Miażdżąc i ogarniając

Felieton Macieja Wojtyszki

„Miażdżąca przewaga PiS", „Ziemkiewicz miażdży Michnika", „Miażdżąca opinia Komisji Weneckiej".

Miażdżą się i miażdżą.

A co to właściwie znaczy „miażdżyć"? W torturach indyjskich popularne było miażdżenie przez słonie, w średniowiecznej Europie miażdżono poprzez dokładanie kamieni na klatkę piersiową w celu przyśpieszenia przyznania się delikwenta do winy, a obecnie miażdżenie znamy głównie dzięki przyrządom do robienia tego z czosnkiem. Rozdrabnianie, ucieranie, niszczenie, odkształcanie, zgniatanie. Człowieka? Poglądów?

A więc używający tego terminu, rozumieją go chyba jednak metaforycznie? W każdym razie słowo robi karierę, wybiło się. Jeszcze do niedawna miażdżenie było mniej modne, a teraz – furora.

I „ogarnianie". Mniej więcej trzy lata temu to słowo zaczynało swój triumfalny marsz przez język polski, a teraz ogarniamy, co się da – i sprzątanie domu, i egzamin z filozofii, i zbyt natarczywie otaczającą nas rzeczywistość. A jest w tym ogarnianiu i tymczasowość, i pospieszność, i nawet rodzaj zgody na niechlujstwo. Bo ogarnianie to jednak nie to samo, co uporządkowanie.

I wreszcie moja ukochana fraza: „Przypadek? Nie sądzę". Zwykle zakończenie jakiejś paskudnej insynuacji, przed którą nie wiadomo jak się bronić. „A więc to właśnie ta dziewczynka założyła czerwony kapturek. Przypadek? Nie sądzę".

Czy ci ludzie nie wiedzą, co mówią? I jak mówią? Chyba jednak nie wiedzą. Na przykład pewien reporter podróżujący po świecie i pokazujący egzotyczny świat Polakom. Właściwie sympatyczny i wykazujący się zdrowym rozsądkiem wędrowiec. Tylko od czasu do czasu rzuci coś w stylu: „No i to klepisko to jest dla tego buszmena podłoga". Nawet w tonie narratora wyczuwa się, że buszmen to dla niego drugi sort. Niby nasz wędrowiec poznaje świat, niby nie boi się wszechobecnych zarazków i pasożytów, ale tak naprawdę jego ciekawość jest ograniczona przez założenie wstępne – ja jestem lepszy, bardziej cywilizowany, wyższy. Bez tego założenia wstępnego nie bardzo potrafi funkcjonować. A tłumaczenie, że inność nie musi być gorszością, burzy podstawy jego ugruntowanego (pewnie nawet podświadomie) przekonania.

Zabrał siebie ze sobą. Siebie, zapewne pilnego czytelnika Sienkiewicza, siebie, białego człowieka obciążonego brzemieniem, ale i uprzedzeniem. Trwałym uprzedzeniem.

Opisywany w wielu podręcznikach psychologii mechanizm trwałego uprzedzenia to jedna z najtrudniejszych do zwalczenia przypadłości. Znakomicie oddaje to przykład dialogu z osobą chorą na tę przypadłość. Osoba: „Żydzi są głupi i brudni". Lekarz: „Wśród Żydów jest nadreprezentacja naukowców, profesorów, laureatów nagród Nobla". Osoba: „Bo oni się wszędzie wcisną".

To już nie o mowę nienawiści chodzi, ale o głęboko zakorzenione w psychice poczucie, że muszę chronić swoją odrębność, swoją suwerenność przed zagrożeniem, przed złem, jakie niesie z sobą każdy inny.

Plemienny, jednoczący nas, wspólnotę, organiczny wstręt do obcego.

Trwałe uprzedzenie. Coś zupełnie innego niż patriotyzm.

Donald Trump zyskuje zwolenników między innymi dlatego, że dał wyraz niechęci do Meksykanów. Koniec z „poprawnością polityczną"! Precz z innymi, bo są gorsi, źli i zabierają naszego misia! Miażdżymy ich.

Tylko że tu nie o poprawność polityczną chodzi, a o jakość naszego człowieczeństwa.

- Powiedz mi zatem, czemu nieustannie mówisz o dobrych ludziach? Czy nazywasz tak wszystkich ludzi?
- Wszystkich - odpowiedział więzień. Na świecie nie ma złych ludzi.
- Pierwszy raz spotykam się z takim poglądem – powiedział Piłat i uśmiechnął się. – Ale być może za mało znam życie.

Bułhakow, syn prawosławnego teologa, próbował w Mistrzu i Małgorzacie uświadomić czytelnikom istotę rewolucji moralnej, jaką niosło za sobą chrześcijaństwo. W piekle, które zgotowali innym zwolennicy pewnej dobrej zmiany, niesłusznie nazywający się bolszewikami (bo było ich w sumie mniej nawet niż mienszewików), Michał Bułhakow usiłował dość przekonująco tłumaczyć, dlaczego Dostojewski jest nieśmiertelny, strach jest największym grzechem, a ludzie powinni być dobrzy.

Dlaczego miłosierdzie powinno się wciskać poprzez szpary? Dlaczego nawet szatan pragnie ratować pewne wartości? Nie pozwala na ich karykaturowanie?

Bułhakow próbuje ocalić sens przesłania chrześcijańskiego wbrew trwałym uprzedzeniom dawnych i nowych prokuratorów. Inkwizytorów. Urzędników pragnących administrować człowieczeństwem.

U Bułhakowa Jeszua, konając na krzyżu, mówi co innego niż w ewangeliach. Mówi do oprawcy: „Pozwól mu się napić!".

To są jego ostatnie słowa.

Dismas, wiszący na słupie obok, protestuje, bo wie, że gąbka, którą podano Jeszui, jest nasycona trucizną. Trucizną, która prawdopodobnie przyśpiesza konanie. Dimas żąda tego samego.

I Jeszua mówi: „Pozwól mu się napić!".

Wiem, że Mistrz i Małgorzata to nie ewangelia, ale czy w tej kwestii nie warto dostrzec mądrości potrzebnej przy uchwalaniu ustaw o ochronie życia ludzkiego od poczęcia aż do naturalnej śmierci?

Owszem, istnieje na świecie zło. Owszem, nie ma sprawiedliwości, bo jeden rodzi się buszmenem, a drugi księciem Karolem. Owszem jeden ma talent, a drugi ma mniejszy, a trzeci nawet nie wie, że jest patologicznym beztalenciem.

Zwykle nasze ambicje i wyobrażenia o sobie przerastają nieco nasze realne możliwości.

Nie dość, że mamy trwałe uprzedzenia, to jeszcze niefrasobliwie zawyżamy samoocenę.

Pycha to jeden z grzechów głównych.

Nasz los skłonni jesteśmy traktować jako nasze wyłączne dzieło, nie dostrzegając, że część tego losu jest dana, a część zadana.

Jednemu się przytrafiło być szczęśliwym Polakiem, drugiemu nieszczęśliwym Syryjczykiem, ale istotą chrześcijańskiego przesłania jest szacunek dla drugiego człowieka, współodczuwanie, chęć pomocy bliźniemu, miłość, miłosierdzie, wybaczanie. Zło dobrem zwyciężaj.

Spróbujmy to jakoś ogarnąć, bo inaczej się pomiażdżymy.

Maciej Wełyczko
teatralny.pl
30 czerwca 2016
Portrety
Maciej Wojtyszko

Książka tygodnia

Banialuka Bielsko-Biała 70 lat
Teatr Lalek Banialuka, Bielsko-Biała 2017
Lucyna Kozień - koncepcja i redakcja

Trailer tygodnia