Metafizyka na hoveboardach

"Wiedźmin" - reż. Wojciech Kościelniak - Teatr Muzyczny w Gdyni

Gdy ogłoszono, że Wojciech Kościelniak zrobi w Gdyni "Wiedźmina", wiadomo było, że będzie to wydarzenie piętrowe i wagi ciężkiej. Sukces sagi Andrzeja Sapkowskiego w wersji literackiej zwielokrotniła gra, której ostatnia, jak na razie, część "Wiedźmin 3: Dziki Gon" została grą roku na świecie (The Game Awards 2015). Zainteresowanie podgrzała także niedawna informacja o realizacji anglojęzycznego serialu wg prozy Sapkowskiego przez firmę Netflix. Po premierze można stwierdzić, że "Wiedźmin" w Teatrze Muzycznym w Gdyni jest bez wątpienia także wydarzeniem artystycznym.

W dwóch aktach, trwających blisko 200 minut z przerwą, poznajemy wydarzenia z 11 lat życia tytułowego bohatera. W warstwie fabularnej to ze zrozumiałych względów bardzo wybiórczy ciąg zdarzeń, bo sama saga "Wiedźmin" to 5 powieści a dodatkowo kilka tomów opowiadań i tomy, które przez autora nie są zaliczane do sagi, ale dzieją się w uniwersum wiedźminowym. Rozgrywająca się w kilkunastu lokacjach i planach opowieść sceniczna koncentruje się na kilku wątkach. Najważniejsze z nich związane są z Yennefer, ukochaną Geralta, i ich przybraną córką Ciri. Swoje miejsce ma także opowieść o miłości Jeża i Pavetty, rodzicach Ciri, oraz zmaganie się z Dżinnem. Super wojownik Geralt z Ryvii, jeden z ostatnich wiedźminów, sumiennie wykonuje pracę, do której został stworzony w wyniku wielu prób, które przeżywało niewielu. Przyjmuje zlecenia i zabija potwory, oczyszcza świat ze zła. Czasami żąda zapłaty, która dla zleceniodawcy lub uratowanego wydaje się błaha, a jest okrutna.

"Dasz mi to, co w domu po powrocie zastaniesz a czego się nie spodziewasz."

Najbliżej "Wiedźminowi" gdyńskiemu do ballady rycerskiej, której akcja toczy się w "quasi-średniowiecznej allotopii", zaludnionej przez panopticum barwnych postaci. To Sapkowski "uszlachetniony", ważniejsze są emocje oraz rozterki wewnętrzne i poszukiwanie odpowiedzi niż walki z fantastycznymi potworami, których w Gdyni jest niewiele (chodzi oczywiście o scenę). Ale przede wszystkim to "kościelniak".

O kościelniakach na przykładzie "Wiedźmina"

"Wiedźmin" to kościelniak nowy i zarazem klasyczny przedstawiciel "trzeciej drogi" - między Broadwayem a śpiewogrą, jak w skrócie określa się koncepcję musicalu według dowódcy "Lalki". Albo między teatrem muzycznym a teatrem dramatycznym jak coraz częściej mnie wychodzi. Na tej drodze ciągle i zdecydowanie nie ma tłoku, to nadal nowa i żywa, pobudzana świeżymi pomysłami formuła teatralna. Kościelniaki mają elementy stałe i zmienne. Te drugie oczywiste, wynikające z tematu, miejsca, zespołu, budżetu itd. Stałe są założenia. Kościelniaki to nie interpretacje dzieł innych, ale bezprecedensowo własne produkty: od koncepcji, poprzez wszystkie składniki: scenariusz/dramaturgię, muzykę, piosenki i wszystko, co się składa na inscenizację. Kościelniaki są po prostu nowe totalnie.

Uczestnicząc po raz kolejny w święcie, jakim jest premiera Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Muzycznym w Gdyni, dopisuję w moich próbach ogarnięcia tego endemicznego zjawiska nowe pojęcie. Jedną z najważniejszych cech kościelniaków jest inteligencja estetyczna dowódcy i członków drużyny (skojarzenia z drużyną pierścienia dobrze widziane). Składają się na nią: wszechstronna erudycja kulturalna i, po prostu oraz krótko: smak. Receptura potrawy, co tam potrawy - biesiady, jaką jest spotkanie z dziełem Drużyny Wojciecha (skojarzenia z drużyną barona Münchhausena też mogą być), to patent ujawniony bez zastrzeżeń, ale kontynuatorów i franczyzobiorców ani widu, ani słychu.

Symfonia na rzutniki

Scenografia obszerniejsza powierzchniowo niż zwykle - aż do drzwi, ale obiektowo, jak zwykle, skromna (świetne, acz proste, wielofunkcyjne ramiona). Nie ma gigantomanii, chodzących drzew czy słoni, kiczowatych zamków z tektury, biednych smoków czy czego tam jeszcze nie znamy z wielu innych inscenizacji. Jest za to uniwersum wykreowane obrazami rzucanymi przez 8 rzutników. Tak jak wcześniej wizualizacje były nie tylko podporządkowane dość jednorodnym światom, tak fantasy otwiera pole do popisu wyobraźni. Niepokojąca faktura głębokiego, gęstego oceanu; mroczny Brokilon, płaskorzeźby na fasadach zamku królowej Galante, runy, animacje. Wymieszane, zmiksowane, stylizowane, czasami z zagadkami, tworzą nową całość, obrazowy palimpsest. Świat driad jest najbardziej konsekwentny inscenizacyjnie i plastycznie także dzięki zjawiskowym kostiumom Bożeny Ślagi. Całość to absolutny majstersztyk, bachanalia dla poszukiwaczy dygresji, koincydencji i smaków. Nominacja dla Damiana Styrny i jego zespołu realizatorów do wszystkich możliwych nagród teatralnych jest dla mnie oczywistą oczywistością.

Potwory i postaci metafizyczne

Uniwersum wykreowane przez Andrzeja Sapkowskiego jest wypełnione ludźmi, krasnoludami, elfami, driadami, mantikorami, wyvernami, mglakami, żagnicami, żyrytwami, przerazami, czarodziejami i wieloma innymi. Bestiarium składa się z setek indywiduów. O katastrofie filmowej wersji "Wiedźmina" zadecydowała w dużym stopniu "bieda" potworów. Kościelniak nie ryzykował porównań i konfrontacji, skoncentrował się na opowieści o ludziach, którzy często są bardziej potworni niż demony. Jeszcze inaczej: potwory składają się z ludzi. Nie ma więc wielu spektakularnych pojedynków, rozprawy z potworami są pokazywane poprzez znaki teatralne, przez co zawiedziona może być młodomęska część widowni.

"Ja niczego nie zabieram. Ja tylko biorę za rękę. Po to, by nikt nie był wówczas sam. Sam we mgle... Do zobaczenia... kiedyś."

Najbardziej nieoczywistą, intrygującą czy metafizyczną postacią jest Płotka (Renia Gosławska). To koń, który kilka razy pada, ale ciągle się odradza - w nowej postaci, nowej maści. Nie chcę nadmiernie spoilować, ale warto wdrapać się na Wzgórze Czternastu i posłuchać Ballady umarłych. To jedna z najpiękniejszych scen, postaci poruszają się na hoveboardach. Przypomina to trochę obrotową scenę ze świecami z "Lalki" (też z Gosławską w roli głównej), to Kościelniakowe dialogowanie ze sobą. Pojawiają się także autocytaty (flaki rodem z "Chłopów").

"Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jesteś ty."

Dzieci, tożsamość i niemożność

Najbardziej zaskakującym pomysłem Wojciecha Kościelniaka jest rozłożenie akcentów. Najważniejszym, osiowym tematem, jest utrata tożsamości i związana z tym tęsknota za jej odzyskaniem. Ten motyw łączy postaci Ciri i Geralta, Braen i Geralta oraz Ciri, Geralta i Yennefer. Nieprzypadkowo tak długo akcja rozgrywa się w Brokilonie.

Zamieszkujące go driady są podobne do wiedźminów. Driady nazywają nawet Geralta swoim białym bratem. I driady, i wiedźmini są istotami zmutowanymi, są swoistym awersem i rewersem. Efektem ubocznym mutacji tych drugich jest bezpłodność, ale pragnienie miłości pozostało, podobnie jak u Szarego Robaka. Driady nie mają regularnego życia erotycznego, wykorzystują elfy i ludzi jedynie do rozpłodu. Yennefer z kolei, jako czarodziejka, była sterylizowana. Adopcja Ciri przez Geralta i Yennefer jest aktem wielkiej tęsknoty, ersatzem tradycyjnie rozumianego szczęścia, wzruszającym resentymentem w świecie mroku. Dlatego dzieci pojawiają się często - nawet jako potwory. Zgnilce, bo o nich mowa, to dzieci wojny, skojarzenia z dziećmi z Syrii i Ukrainy są uzasadnione.

Fantasy po "Grze o tron"

Do roku 2017 broniłem się przed "GoT", ale kiedy w poszukiwaniu alibi przed nierobieniem ważnej, terminowej rzeczy trochę zdesperowany brakiem pomysłów odpaliłem "GoT" to wessało mnie jak toaleta w samolocie. Ekipa "Wiedźmina" nie ukrywa związków i dygresji a ich odszukiwanie jest dodatkową przyjemnością. Dla mnie choćby odtwórcy tytułowej roli, Modest Ruciński (starszy) i Krzysztof Kowalski to dwa różne pomysły na etos rycerski. Ten pierwszy to Jorah Mormont, drugi to John Snow. Aktorzy czerpali z serialu, ale np. Ruciński inspirował się również tak ciekawymi filmami jak: "Król Artur" G. Ritchie, "Fisher King" (Robin Williams w tym filmie jako prototyp Jaskra?:) czy "Batman" (postać Jokera odtwarzana przez Jacka Nicholsona). Nieprzypadkowo księżniczki mają białe jak mleko włosy "Danki" Daenerys z rodu Targaryen. "GoT" to jednak przede wszystkich wyrafinowane, krwiste dialogi - także w tym zakresie widać mrugnięcie w kierunku Martina. Wulgaryzmów jest jak nigdy, ale spokojnie: rating wiekowy to wg mnie +12. Spektakl jest sformatowany dla szerokiej publiczności, zwykli widzowie, w tym autobusy i niedzielka, mogą spokojnie, bez obawy o morale i dysonanse, przybyć do teatru.

Nowy Dziubek i wokalnie

Piotr Dziubek ujawnił nowe złoża swej wyobraźni muzycznej. Orkiestracje do "Wiedźmina" imponują rozmachem i choć sam kompozytor twierdzi, że to nie jego klimaty, powstało ponad 70 minut świetnej muzyki, której wartość jeszcze bardziej objawia się podczas przesłuchania w domu (płyta za 30 zł dostępna od premiery). Momentami słyszy się pewnie nieświadome wpływy Lorenca (główny motyw z serialu "Oficer") czy Pendereckiego. Moim skromnym zdaniem jego II symfonia była inspiracją dla wszystkich kompozytorów epickiej muzyki filmowej. Bioróżnorodne uniwersum "Wiedźmina" wymusza wręcz korzystanie z różnych kultur muzycznych. Musi być też obowiązkowo mrok i szczęk bitewny. Najbardziej w "dotychczasowym" Dziubkowym stylu jest Belleteyn (Katarzyna Wojasińska). Moje najbardziej faworytne to: 12 uderzeń zegara - w tym numerze "góra" Karoliny Trębacz rozpala moje marzenia o usłyszeniu jej w zespole metalowym. Gdybym mógł, to bym powiedział, że zaj... drze [...], ale nie wypada. Intro do Dzikiego Gonu, powtórzone w finałowej Modlitwie, uruchamia ciary, od próby medialnej tkwi i nie chce puścić Uczta Calanthe (w pakiecie z bębniarzem). Brawa dla pań i Agnieszki Szydłowskiej, odpowiedzialnej za przygotowanie wokalne - żeńskie chóry są mistrzowskie po prostu.

Let's dance

Otwarta przestrzeń dla aktorów i tancerzy, nieposkramiana radość wypełnienia ruchem jednej z największych scen w Polsce. Po prostu marzenie tancerza i choreografa - żeby chociaż raz się zmierzyć i zawładnąć. Z takim wyzwaniem próbowała sobie poradzić chyba po raz pierwszy Liwia Bargiel. Efekt jest połowiczny. W pewnym momencie zaczęły mnie nawet irytować ciągłe przebiegi, choć "przebieg biegowy" był nawet dowcipny. Objawieniem był Artur Cichuta, choreograf walk. Jego taniec z mieczem na intro spowodował, że chcę więcej i w każdym spektaklu. Jestem przekonany, że nawet Oberyn Martell, książę Dorne, zwany Czerwoną Żmiją, uśmiechnął się zazdrośnie na widok baletu w wykonaniu mistrza Wu-Shu. Tańce na wysokości i fikołki zaprojektowała efektownie Mirosława Kister-Okoń.

Girl power i panowie

Po raz kolejny, po "Złym", odtwórca tytułowej roli nie jest królem polowania. Co prawda Geralt prawie nie schodzi z placu boju i wiąże całość, to jednak w poszczególnych lokacjach przykrywają go autochtoni. Ma tylko jeden pełny, indywidualny song (wspomniany już Dziki Gon) i niewiele możliwości popisu. Większej złożoności oczekiwałem od Jaskra (Jakub Badurka). Poza tym wydaje mi się, że było go za dużo, ale to już nie wina aktora. Panie zdecydowanie górą a zwyciężyła Katarzyna Wojasińska. Wreszcie nie blondynka, wreszcie postać o pewnej złożoności, świadoma ciała i możliwości aktorskich, swobodna, perwersyjna, przygotowana do zmiany warty w Muzyku. Choć słyszałem tu i tam zdziwienie fanów, którzy zarzucali reżyserowi wulgaryzację postaci. Świat driad zyskał wiele dzięki Braenn (Izabela Pawletko) i Eithne (Karolina Merda). W epizodzie, ale smakowitym, Zbigniew Sikora (Krepp). Jego kapłan w nocnej koszuli i tiarze przypominającej papieską to strzał w punkt.

Plusy ujemne i "o wiele rzeczy za dużo by zmieścić w tak małym pudełku"

Wyświetlanie nazw lokacji - rozumiem i popieram, komunikaty Jaskra - rozumiem, ale zbyt wiele. Komunikatywność i dbałość o przeciętnego widza są ważne, ale trochę za dużo tych objaśniaczy. A na pewno zdecydowanie za dużo jest dzieci. Biegają, hałasują i zdrapują tak niezbędny w tej opowieści mrok. To jedna z niewielu wad tego wyjątkowego spektaklu.

To spektakl, który może zaskoczyć fanów "Notre Dame de Paris". Pierwszy akt, trochę nużący, jest momentami wręcz filozoficzny. Drugi oglądałem już bez chwili wytchnienia - ścisnęło od początku i puściło dopiero przy oklaskach. Widzowie uważni i otwarci będą zachwyceni. Z rozkoszą wyłapywałem pomysły i zaproszenia do tworzenia chwilowych spin-offów. Chwilowych, bo zaraz pojawiało się następne zaproszenie do współtworzenia spektaklu, i nastepne, i następne. - Czuję, jakby przejechał przeze mnie walec - powiedział jeden z krytyków. Wolę porównanie do pytona, który połknął antylopę i teraz będzie trawić długi czas. Lubię ten stan po kościelniaku i jeszcze sobie słucham płyty i oglądam wideo. Przypominam sobie kruka, bębniarza i ramy z finałową na czele z zamku w Cintrze, wpadających do orkiestronu, "nakrycia głowy" driad, Karolinę Merdę skradającą się jak kocica i wiele, wiele innych drobiazgów.

Wojciech Kościelniak wraz z zespołem po raz kolejny zaprosili nas na święto. Zaprezentowali jedyną w swoim rodzaju na pewno w Polsce, a powoli moje przeświadczenie nabiera pewności, że również w Europie, wizję teatru totalnego. Operując efektownymi środkami wyrazu, bilansując atrakcje z przekazem, teatr Wojciecha Kościelniaka tworzy unikalny i nieoczywisty format teatru, w którym rozrywka i sztuka przeglądają się na przemian.

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
20 września 2017

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia