Metafizyka nieodpartego przekleństwa

"Aleja Zasłużonych" - aut. Jarosław Mikołajewski - reż. Krystyna Janda - Teatr Polonia w Warszawie

Nie byłoby zapewne najnowszego dramatu cenionego poety Jarosława Mikołajewskiego, gdyby nie pandemia, bezwzględnie i boleśnie uwypuklającą materialną mizerię życia większości artystów, żyjących od zlecenia do zlecenia, od dzieła do dzieła, co działa całkiem nieźle w czasach prosperity, lecz w rzeczywistości niekończących się lockdownów, kiedy to kultura stała się jedną z największych ofiar zarazy, dopełnia dzieła pauperyzacji.

To czas niewesoły - kiesa pustoszeje, i tak dobrze jeśli można tu użyć czasu teraźniejszego zamiast przeszłego, a głowa wypełnia się niepewnymi myślami, bilansującymi dorobek – we wszystkich tego słowach znaczeniach, remanentami pozytywów i negatywów, rekapitulacjami sensu dotychczasowej egzystencji, ale także trwożliwymi pytaniami o przyszłość, która na początku lat dwudziestych nowego tysiąclecia jest niewiadomą, jak nigdy dotąd.

W sztuce Mikołajewskiego wybitna poetka i tłumaczka mierzy się z dojmującą świadomością, iż po życiu wypełnionym ciężką pracą, wydaniu dziesiątków tomów swojej twórczości i licznych tłumaczeń, setkach spotkań i wystąpień, pełnego zdawałoby się sukcesu, nie będzie jej stać na opłacenie kosztów pogrzebu, swojego i męża. Zdaje sobie nagle sprawę z ubóstwa eschatologicznego, w najbardziej bezpośrednim znaczeniu tych słów. Wpada więc na pomysł tyleż oczywisty co śmiały – zabiegać o pogrzeb państwowy i pochówek w tytułowej alei.

W końcu, emocjonalnie ale i logicznie rozumując, przynajmniej tyle, po latach „rozsławiania imienia Polski", od państwa powinno jej się należeć. Rozpoczyna wędrówkę po urzędach, zabiegając o miejsce w reprezentacyjnej części cmentarza. Okazuje się jednak, że oczywiste, niepodważalne zasługi w najwyższej artystycznej randze nie wystarczą, bo ostateczną decyzję w sprawach ostatecznych podejmuje jakiś biurokrata. Ergo, nie wystarczy być poetką wielką, trzeba być poetką docenioną przez stosownego oficjela, tu i teraz, w konkretnej politycznej konstelacji. Bolesne zderzenie absolutu z bytem. Zarządca nekropolii, człowiek nieczytający poezji, kostyczny z pozoru, mimo wzbierającej sympatii rozkłada ręce, on tylko realizuje decyzję ministerstwa. Urzędniczka z Krakowskiego Przedmieścia, niegdyś życiowo aspirująca, inteligentka w końcu, zachwycona kontaktem z poetką, obiecuje pomóc, ale to wsparcie ma raczej deklaratywny charakter, bo decyzję i tak podejmie szef, przed którym staje na baczność, nawet w kontakcie telefonicznym. Czymże jest bowiem potęga metafizyki w obliczu biurokratycznej omnipotencji.

W „Alei zasłużonych'" poeta sięga po dramat także po to, aby ukazać miejsce poezji w dzisiejszej Polsce, gdzie emocje przygniatającej społecznej większości prędzej i skuteczniej wyrażają emotikony zawarte w liczących kilkaset znaków zbiorach, niż nieskończony leksykon słów, kontekstów i znaczeń wierszy. Prawie wszyscy się śpieszą, rwą z nurtem, chcą skondensowanego konkretu, Boże broń wieloznacznego, bo niepewność jest niepożądana, a przecież poezja to powrót do źródeł, osiągalny dla tych, co idą pod prąd, jak najsłuszniej pisał Herbert. Bohaterka w trakcie owych cmentarnych peregrynacji musi się więc zmierzyć także z odbiorem swojej twórczości, kuriozalnie konstatując w trakcie rozmowy w ministerstwie, że może zostać zapamiętana bardziej jako autorka tekstu do piosenki napisanej pod pseudonimem, niż z licznych tomów wierszy wydanych pod nazwiskiem, choć krzepiące jest to, iż te słowa wplecione w muzykę były ważne i wspierające dla młodej inteligentki. Musi zaakceptować fakt, że odbiorcy jej dorobku to kilkusetosobowa, może kilkutysięczna nisza, aż chciałoby się poprosić o reasumpcję recepcji i percepcji. Poezji do garnka nie włożysz, te gorzkie słowa padają ze sceny kilkukrotnie, gorzej że do serc i głów też nie chce trafiać, przynajmniej tak powszechnie jakby autorzy tego chcieli.

Dramat Mikołajewskiego to także elegijny traktat o pewnej bezradności poezji w świecie semantycznie zbrutalizowanym, jak nigdy dotąd. Świecie zdominowanym przez ludzi składających się z pogardy, buty i bezczelności, sprawnie posługujących się kłamstwem elegancko otulonym kostiumem prawdy alternatywnej, snujących doskonałą z punktu widzenia public relations narrację bezalternatywności własnego przekazu, bezkrytycznie przyjmowaną w ramach potężniejących baniek, gdzie zinfantylizowani, naiwni wyznawcy zastąpili świadomych swojej wartości i wiedzy obywateli. Świecie, w którym poecie nie sposób zaakceptować natrętnej barbarii codzienności. Rzeczywistości, w której panoszy się „Promieniejąca Kurwa-Mać, Kurwa-Mieć, Kurwa-Brać!", żeby zacytować pamiętny „Bal w Operze". Świecie, w którym nie sposób nie przeklinać, bo jak mówi poetka, inaczej nie można, czemu zresztą, z wyczerpującym znawstwem tematu, w pierwszych kilkunastu minutach dramatu intensywnie daje wyraz, w tej formie wykrzykując swoją absolutną rozpacz. Pierwsza scena spektaklu jest bowiem majstersztykiem metafizyki przekleństwa w perfekcyjnej interpretacji Krystyny Jandy. Przed wieczorem spędzonym w „Polonii" byłem przekonany, że nikt nie jest w stanie zagrozić Markowi Kondratowi w aktorskiej maestrii przeklinania z pamiętnego „Dnia Świra". Myliłem się. Pierwsze miejsce na tym podium może być współdzielone. Janda udowadnia, że język przekleństw nie jest, jak to się niesłusznie i powierzchownie postrzega, językiem agresji, tak jak język ich pozbawiony może być nią wypełniony. Treść musi być istotniejsza od formy, a przekleństwa w trudnej do zaakceptowania rzeczywistości, która nas szczelnie oblepia, stają się równouprawnioną formą obrony przed zagrażającą wrażliwym ludziom mentalną duchotą. I nie ma z tym nic wspólnego dobre wychowanie, czy pozorna brutalność.

Przerzućmy zresztą kładkę między Mikołajewskim a Koterskim. Tu poetka uznana i spełniona, tam poeta in spe. Oboje ze światem niepogodzeni, pełni buntu, nierzadko przechodzącego w resentyment. Dla obojga przekleństwa są obroną przed bezdusznością otaczającej ich rzeczywistości. Są, rzecz jasna, i różnice. Adaś Miauczyński roi o „świecie, w którym rewolucje wzniecali poeci", od lat biedząc się nad nieukończonym wierszem. Ona, po napisaniu ich tak wielu, tak ważnych, zdaje sobie sprawę, że rewolucyjna sprawczość poezji ugrzęzła gdzieś w XX wieku, kiedy to po raz ostatni poezję czytano masowo. Początek i koniec. Żeby jednak skonkludować wątek wulgaryzmów. Tuwim mógł i musiał, muszą i mogą inni, w końcu wszystko jest poezja, jak pisał Stachura, przekazując tym sposobem, iż poezja nie ma ram, powinna służyć językowi, a nie go ograniczać. Zresztą, choć „Aleja" zaczyna się od kompulsywnych przekleństw, kończy ją intymna liryka...

Spektakl na scenie przy Marszałkowskiej jest wart obejrzenia więcej niż raz. Jakość dramatycznego materiału, wielowątkowość treści i znaczeń, reżyseria czytelnie uwypuklająca niełatwy rytm narracji, to ważne powody, dla których warto się do „Polonii" wybrać. Jednak walorem najistotniejszym jest aktorstwo. Na scenie mamy prawdziwy gwiazdozbiór. Doskonałej Krystynie Jandzie partnerują lakonicznie introwertyczny Olgierd Łukaszewicz jako Mąż, empatyczna Emilia Krakowska w roli Matki, zdecydowanie zbyt rzadko oglądana ostatnio na scenie Dorota Landowska, jako Urzędniczka Ministerstwa Kultury, oraz oszczędny emocjonalnie, odziany w stosowną czerń Grzegorz Warchoł w roli Urzędnika kancelarii cmentarza.

Wszyscy znakomici.

Tomasz Mlącki
Dziennik Teatralny Warszawa
1 września 2021
Portrety
Krystyna Janda

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Dziady" - reż. Maja K...
Maja Kleczewska
Dziady anno domini 2021 będą przedsta...