Metamorfozy operowe

"Faust" - reż. Beata Redo-Dobber - Opera Wrocławska

Pierwszy dyrektorski sezon Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego zakończył "Faust" Charles'a Gounoda w stworzonym przez poprzednią dyrektor Ewę Michnik formacie superwidowiska. Przed spektaklem prezentowano reklamę reaktywowanego Festiwalu Oper Współczesnych. Pokazuje to, że nowy dyrektor chce kontynuować linię repertuarową wrocławskiego teatru. Najbardziej cieszy, że pierwszy raz od dłuższego czasu mogę napisać, że najmocniejszą stroną premiery Opery Wrocławskiej była obsada wokalna.

Wśród solistów wyróżniła się szczególnie Iwona Socha jako Małgorzata, której głos nie tracił właściwej dla tej postaci miękkości i łagodności nawet w najwyższym rejestrze. W roli Walentego świetnie sprawdził się rezonacyjny głos Stanisława Kuflyuka, a scena śmierci niosła w sobie wiele emocji. W głębokim głosie Petera Martinćića było, jak przystało na Mefistofelesa, coś prawdziwie diabolicznego, co wykorzystał w popisowej arii "Le veau d'or". Wreszcie Sebastien Gueze jako Faust wprawdzie nie porywał charyzmą, jednak nie można mu odmówić walorów wokalnych. Wszystkie wysokie dźwięki brał czysto i wytrzymywał je z pełną mocą. Z pomniejszych ról warto wyróżnić Jadwigę Postrożną za wdzięczną kreację komicznej postaci Marty.

Tradycyjnie mocnym punktem wrocławskich premier pozostaje chór, tym razem zasilony przez Akademicki Chór Politechniki Wrocławskiej i Chór "Ars Cantandi" Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Prowadzona klarownym gestem Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego orkiestra grała z dużą swobodą. Całkiem dobrze działała też amplifikacja. W trudnych warunkach akustycznych Hali Stulecia dzięki nagłośnieniu brzmienie orkiestry i solistów stapiało się dość dobrze i tylko parę razy blacha wybiła się za mocno. Jedynie sztuczny dźwięk elektrycznych organów kazał z żalem myśleć o największych w Europie organach, które niegdyś znajdowały się w tej sali.

Realizacja Beaty Redo-Dobber wpisywała się w tradycję wrocławskich superwidowisk. Obowiązkowo pojawiła się pirotechnika, żywe zwierzęta (tym razem padło na pudle) oraz teatralne machiny (samochód Walentego i Wagnera). Wyświetlane podczas uwertury fragmenty wiadomości i nagłówki gazet mogłyby sugerować, że inscenizacja będzie poruszała współczesne tematy. Jednak to uwspółcześnienie było jedynie pustą konwencją. Postaci z Fausta nie stały się nam współczesne, dostały jedynie dzisiejsze ubrania. Najbardziej na tej konwencji ucierpiała scena baletowa podczas nocy Walpurgii, która stała się kuriozalną fantazją na temat korporacyjnego wyjazdu integracyjnego, gdzie najpierw tancerze w garniturach i garsonkach przerzucają się aktówkami, by w końcu zadrzeć z siebie ubrania i oddać się dzikiej orgii. Odrodzony polski militaryzm zademonstrowali statyści z Wyższej Szkoły Oficerskiej we Wrocławiu, dając pokaz musztry w pełnym rynsztunku. Sprytnie wykorzystano obrotową scenę i projekcje, które pomagały przekształcać przestrzeń stosownie do akcji.

Nie przepadam za formułą superwidowiska, ale warto ją kontynuować, bo gwarantuje medialny i frekwencyjny sukces. Cieszy mnie wysoki poziom wokalny premiery i mam nadzieję, że może w niedalekiej przeszłości z równym entuzjazmem można się będzie wypowiadać o realizacjach scenicznych Opery Wrocławskiej.

Krzysztof Stefański
Ruch Muzyczny
18 sierpnia 2017

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski