Męskie-żeńskie

"Casa Valentina" - reż. Maciej Kowalewski - Och-Teatr w Warszawie

Chociaż akcja sztuki "Casa Valentina" w Och-Teatrze rozgrywa się na początku lat sześćdziesiątych, przedstawienie w reżyserii Macieja Kowalewskiego mówi więcej o aktualnych dylematach niż niejeden współczesny spektakl. Politycy i media - osobliwie w Polsce - niemal każdego dnia dyktują gotowe formułki jak wyglądać, kogo kochać, jak żyć.

"Casa Valentina" to afirmacja inności, czy raczej życia w zgodzie z sobą, desperackiej często obrony takiego życia. Ważna jest formuła: śmiejemy się z tego, co smutne, bo przecież lepiej to wszystko obśmiać, wyśmiać, prześmiać. Wtedy funkcjonuje się odrobinę łatwiej.

Jak wyglądają? W większości normalnie, żadnych ekstrawagancji. Koszule flanelowe, spodnie w kant, buty w szpic. Łysinki, zakola, brzuszki, dresy, piwo. A także, co szczególnie ważne w tym kontekście, pogodzone żony, spełniające się dzieci, rozdokazywane wnuki. Ale są inni, czują się inaczej - czasami po prostu muszą się przebrać. To jest większe od strachu. I dlatego po kryjomu, kiedy w domu nie ma żon, dzieci, wnuków, wyjmują sukienki, pończoszki, peruki, szminkę. Ryśki stają się Mirandami, Cześki - Juliami, Dominikowie - Marylami...

"Casa Valentina" istniała naprawdę, podobnie jak prototypy postaci które oglądamy w Och-Teatrze. "Valentina" była miejscem, gdzie Ryśki, Cześki i Dominikowie mogli wreszcie poczuć się swobodnie. Odetchnąć pełną, chociaż sztuczną piersią. W nominowanej do nagrody Tony sztuce Harveya Fiersteina, autora musicalu "Kinky Boots" wystawianego aktualnie z Teatrze Dramatycznym, do pensjonatu położonego w górach Catskills w Stanach Zjednoczonych prowadzonego przez Ritę (Maria Seweryn) oraz George'a/Valentinę (Rafał Mahr), ściągają mężczyźni, którzy chociaż przez weekend chcieliby poczuć się swobodnie. Są stali bywalcy, jest nowy, nieco przerażony zaistniałą sytuacją chłopiec John/Miranda (Maciej Kosmala), jest również także Charlotte (Mirosław Kropielnicki), bezkompromisowa i niesentymentalna działaczka na rzecz zrzeszania transwestytów we wspólnej organizacji, a także kobieta z przeszłością i mężczyzna po przejściach w jednej osobie.

No właśnie, w "Casa Valentina" sztuce wyreżyserowanej pewną ręką przez Macieja Kowalewskiego, nie ma żadnych obiegowych sądów, schematycznych opinii. Wszystko zaskakuje. Uczestnikami weekendowych spotkań nie są artyści kabaretowi czy aktorzy, ale faceci w cywilu pełniący odpowiedzialne funkcje społeczne: wojskowi, sędziowie, nauczyciele, adwokaci. Spektakl zaczynający się jako farsa z udziałem gwiazd "Ochu" i "Polonii", gwiazd, co ważne, obdarzonych poczuciem humoru i dystansem do siebie, płynnie przechodzi jednak w bolesny dramat, bo gdzieś pomiędzy rozkosznym numerem tanecznym i wokalnym "Lollipop", na jaw wychodzą różne ciemne sprawy. Oto na policji pojawiły się zdjęcia kompromitujące jednego ze stałych bywalców pensjonatu borykającego się z coraz większymi kłopotami finansowymi, a postulowany przez Charlotte pomysł założenia stowarzyszenia heteroseksualnych transwestytów wobec jej awersji do gejów spotyka się z jawnym oporem. A to dopiero początek dramatycznych wydarzeń tak łagodnie zapowiadającego się wieczoru...

W większości doskonale wybrani aktorzy świetnie czują się w swoich rolach: ujmujący jako korpulentna Bessie, kochany przez publiczność Cezary Żak; pełna energii żarliwości i przykrywająca tą żarliwością wielki dramat Maria Seweryn; wyrazisty Piotr Borowski; pełen szczelnie skrywanych tajemnic Witold Dębicki; abnegacki, nonszalancki Piotr Machalica; wycofany Maciej Kosmala... Show kradnie jednak fenomenalny Rafał Mohr w roli tytułowej Valentiny. To najpełniejsza i najlepiej napisana postać w sztuce Fiersteina. George prowadzi z żoną pensjonat, ale w George'u coraz więcej jest Valentiny. To ona przygniata George'a, osłabia go i wyniszcza męskość. George jest męski, odpowiedzialny, solidny, a Valentina? Stroboskopowe światła, blond peruka, cudowne sukienki (zaprojektowane - jak wszystkie kostiumy w przedstawieniu - przez prawdziwą mistrzynię, Dorotę Roqueplo). Valentina jest przebiegła, Valentina jest urodziwa, jest także przygnębiona. Bo Valentina, tak jak pozostali uczestnicy weekendowej zabawy, czasami nie wie już, czy jest sobą, czy kimś innym, i dlaczego tak to właśnie wygląda. Dlaczego nie może być inaczej?

"Casa Valentina" jest, owszem, zabawna, ale jest również mądra. Spektakl idealnie wpisuje się w obowiązujący w teatrach Krystyny Jandy profil artystyczny. Jeżeli nawet rozrywka, to na wysokim poziomie. Niewielu twórców potrafi robić takie spektakle. Wyjątkiem jest Maciej Kowalewski. Jego twórczości reżyserskiej przyglądam się z podziwem od lat. Kowalewski chce zajmować stanowisko w sprawach, od których wielu odwraca się tyłem. Przedstawienia w jego reżyserii są komercyjne w tym znaczeniu, że kocha je publiczność, ale zawsze zawierają szereg zadawanych serio pytań z którymi trzeba i warto się zmierzyć. Tak było w kultowym "Miss Hiv", w ambitnym i udanym debiucie filmowym "Trzy siostry T", tak jest również w "Casie Valentinie". Śmiech oczyszczający, śmiech przez łzy. Szlachetny śmiech i szlachetne łzy.

Łukasz Maciejewski
AICT
2 marca 2018

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia