Mieć kontakt z widzem

Rozmowa z Bartłomiejem Błaszczyńskim

Teatr ma w sobie coś bardziej profesjonalnego, elitarnego. Niewykluczone, że film też w jakimś stopniu doskonali sztukę aktorską. Jednak każdy gatunek rządzi się swoimi prawami i zawsze kiedy ktoś opowiada o świetnym aktorze filmowym, to w kręgach aktorskich pada odpowiedź w formie pytania: „Czy widziałeś go na scenie?”.

Magdalena Tarnowska: Niedawno został pan laureatem dwóch prestiżowych nagród -Nagroda ZASP im. Andrzeja Nardellego za najlepszy debiut aktorski, Nagroda Marszałka Województwa Śląskiego dla młodych twórców - czego serdecznie gratuluje. Czy takie ogromne wyróżnienie motywuje pana jako młodego aktora do twórczych poszukiwań na gruncie techniki aktorskiej, czy raczej wręcz przeciwnie – utwierdza w przekonaniu, że dotychczasowy sposób gry jest tym najwłaściwszym?

Bartłomiej Błaszczyński: Podejrzewam, że gdybym doszedł do wniosku, że to co robię obecnie jest najlepsze, byłbym zgubiony. Oczywiście wyniosłem podstawy ze szkoły PWSFTviT w Łodzi, coś w rodzaju bazy, ale nie chciałbym się zatrzymywać na tym etapie. Jak mawiał dziekan Bronisław Wrocławski – „Kiedy aktor wszystkiego nie wie - jest bardzo dobrze." Na szczęście nie istnieje jedna najlepsza technika gry. Trzeba dochodzić do wszystkiego samemu, metodą prób i błędów. Myślę, że poszukiwanie, to jest właśnie to,  co powinno cechować ludzi sztuki.

Wzorca artystycznego i inspiracji też Pan poszukuje?

Mam takich kilku ulubionych aktorów, których oglądanie sprawia mi przyjemność, ale chęć bycia którymkolwiek z nich też mogłaby być zgubna. Wykorzystuję czasem jakieś drobne rzeczy, które mi się podobają... Ktoś kiedyś powiedział, że dobry artysta pożycza, a najlepszy kradnie, ale nie mówcie o tym nikomu (śmiech).                                                                          W trakcie robienia dyplomów z Piotrem Kruszczyńskim robiliśmy „Dramat powiatowego performera" na podstawie Mewy Czechowa i tam przyszło mi grać Sorina, co było zadaniem dość karkołomnym, ponieważ jest to wiekowy pan. Wtedy np. inspiracją był mój chodzący o lasce dziadek.

Pana rola w „Mewie" w reżyserii Grzegorza Gietzkyiego została doceniona przez krytyków. Czy pan także uważa tę kreację za najbardziej godną uwagi ze wszystkich znajdujących się w pana dorobku artystycznym?

Niestety nie mnie to oceniać, bo ja nie widziałem spektaklu. Nie lubię i nie umiem na siebie patrzeć. Doszukuję się błędów, analizuję i w rezultacie dostrzegam same niedoskonałości. Ale wracając do pytania, wydaje mi się, ze każda z zagranych w ubiegłym sezonie ról jakoś mnie wzbogaciła i coś mi dała. Grając Raskolnikowa (Zbrodnia i Kara, reż. K. Babicki - przyp. DT) mogłem zmierzyć się z klasyczną literaturą, z kolei dzięki postaci Laertesa w Hamlecie (reż. Attila Keresztes - przyp. DT), miałem okazję oprzeć swoją interpretację bohatera dramatycznego w dużej mierze na emocjach. Natomiast rola w Mewie to już czysta psychologia. Nie mniej wartościowe były dla mnie „lżejsze" przedstawienia, jak Komedia teatralna czy Zagraj to jeszcze raz, Sam wg  Woody'ego Allena (reż. Grzegorz Kempinsky -przyp. DT)

Role te są niezwykle zróżnicowane. W którym repertuarze czuje się pan najlepiej?

W każdym (śmiech). Lubię wyzwania. Chętnie mierzę się ze wszystkim, co sprawia trudność. Chociaż jak się dowiedziałem, że będę występował w Komedii teatralnej, trochę się zestresowałem. Harry, to postać zupełnie inna od wcześniejszych granych przeze mnie.  Zupełnie inna niż ja sam. Bardzo długo nie mogłem się odnaleźć w tej roli, ale razem z reżyserem znaleźliśmy sposób i już jest dobrze.

Pozostając w temacie wyzwań. Niedawno miał pan okazję zmierzyć się z najtrudniejszą dla aktora formą – monodramem. Czy to była pana inicjatywa?

Tak, zdecydowanie, to jak najbardziej moja inicjatywa. Myśl o zrobieniu monodramu pojawiła się, kiedy byłem na drugim roku studiów. Miałem zajęcia z Marcinem Brzozowskim i on kazał nam przygotować pięciominutowe wystąpienie, przypominające formą monodram. Oparłem się wtedy na powieści Jerome Davida Salingera Buszujący w zbożu.  Tak mi się to spodobało, że zacząłem szukać odpowiedniego tekstu dla siebie.  Znalazłem go i zainteresowałem projektem Marcina Łuczaka. To, że Przebiegum życiae jest monodramem w konwencji stand-up na pewno trochę ułatwia zadanie. Co nie znaczy, że dzięki temu znika cała trudność bo spektakl, mimo wszystko wymaga ode mnie zaangażowania i wysiłku.

Niewielka przestrzeń, bliskość widzów, a poza panem nie ma nikogo na scenie. Zwraca pan uwagę na reakcje publiczności?

Monodram to dialog z widzem, a ponieważ akurat mój nie ma czwartej ściany, zależy w dużym stopniu od energii, która płynie z widowni, czy nawet od reakcji pojedynczych osób. Początek Przebiegum życiae wyraźnie odcina się od reszty, ponieważ  mówi się go w języku angielskim. Wybitnym poliglotą nie jestem, dlatego też wcześniej przygotowuję sobie kilka słów i potem już rozmawiam z publicznością, stawiam odbiorcom pytania i dopiero wtedy mogę sobie pozwolić na jakiś element improwizacji, tzn. nie zmieniam zakończenia jak np. w Szalonych nożyczkach, ale uznaję widza za swojego partnera. Po pierwszych paru minutach wiem, czy jest zainteresowany historią, którą mu opowiadam, czy raczej nie. W tym drugim przypadku muszę znaleźć sposób, aby się przebić przez ten mur, jakąś barierę związaną z poczuciem dystansu, którą pewnie też ja sam też buduję.

Tradycyjna sztuka dramatyczna ma inną specyfikę. Czy mimo to, relacja aktor – widz wygląda podobnie?

Zawsze koncentruję się nad tym, żeby mieć kontakt z widzem. Pochodzę z takiej szkoły, że jednak widz jest istotny i trzeba umieć w jakiś sposób z nim współgrać. Robienie czegoś dla siebie, tak żeby nikt nie widział i nie słyszał mija się z celem. Aktor z reguły czeka np. aż publiczność przestanie się śmiać, bo teatr jest taką formą sztuki, że wymaga również odbioru. Trzeba umieć też być widzem. To czasami bywa trudne.

A jak to jest u pana z tremą? Czy aktor tak obyty ze sceną jak pan, ciągle szuka na nią sposobu?

Tak naprawdę to zależy od spektaklu: jak często jest grany i jak dobrze się w nim czuję.

Im więcej razy grany spektakl, tym mniejsza trema?

Chyba tak. Ale trudność spektaklu też ma znaczenie. Na pewno najbardziej stresujące są premiery, główne role. Są też takie sztuki, w których np.  mam nieduży epizod, a jednak element niepewności i tak się pojawia. Teatr to żywa tkanka. Nigdy nie wiadomo czy wszystko się uda.

Doświadczeni koledzy dają wskazówki jak sobie z tym radzić?

Często pytam ich o radę, ale akurat na tremę, to chyba każdy musi znaleźć swoją metodę.

Gra na scenie wydaje się być dużo bardziej stresująca od pracy na planie filmowym. Którą formę dziś pan wybiera: kino czy teatr?

Kiedy decydowałem się na szkołę aktorską, widziałem siebie raczej na planie filmowym. W tym momencie już niekoniecznie. Chciałbym kiedyś, jeśli to będzie możliwe pogodzić obie te dyscypliny z sobą, jednak nie jestem jeszcze gotów na takie poświęcenie, żeby zostawić wszystko i jechać do Warszawy. Tu mam teatr, który półtora roku mogę już chyba uznać za swój. To moje pierwsze miejsce pracy, które pokochałem i obdarzyłem sentymentem. Głupotą byłoby rezygnować z możliwości rozwoju, jaką mi daje. Myślę, że na planie nawet amator poradzi sobie całkiem nieźle, natomiast gdyby musiał zagrać w teatrze mógłby mieć problem. Teatr ma w sobie coś bardziej profesjonalnego, elitarnego. Niewykluczone, że film też w jakimś stopniu doskonali sztukę aktorską. Jednak każdy gatunek rządzi się swoimi prawami i zawsze kiedy ktoś opowiada o świetnym aktorze filmowym, to w kręgach aktorskich pada odpowiedź w formie pytania: „A czy widziałeś go na scenie?".

Co w takim razie najbardziej Pana fascynuje w pracy aktora teatralnego?

Może to zabrzmi banalnie, ale na pewno możliwość wcielania się, odkrywania. Wydaje mi się, że  aktor powinien jak najlepiej poznać siebie, nie tylko swoje niedoskonałości i kompleksy, ale tez swoje zalety, mocne strony. Ja dzięki badaniu własnych możliwości wiele rzeczy potrafię w sobie nazwać, opisać otaczającą mnie rzeczywistość i zachowania innych ludzi, co bardzo pomaga mi ich zrozumieć. Oprócz tego fascynujące są spotkania z innymi, nierzadko niezwykle interesującymi ludźmi. W samym teatrze mam wielu kolegów z ogromnym doświadczeniem,  których spotkanie bardzo wiele mi dało do myślenia i cały czas daje.

Pewnie jeszcze usłyszymy o Bartłomieju Błaszczyńskim nie raz. Zdradzi nam pan swoje plany i cele na ten rok?

Jeśli chodzi o plany zawodowe to na pewno przewidziana na połowę lutego premiera „Piątej strony świata" w reżyserii Roberta Talarczyka. Poza tym mamy zamiar zrealizować jeszcze dwie premiery, które na razie stoją pod znakiem zapytania ze względu na mniejsze dotacje dla Teatru Śląskiego, obcięte przez Urząd Marszałkowski. Niestety teatr jest instytucją, która pochłania ogromne sumy pieniędzy. Wracając do przedsięwzięć, mam plany, albo raczej marzenia, ponieważ są to rzeczy mało realne do zrealizowania; Chciałbym np. Oscara dostać (śmiech),ale myślę, że Daniel  Day-Lewis (w filmie Lincolnnominowany do Oscara w kategorii najlepszy aktor – przyp.DT) tym razem mnie wygryzie. Z Kariną Grabowską, Kasią Kowalczuk i Michałem Rolnickim mamy w planach realizację naszego wspólnego projektu z pogranicza teatru offowego. Są to jednak plany bliżej niesprecyzowane. Indywidualnie w najbliższym czasie chciałbym przeczytać dokładnie Ulissesa i całe Pismo Święte, może paru antycznych filozofów.

W takim razie życzę zrealizowania planów i kolejnych sukcesów zawodowych. Bardzo dziękuję za rozmowę.

Bartłomiej Błaszczyński - Absolwent łódzkiej szkoły teatralnej w roku 2011. Od września 2011 r. aktor Teatru Śląskiego im. St. Wyspiańskiego w Katowicach. Rozpoczął pracę wchodząc z powodzeniem w dwa trudne zastępstwa w głównych rolach w przedstawieniach „Zagraj to jeszcze raz Sam" W. Allena (Allan) i „Zbrodnia i kara" wg F. Dostojewskiego (Raskolnikow), a także w dwie inne role drugoplanowe. Wystąpił w Teatrze Śląskim ponadto jako Laertes w „Hamlecie" W. Szekspira (I 2012), a następnie w znaczącej roli Konstantego Trieplewa w „Mewie" A. Czechowa (IV 2012) i w roli Harrego w „Komedii teatralnej" B. Ahlforsa (X 2012). Debiutancki sezon zakończył z powodzeniem zróżnicowanymi siedmioma rolami, w tym trzema głównymi.

Laureat Nagrody Marszałka Województwa Śląskiego dla młodych twórców 2012.
Laureat Nagrody ZASP im. Andrzeja Nardellego za najlepszy debiut aktorski w roku 2012.

Magdalena Tarnowska
Dziennik Teatralny Katowice
28 stycznia 2013

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia