Melodramatyczne zagranie

"Niebezpieczne związki" - reż: I. Villqist - Teatr im. Mickiewicza, Częstochowa

Na pożegnanie sezonu Teatr im. A. Mickiewicza zaserwował widzom premierę "Niebezpiecznych związków". Strawa okazała się łagodna dla żołądka, w sam raz na poobiednią sjestę. Wizualne cacko łagodnie kołysze do snu...

Powieść złożona z listów jest nudna? Nic podobnego! Lektura "Niebezpiecznych związków" bez trudu wciąga dzisiejszego czytelnika w akcję. Skandaliczny i nieobyczajny utwór Pierre\'a de Laclos to diament klasyki światowej, obnażający cynizm i zepsucie francuskiego środowiska arystokratycznego z końca XVIII wieku. To niezła lekcja wyrachowanej i bezlitosnej gry miłosnej, która zaskoczyć może szczególnie tych, którzy piętnują moralny upadek współczesnego społeczeństwa. Premiera częstochowskiego teatru zapowiadała się zatem obiecująco. Wiadomo, dzisiejszego widza trudno jest zaskoczyć, ale repertuar taki jak ten, stanowi pole do frywolnego popisu. 

Powieść "Niebezpieczne związki" to wyzwanie przede wszystkim w formie, bo wystawić listy na scenie to rzecz niełatwa. Twórcy częstochowsko-zabrzańskiego spektaklu (przedstawienie powstało w koprodukcji z Teatrem Nowym w Zabrzu) sięgnęli jednak po adaptację powieści epistolarnej autorstwa Christophera Hamptona. Rzecz najtrudniejszą mieli zatem z głowy. Trzeba było jeszcze ciekawie zaprezentować ją na scenie. Niestety, działania aktorskie nie są najmocniejszą stroną spektaklu - statyczną grę urozmaicają szarady między scenami: zejścia i wejścia aktorów. Reżyser przedstawienia Ingmar Villqist postawił na teatr słowa: napięcie i dynamika przebiega jedynie na linii dialogu, a nie pomiędzy postaciami. Całość przypomina więc pokaz slajdów, co w dobie ruchomych obrazów atakujących nas nawet na ulicy może nie tyle dziwić, co nudzić. Sam tekst potencjał ma jednak wielki, aby gra aktorska była dynamiczna i ciekawa. W dialogach mnóstwo jest metafor, które grę miłosną przyrównują do gry hazardowej lub walki. Czemu więc działania sceniczne ograniczają się jedynie do deklamacji kwestii literackich - trudno zrozumieć. 

Pocieszeniem dla widza w tym teatralnym bezruchu są przyjemne dla oka kostiumy i scenografia - mężczyźni mają na czym oko zawiesić, tym bardziej, że nad scenicznym łóżkiem zawieszone jest lustro, które umożliwia widzom ogląd leżących aktorów od góry. Pomimo ponętnej charakteryzacji aktorek oraz seksualnej tematyki, spektakl nie kipi erotyzmem. Brakuje tutaj odważnych posunięć, sceny miłosne ograniczają się niczym w operze mydlanej do skromnego pocałunku symbolizującego akt seksualny. Reżyser zdobył się wprawdzie na aluzje do homoseksualizmu oraz masochizmu, ale obmacywanie się aktorek oraz zaopatrzenie ich w bacik niewiele wnosi do scenicznego świata. Kontrast między wysmakowanym i barwnym światem zewnętrznym a zgnilizną moralną jest jednak łagodny, nie budzi ani kontrowersji, ani sprzeciwu. Może dlatego, że widz nie utożsamia się z przedstawionym światem, brakuje w nim odniesień do współczesności. Operowa oprawa muzyczna dodatkowo dystansuje widza wobec treści spektaklu. Realizatorzy chyba zbytnio zawierzyli ponadczasowości utworu i wyobraźni widza. Ot, mieszczański melodramat, propozycja dla niezbyt wygórowanych oczekiwań.

Współpraca teatru częstochowskiego z zabrzańskim nie przyniosła zaskakujących efektów. Nowe twarze aktorskie (w tym gościnny występ Renaty Dancewicz) nie poszły w parze z nową jakością teatralną: statyczna gra aktorska i niewykorzystane rekwizyty z pewnością wymagają dalszej pracy. "Niebezpieczne związki" Ingmara Villqista to spektakl poprawny, w którym zabrakło odważnych rozwiązań, drapieżnego pazura i pomysłu na ruch sceniczny. Widz się nie pośmieje, nie zbulwersuje, nie wzruszy, ani nie podekscytuje. Premierowej publiczności pozostaje w poczuciu niedosytu oczekiwać na kolejny sezon teatralny. Do tego czasu realizatorzy spektaklu mają czas na przemyślenia.

Ilona Matuszczak
Tygodnik Regionalny 7 dni
30 czerwca 2012

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia