nie stracił...

KOPCIŃSKI Być może lektura ich książek nie pozwoli nam spłaszczyć Witkacego, uczynić z niego jedynie krytyka świata powszechnej konsumpcji. Zresztą jako prawdziwy indywidualista i arystokrata ducha on się do takiej krytyki średnio nadaje, bo przecież nie wierzy w żadną społeczną utopię spod znaku „nowego, wspaniałego świata”. Zapomnimy, że jego katastrofizm wyrastał z doświadczenia prawdziwego wstrząsu historycznego, jakim była rewolucja bolszewicka. Appendix w Pańskiej książce przypomina nam o losach Witkiewicza w Rosji.

DEGLER Oczywiście wizja świata zunifikowanego, doskonale zorganizowanego, w którym jednostka jest tylko małym trybikiem w potężnej machinie społecznej, była chętnie odczytywana jako wizja społeczeństwa komunistycznego lub totalitarnego. Stąd powodzenie niektórych jego sztuk w PRL-u, jak choćby Szewców, Onych, Gyubala Wahazara, Matki. Dziś ta wizja kojarzy się nam ze społeczeństwem konsumpcyjnym, w którym jednostka poddana presji mediów i oddziaływaniu kultury masowej może również utracić poczucie wolności i swojej indywidualnej tożsamości. Profetyzm Witkacego ma swe źródło w tym wyjątkowym doświadczeniu, jakim był czteroletni pobyt w Rosji, służba w elitarnym Pawłowskim Pułku i obserwowanie z bliska przebiegu dwóch rewolucji: lutowej oraz październikowej. Dzięki pozyskanym materiałom z moskiewskiego archiwum, które omawiam i cytuję w swojej książce, możemy skorygować wiele nieporozumień (na przykład że został wybrany komisarzem ludowym) związanych z tym okresem. Owo doświadczenie, niedostępne innym pisarzom europejskim, zadecydowało, że jego katastrofizm tak zdecydowanie się różni od wielu innych wizji katastroficznych, które zrodziły się po I wojnie światowej. Tamte trącą myszką, jego ma wymiar uniwersalny i – jak widać – może stanowić klucz do zrozumienia najnowszych przemian społecznych.

KOPCIŃSKI Myślę, że współczesny powrót Witkacego na scenę musi rozpocząć się od poznania jego prawdziwej twarzy i prawdziwego doświadczenia historycznego, które stało się jego udziałem. Pańska książka bardzo nam w tym pomaga. Dziękuję Panu za rozmowę!

Janusz Degler – teatrolog, literaturoznawca, edytor, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego i tamtejszej PWST, przewodniczący Komitetu Redakcyjnego Dzieł Zebranych Stanisława Ignacego Witkiewicza wydawanych przez PIW, badacz twórczości Witkiewicza. Ostatnio wydał Witkacego portret wielokrotny. Szkice i materiały do biografii (1918–1939) (2009).

Jacek Kopciński – redaktor naczelny miesięcznika „Teatr”. Adiunkt IBL PAN, wykładowca Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Autor m.in. książki Nasłuchiwanie. Sztuki na głosy Zbigniewa Herberta (2009).

Jacek Kopciński
Teatr 05/10
12 maja 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...