Mickiewicz w klimacie pop

"Dziady" - reż. Michał Zadara - Teatr Polski we Wrocławiu

Jak adaptować Mickiewicza w czasach popkultury? Uwspółcześniać klasykę czy potraktować ją „klasycznie": zaznaczyć związek z epoką, w której powstała, a zarazem ukazać dystans do tego, co dzisiejsze? Michał Zadara, w swojej inscenizacji „Dziadów" w Teatrze Polskim we Wrocławiu, znalazł swego rodzaju złoty środek, łącząc oba podejścia: z jednej strony wiernie
podąża za literą tekstu, z drugiej – odczytuje go przez filtr współczesności.

Każdą z przeniesionych na deski teatru części dramatu warto rozpatrywać oddzielnie, ze względu na odmienność zastosowanych w nich inscenizacyjnych chwytów i odniesień do rozmaitych konwencji. Podział na części jest zresztą wyraźnie zaznaczony: na znajdujących się po bokach sceny ekranach wyświetlają się tytuły kolejnych epizodów, po zakończeniu cz. I i II następuje przerwa.

Spektakl, choć w całości swoiście monumentalny, zaczyna się niepozornie. Monolog z „Widowiska" rozpoczynającego część I dramatu, opowiadający o miłości i samotności oraz wprowadzający w nadprzyrodzony świat ludowych obrzędów, wygłasza Anna Ilczuk. Aktorka, z charakterystycznie emfatyczną manierą mówienia, wygłasza tekst monotonnie, zaś wyrażane przez nią emocje wydają się mocno przerysowane. Za właściwy początek spektaklu warto uznać raczej moment, w którym na scenie pojawiają się imitujące puszczę pnie drzew, pośród których snuje się gęsta mgła. Jest tajemniczo i mrocznie: taki klimat z pewnością spodobałby się romantykom.

Na scenie pojawia się lud i Guślarz, który będzie przewodniczył obrzędom dziadów w części II. Swoje pieśni wykonuje Chór Młodzieńców („złota młodzież" w klimacie discopolowym, która wjeżdża na scenę...maluchem). Początkowo trudno się skupić na wypowiadanych przez aktorów słowach, zwłaszcza że niekiedy zagłuszane są przez głośną muzykę. Za serce chwyta najbardziej pieśń Dziecięcia o młodzieńcu zaklętym w kamień. Pierwszą część kończy rozmowa dwóch myśliwych (Bartosz Porczyk, Adam Szczyszczaj), przerwana przez wynurzającego się z czarnego worka mężczyznę (Rafał Kronenberger) słowami: „tu rękopis się urywa". Zakończenie okazuje się o tyleż nagłe, co zaskakujące.

Część II przedstawiona została w konwencji współczesnego horroru. Na scenie postawiono piętrową platformę imitującą opuszczony dom lub kaplicę, spowitą ciemnością. Rozgrywającą się na piętrze akcję, czyli przywoływanie kolejnych duchów przez Guślarza, oglądamy na bocznych ekranach, filmowaną przez kamerę z noktowizorem. Guślarz jest tu postacią groteskową: łączy w sobie cechy charyzmatycznego religijnego przywódcy, szarlatana i egzorcysty; nosi przy tym kowbojski kapelusz a la Indiana Jones (świetna rola Mariusza Kiljana). Kolejne zjawy pojawiają się w klimacie niepokoju, rozładowanego drwiną, żartem, sarkazmem. Duch Rózi trzyma jako maskotkę gumowego dinozaura, pasterka Zosia zwisa nad sceną, fałszując i popalając papierosa. Prawdziwie przerażająco wypada epizod ze Złym Panem, którego ciało rozdziobują ptaki (pomysłowe wykorzystanie marionetek imitujących ptasie szkielety i obrazy szamoczących się skrzydeł w tle rodem z „Ptaków" Hitchcocka). Przedstawianie większości akcji za pośrednictwem kamery z czasem zaczyna męczyć: piękno kompozycji części II jawi się oczom widza dopiero po stopniowym doświetlaniu przestrzeni scenicznej. Ciekawym chwytem okazało się wprowadzenie ballady „Upiór", która w dramacie poprzedza część IV. Rozpisano ją na dialog między jedną z osób z ludu świadkującego obrzędom dziadów a policjantami, którzy traktują teren opuszczonego domu jak miejsce zbrodni.

Część IV, ukazująca wizytę Gustawa w leśnym domku Księdza i jego spowiedź z nieszczęśliwej miłości i śmierci, rozgrywa się ponownie w lesie, znanym z części I. W rogu sceny jawi się tym razem drewniana chata, oglądana raz z zewnątrz, raz od środka. Obsadzenie w roli Gustawa Bartosza Porczyka, spowodowało, że część IV to właściwie one man show: znakomity popis jego aktorskich możliwości. Skądinąd bardzo dobry w roli księdza Wiesław Cichy, występuje niejako w tle, jako adresat jego wyznań. Porczyk gra rewelacyjnie: jest sentymentalny, gwałtowny, brutalny, romantyczny, a zarazem racjonalny. Świetnie ukazuje miłosny obłęd Gustawa, w tok wypowiedzi wplatając partie wokalne w towarzyszeniem pianina, śpiewa raz lirycznie, raz jazzowo, raz drapieżnie. Jego Gustaw to postać tragikomiczna, rozdarta między rozpaczą a pragnieniem zemsty.

Godne najwyższej pochwały jest przede wszystkim to, że aktorzy cały czas mówią „Mickiewiczem". Modulacja głosu, różne odcienie intonacji, sprawiają, że tekst dramatu naprawdę żyje i poddawany jest rozmaitym interpretacjom. Zwłaszcza monolog Gustawa, przefiltrowany przez talent Porczyka, ma właściwości żywej, spontanicznej mowy. Spektakl staje się wielkim hołdem dla geniuszu samego wieszcza i udowadnia, że znakomity tekst broni się sam, niezależnie od pomysłów na jego adaptację.

„Dziady" Zadary są przedstawieniem niejednorodnym, mającym lepsze i gorsze momenty. Bardzo dobre aktorstwo, ciekawa scenografia, pomysłowe wykorzystanie elementów teatru lalek i animacji przedmiotu czynią z nich jednak przedsięwzięcie warte uwagi. Udatne połączenie klasyki w nowoczesnością sprawia, że warto czekać na kontynuację, czyli adaptację części III. Oby okazała się jeszcze znamienitsza!

 

Karolina Augustyniak
Dziennik Teatralny Wrocław
9 października 2014

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...