Między harlekinem, biografią, esejem

"Ofelie" - reż: Wiktor Rubin - Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu

W "Ofeliach" Rubina kobiety są ofiarami mężczyzn, mężczyźni ofiarami kobiet; wszyscy razem - ofiarami Sztuki rozumianej jako narzędzie panowania, akt podszyty seksem, realizacja narcyzmu

W toruńskich "Ofeliach" - podobnie jak w "Joannie Szalonej. Królowej", poprzednim przedstawieniu Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak - sporo elementów melodramatycznych. Tkliwe banały idą o lepsze z egzaltowanymi enuncjacjami - a jednak ich ilość, natężenie i dyskretnie wprowadzany dystans sprawiają, że powstaje nową jakość. "Ile tu tandety, a jednak fascynuje" - chciałoby się powiedzieć za jedną z bohaterek "Ofelii". W tekście Janiczak biograficzne fakty przenikają się z fikcją, sentymentalny kicz - z autotematycznymi uwagami odnoszącymi się do samego opowiadania czyjejś historii; a wszystko to doprawione jest dużymi dawkami ironii. Ironia jest tym bardziej na miejscu, że para artystów opowiada o parach artystów. Auguste Rodin i Camille Claudel, Francis Scott Fitzgerald i Zelda Fitzgerald, wreszcie Sylvia Plath i Ted Hughes - w trójkącie z drugą kobietą w życiu poety, Assią Wevill.

To cały katalog rozmaitych mniej lub bardziej toksycznych relacji, które trwają, choć śmierć dawno już rozłączyła związki małżeńskie i pozamałżeńskie - podobnie jak w "Joannie Szalonej", gdzie martwa królowa Izabela kontynuowała swój dyskurs z córką. Wielowątkowa opowieść o ikonach nowoczesnej sztuki nie rozwija się jednak w sposób tak linearny, jak życiorys władczyni z kieleckiego spektaklu, od lat młodzieńczych do śmierci. Janiczak i Rubin swoje postacie stawiają w sytuacji eschatologicznej - w zaświatach oskarżają się one nawzajem przed jakimś dziwnym trybunałem. Stwarza to punkt wyjścia do serii przeplatających się retrospekcji, opowiadanych przez postaci przyglądające się sobie niejako z zewnątrz, z (bez)czasowego dystansu - żywioł epicki istnieje tu co najmniej równie wyraziście, co w "Joannie".

Wzajemnych zarzutów nie brakuje. Scott wydaje dziewczęce zapiski Zeldy jako "Wielkiego Gatsby\'ego"; Rodine podpisuje rzeźby Camille jako własne; Ted nie może pogodzić się z tym, że funkcjonuje wyłącznie jako "mąż tragicznie zmarłej poetki Sylvii Plath". Kobiety są ofiarami mężczyzn, mężczyźni ofiarami kobiet; wszyscy zaś razem - ofiarami Sztuki rozumianej jako narzędzie panowania, jako akt podszyty seksem, jako realizacja narcyzmu, ucieczka przed śmiercią - i dniem powszednim. Bo "Ofelie" to nie tylko zbiór pikantnych opowiastek z życia sławnych ludzi. To także pełen ironii i biograficznych odniesień sceniczny esej o modernistycznej figurze artysty, ciągle tak głęboko tkwiącej w masowej wyobraźni. O wymarzonej pozycji "arystokraty ducha", nieśmiertelnego idola; statusie stanowiącym do dziś przedmiot mieszczańskiej fantazji, która wyraża się chociażby w hollywoodzkich biopicach pisarzy, kompozytorów, malarzy. Przedstawienie Rubina i Janiczak opowiada o estetyzacji życia - i estetyzacji śmierci. Bo przecież "wszyscy uważamy, że zwyczajne życie zasługuje na pogardę", jak mówi ze sceny Ted.

Ucieleśnieniem tej postawy jest przede wszystkim Plath, poetka-ikona, patronka uduchowionych pensjonarek i werterycznych licealistów. Jej postać jest niczym sceniczny automat wytwarzający dyskurs Artysty przez wielkie "A", Sztuki przez wielkie "S"; wypluwa coraz to bardziej kabotyńskie sentencje: "człowiek ucieka przed bólem i złością, zaś artysta poszukuje ich niestrudzenie na strawę"; "Artysta i choroba - nieodzowni przyjaciele"; "Jestem postacią kultury masowej, co nie odbiera mi genialności". Te zdania wypowiada Daniel Chryc, aktor Teatru im. Szaniawskiego z Wałbrzycha, przechadzający się nago z "przegiętą" gracją w pierwszych scenach przedstawienia. Mężczyzna w roli ikony kobiecej poezji - opresja rodzi się w kulturze, a nie w biologicznej płci. Sylvia może być katem dla Teda równie dobrze, co Rodin dla Claudii.

Cała ta plejada zgasłych gwiazd, szopka z figurkami wielkich artystów z ich mitami i pretensjami - skontrastowana jest z zagadkową postacią Człowieka z Lasu. Rozpoczyna on spektakl długą prostą sekwencją - rąbaniem drew; publiczność zapełnia eklektyczno-secesyjną widownię Teatru Horzycy przy dźwiękach uderzeń siekiery. Wreszcie wypowiada on pod adresem Plath jedno zdanie - "to jest ta dziewczyna" - po czym wycofuje się, by powrócić pod koniec spektaklu. Wówczas to, co zdawało się być strukturą - biografią, postawionym problemem - rozpada się na chaotyczny strumień coraz to prostszych elementów. Mieszają się ze sobą pojedyncze fakty, zdania, wyznania, pretensjonalne aforyzmy - stopniowo odklejając się od znaczeń. Padają słowa: "Nie ma puenty. Nie ma poety, jest orkiestra lub rój".

Co do tej pory było zawieszone gdzieś między harlekinem, biografią, esejem - w ostatnich minutach staje się raczej rozpisanym na głosy poematem. Ostrze ironii ulega jakby przytępieniu. Dominuje głos Plath - popkulturowej ikony "odklejonej" od poezji; ikony, która nagle zdaje sobie sprawę z własnej nierealności. W tym potoku zdań sceniczne charaktery po prostu się rozpływają; nie giną tak efektownie i dramatycznie, jak w narcystycznie pielęgnowanej fantazji o artystowskim samobójstwie, "śmierci poety" - a po prostu osuwają się w nicość, amnezję, afazję. Innej puenty nie będzie. Czy autor w ogóle istnieje? Przed paroma dekadami ogłoszono jego śmierć, dziś mówi się o jego powrocie. Spektakl Rubina pokazując, jak rodzi się mit, pozostawia tę kwestię otwartą.

Witold Mrozek
dwutygodnik.com
17 stycznia 2012

Książka tygodnia

Mewa. Egzemplarz reżyserski Krystiana Lupy
Akademia Sztuk Teatralnych
Krystian Lupa

Trailer tygodnia