Mętny trunek, który nie odurza

"Na dnie" - reż. Ireneusz Janiszewski - Teatr Nowy w Łodzi

Dotąd odczytując znamienny tytuł pierwszej w sezonie premiery w łódzkim Teatrze Nowym - "Na dnie" - lękano się, czy aby nie wieszczy on chudych lat sceny

Kuriozalna i bezpodstawna, ale o wiele wygodniejsza dla tego teatru dziś interpretacja, sugerować może, iż dno to stan, do którego doprowadził poprzedni dyrektor artystyczny Zbigniew Brzoza, a teraz w Nowym będzie już tylko lepiej. "Na dnie" jest rzeczywiście demonstracyjnym zerwaniem z wizją Brzozy, nic godnego nie proponuje jednak w zamian. A sądząc po frekwencji i problemach, jakie były z usadzeniem tłumnej publiczności, szykowało się wydarzenie nieprzeciętne.

Ekstremalne sytuacje, w jakich umieszcza się bohaterów, są z reguły twórczo płodne. Galeria barwnych ludzkich typów, które los ze sobą złączył, ich życiorysy, które wikłać można do granic możliwości, rodzą sztuki-samograje, które reżyser może napełnić niemal każdą treścią. W "Na dnie" w piwnicach wynajętych biedakom, żywoty swoje pędzą ludzkie odpadki: aktor alkoholik, intelektualista, który się stoczył, złodziej, handlarze makulaturą. Podobno reżyser Ireneusz Janiszewski "na ulicach naszych miast odnajduje bohaterów Maksyma Gorkiego i ich współczesne problemy". Co próbuje nam powiedzieć? Że życie jest trudne, bo zacierając granice między dobrem i złem, prawdą i fałszem, gubimy siebie i innych. Że jak się jest na dnie, to się myśli i czuje inaczej niż ludzie "na górze" , że "dół" nas kształtuje. Że chociaż próby wybicia się wieńczy nierzadko klęska, to wybijać się trzeba, nawet jeśli granica między człowiekiem a zwierzęciem ulega zatarciu. I do tego Janiszewskiemu potrzeba blisko trzech godzin!? W ubiegłym sezonie utyskiwano na tylko trochę dłuższego "Króla ducha", a dziś nic nie stoi na przeszkodzie, by z poślizgiem zaczynać sezon od opery mydlanej? A przecież ładunek myśli tak niewspółmierny. Może gdyby Janiszewski twóczo odczytał ten literacko mierny tekst... Ramota, jaką wystawił, mówi nam więcej o Janiszewskim-reżyserze, niż o świecie dookoła nas.

Nie trzeba odgrzebywać literackiego trupa Gorkiego, który oczywiście na afiszu wygląda dość egzotycznie, będąc jednocześnie passe i trendy, by opowiedzieć o tragizmie naszej egzystencji, o współczesności! Zresztą co za współczesność ma na myśli Janiszewski? Żaden chyba z aktorów nie uwolnił się od dykcji, a niekiedy i gestów, preferowanych w teatrze wręcz XIX-wiecznym, choć odziano ich jak najbardziej współcześnie. Nieznośne pauzy, którymi posiekano najkrótsze wypowiedzi, ponad wszelką miarę wydłużają spektakl i nie wnoszą nic. Z czasem nawet przechodzi ochota na zaśmiewanie się z przesadnie sakramentalnych scenicznych tyrad. Wstrząśnijcie nami! Każcie nam myśleć! - wołałaby publiczność, gdyby nie ziewała. Fabuła mozolnie, ale jakoś się toczy: krzyki, ataki agresji, przemoc; a to ktoś wchodzi zza pomalowanej na czarno dykty (trik rodem ze szkolnych akademii), ktoś inny trzaska drzwiami, albo mizdrzy się na czerwonej kanapie.

Danuta Rynkiewicz (Kwasznia) zachłystuje się słowami niczym mamka czytająca dzieciom przygody pana Kleksa. Młoda Kamila Jarosińska swe partie intonuje tak monotonnie i jednostajnie, że dramatów poniewieranej przez rodzinę Nataszy nie można traktować poważnie. Równie mało wiarygodna jest Joanna Niemirska w roli starszej siostry Nataszy - Wasilisy. Jej to zasługa, że jedna z ważniejszych scen w spektaklu, w której nawzajem z kochankiem "z dna", Piepłem, pozbawiają się złudzeń, stała się bezbarwna i nużąca. Markowi Kołaczkowskiemu w roli Łuki brak konsekwencji. Raz sprzedaje pozostałym swe mądrości, samemu wątpiąc w ich wartość, aby fałszem o dostępnych na wyciągnięcie ręki rajach ulżyć w niedoli, to znów jest ich żarliwym wyznawcą. Starania pozostałych, nierzadko doświadczonych aktorów, giną w bałaganie quasiweryzmu, nieopierzonego symbolizmu i zniewieściałego brutalizmu. Godna uwagi wydaje się prawdziwie tragiczna Nastia Malwiny Irek, pogubiona, neurasteniczna mitomanka o osobowości dziecka, zamykająca się przed światem w kołdrze jak w muszli. Irek tworzy postać niepokojąco zwierzęcą, choć dziwi trochę nagły i nieumotywowany atak schizofrenii. Nienajgorzej, ale nie zawsze równo, grał Hubert Bronicki (agresywny Piepeł, złodziej zajmujący bardziej "ekskluzywną" część noclegowni).

Zatrważa natomiast łatwość, z jaką wypowiadano na scenie tanie frezesy o życiu, godności, etc. Co gorsza, mówiono je całkiem serio! Kilka naiwnych stwierdzeń w rodzaju "człowiek lubi kłamstwo" to jeszcze nie filozofia, a pogaduszkom na tle krzyża kolędowego o zezwierzęceniu i wyzuciu z godności daleko do sporów o istnienie Boga.

Teatr powinien urzekać i odurzać, ale trunek, który zaaplikował Janiszewski, był tak mało prawdziwy, jak pita na scenie wódka. Skąd więc ból głowy i niesmak w ustach? Grzechem reżysera jest, jeśli za fascynacją tekstem i oddaniem dla autora nie idzie próba zafascynowania nim publiczności. Jeśli zabiera z życia widza trzy godziny, to znak, że ma mu do powiedzenia coś istotnego. Sugerując, że tak jest w przypadku "Na dnie", Janiszewski dokonał rabunku. Czy będzie mu to odpuszczone?

Łukasz Kaczyński
Polska Dziennik Łodzki
24 listopada 2009

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...