Mewy nie wchodzą na Facebooka

"Mewa" - reż. Maria Spiss - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieznie

Podczas pracy nad "Mewą" Czechow pisał, że "jest w niej wiele rozmów o literaturze, mało akcji, miłości na pudy". Oj, zdziwiłby się, oglądając realizację swojej sztuki w teatrze w Gnieźnie. Trzymająca w napięciu, wartka akcja, w której zatopione są krwiste dialogi i rozpaczliwe wołanie o miłość szczęśliwą - to największe walory przedstawienia. Nie jedyne.

"Kiedy nas nie będzie, ludzie będą latali balonami, zmieni się krój marynarek, może odnajdą szósty zmysł i nawet go rozwiną, ale życie będzie takie samo: trudne, pełne tajemnic, szczęśliwe. I za tysiąc lat człowiek też będzie wzdychał: "Ach, jak ciężko żyć!"- a jednak tak samo jak dziś będzie się bał, będzie nienawidził śmierci" - pisał Antoni Czechow, genialny rosyjski dramatopisarz. Balonami przestaliśmy już latać, przesiedliśmy się na airbusy, rozwinęliśmy badania nad sztuczną inteligencją, wymyśliliśmy Facebooka i YouTube, pojawiły się odtwarzacze mp3, Apple stworzył iPhona, telefon, który wszystko może (no prawie), pojawiły się samochody hybrydowe i jeszcze parę innych zaskakujących rzeczy - ale cierpimy, kochamy, tęsknimy, nienawidzimy i zabijamy się tak samo, jak bohaterowie, żyjący w czasach Czechowa. W dodatku tekstu sprzed 122 lat, wcale nie trzeba preparować w obawie, że może pachnie stęchlizną i jest odklejony od aktualnej rzeczywistości. Bzdura! Maria Spiss, reżyserka "Mewy" w gnieźnieńskim teatrze, udowodniła, że tekst Czechowa wrzucony w XXI wiek broni się sam. Nie potrzebuje wspomagania sztucznym płucosercem w postaci wątpliwych zabiegów "wzbogacających" go o językowe ozdobniki, charakterystyczne dla współczesnego nam środowiska artystycznego.

Reżyserka postanowiła pokazać uniwersalność języka Czechowa, w znakomitym tłumaczeniu Jerzego Czecha (ach, jakże naturalnie on brzmi i jak dobrze siedzi w "gębie"!), jego nieprzemijającą zdolność do trafnego opisywania i nazywania ludzkich uczuć. I nieważne, czy rzecz dzieje się w XIX-wiecznym rosyjskim siole, czy współcześnie - gdzieś na wsi, nad zamarzniętym jeziorem.

Dzięki temu, że sceniczna wersja "Mewy" pozbawiona jest pewnych wątków pobocznych, powstała wartka opowieść, nadzwyczaj spójna, z niewielkimi tylko spadkami napięcia. Rzecz dzieje się współcześnie, w rewelacyjnie ubogiej, potraktowanej symbolicznie scenografii - większa część spektaklu rozgrywa się na pomoście, na zamarzniętym jeziorze, otoczonym przez lodowe skały (białe, nadmuchiwane w trakcie spektaklu "poduchy"). Na wakacje do posiadłości brata przyjeżdża sławna aktorka Irina Nikołajewna Arkadina (przekonująca Małgorzata Łodej-Stachowiak, bezbłędnie oddająca osobowość aktorki, spętanej gwiazdorstwem, rozumianym jako przypadłość, która sieje duże spustoszenie w życiu duchowym). Skupiona na własnej osobie, nie potrafi porozumieć się z synem. Jej brat - Piotr Nikołajewicz Sorin (brawurowy Wojciech Kalinowski), któremu nie udało się w życiu spełnić żadnego z wielkich marzeń (nie ożenił się i nie został wielkim pisarzem), nieco zblazowany, dożywa swoich dni gdzieś na prowincji. Życie nauczyło go wyrozumiałości i tolerancji. Być może on jeden rozumie artystyczne rozterki swojego siostrzeńca Konstantina Gawriłowicza Trieplewa (znakomity Paweł Dobek, który niespiesznie rozwija emocje swojej postaci, doprowadzając do kulminacji w jednej z ostatnich scen spektaklu, przejmującej i nie pozostawiającej wątpliwości, że ich następstwem może być tylko samobójcza śmierć). Kostia to typ nadwrażliwego artysty - taki współczesny twórca, uprawiający sztukę performatywną, chodzący w dzianinowej czapce a'la Demirski. Talentu ma pewno więcej niż Boris Aleksiejewicz Trigorin (w tej roli Marcin Kalisz, który wybrał ryzykowny, farsowy typ grania), pisarz uznany i kochanek Arkadiny - ale pozbawiony jest pewności siebie. Wciąż szuka akceptacji i wsparcia.Nie dostaje jej ani ze strony matki, ani od dziewczyny, którą kocha bez wzajemności - Niny Michajłowny Zariecznej (chłopczyca w uniseksualnej skórzanej kurtce i czarnych legginsach). Grająca tę postać młodziutka, 24-letnia Justyna Janowska, studentka V roku krakowskiej szkoły teatralnej, postanowiła odrzucić obraz Niny, jako wrażliwej, naiwnej, egzaltowanej panny, która marzy o tym, by zostać aktorką. Jej bohaterka ma być nieco cyniczną dziewczyną, która zrobi wszystko, by osiągnąć swój cel. Dlatego aktorka postawiła na formalny sposób grania, wypowiadając swoje kwestie prawie mechanicznie, bez emocji. Wyraźnie zdystansowała się do swojej postaci, prawie zupełnie ją odpsychologizowała. Jej Nina wcale nie zakochuje się w Trigorinie, raczej traktuje go jak trampolinę, dzięki której odbije się od szarej codzienności i wskoczy w świat wielkiej sceny. Z młodym pisarzem Trieplewem trzymała tylko dlatego, że miała szansę zagrać w jego sztuce, której zresztą nie rozumiała. Trochę to formalne granie jest nadmiarowe, trochę burzy spójność gry pozostałych aktorów. Wydaje się, że to maniera, w którą wpadają czasem młodzi aktorzy, rzuceni na głęboką wodę. Z pomocą reżyserki uda się zapewne z czasem nieco "zdjąć" z tak prowadzonej roli. Bo, że Janowska jest zdolna i wrażliwa, nie mam co do tego wątpliwości.

Każdy z dziesięciu bohaterów "Mewy" inaczej radzi sobie z niedopasowaniem i nieadekwatnością swojego bycia "tu" i "teraz". Ale żadnego z nich te emocje nie omijają. Jakby los specjalnie próbował połączyć w jedną całość, niepasujące do siebie części, a potem śmiał się do rozpuku, że jednak się nie da.

Nikt tu nie jest szczęśliwy. Cierpią wszyscy. Doktor Dorn, podstarzały, ale ciągle atrakcyjny, tryskający inteligencją, pełen humoru, którego komentarze antycypują dalszy bieg wydarzeń (bardzo dobra rola Rolanda Nowaka), podkochująca się w nim Polina Andriejewna (Karina Krzywicka), czy Masza (Martyna Rozwadowska), beznadziejnie zakochana w Trieplewie. O ile poczucie emocjonalnego niespełnienia łączy bohaterów, to już ich myślenie o sztuce - nie. Skrajne stanowiska w tej kwestii zajmują Arkadina i Trieplew. Dla zachwyconej sobą aktorki, myślenie o sztuce sprowadza się do wędrówki znaną drogą, która doprowadziła ją do sławy. Jej syn szuka w sztuce nowych środków wyrazu, nie zawsze mu to wychodzi, bo zapomina o żywym człowieku, co zarzuca mu Nina. Sztuka, a dokładniej pisarstwo uprawiane przez Trigorina sprowadza się do rutyny, przerywanej czasem westchnieniem, że chciałoby się być wyrazicielem głosu ludu (tylko czasu brak na wsłuchanie się w ten głos). Tak, czy siak dla całego towarzystwa sztuka jest jak powietrze, bez którego nie da się żyć, a cierpienie nierozerwalnie się z nią wiąże. I właśnie umiejętność cierpienia - poza jasnym określeniem celu, jest dla twórcy najistotniejsza, pozwala mu przetrwać, mimo bólu i porażek. Tej umiejętności pozbawiony jest Kostia - wbrew pozorom, to on jest tytułową mewą. Zabija się, bo nie potrafi przystosować się do życia dalekiego od marzeń, nie umie instrumentalnie potraktować cierpienia, wchodzi w nie całym sobą. To typ zamknięty w sobie, nadwrażliwy, taki, który nie wyleje z siebie emocji na facebooku, zresztą - gdyby nawet - to i tak nikt by nie potraktował jego wyznania serio, bo osobistych postów na fb nikt nie traktuje poważnie, z założenia - to miejsce na pod kreowanie czegoś, a nie na szczerość. Mewy umierają w samotności, jak kiedyś, nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Jest w tym spektaklu wiele obrazów, które zapadają w pamięć, ze względu na swoją urodę: "wydmuchiwanie" skał lodowych, czerwone słońce, zachodzące hen za horyzontem, kąpiel Maszy w przeręblu, leżący na łóżku w bezruchu Sorin, wokół którego dzieje się życie, projekcje wideo, odmierzające minuty, godziny, lata... I pulsująca gdzieś w tle muzyka - jak serce człowieka, które bije na alarm.

Iwona Torbicka
www.kulturaupodstaw.pl
10 listopada 2017

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia