Między niebem a piekłem

"Mefistofeles" - reż. Tomasz Konina - Opera Krakowska w Krakowie

"W moim śmiechu brzmi jednasylaba: Nie. / Niszczę, kuszę, ryczę, syczę: Nie. / Kąsam, zwodzę, drwię. / Gwiżdżę! Gwiżdżę! Gwiżdżę!" - śpiewa w swej arii Mefistofeles, przedstawiając się Faustowi. Czy można gwizdać na świat? Czy można wygwizdać Pana Boga? Na te pytania próbowali odpowiedzieć twórcy premiery "Mefistofelesa" Arriga Boita w Operze Krakowskiej. Dzieło to, stanowiące muzyczną adaptację "Fausta" Goethego, weszło na stałe do operowego kanonu, ale nazwisko jego twórcy - autora równocześnie muzyki i libretta - wydaje się wciąż nie dość obecne w szerszej świadomości.

To błąd - zwłaszcza w Polsce, drugiej ojczyźnie Arriga: syna włoskiego malarza Silvestra Boita i Polki, hr. Józefy Radolińskiej, primo voto Karśnickiej (w "Mefistofelesie" słyszymy przecież rytmy oberka i mazura). Związał się on z artystyczno-patriotyczną awangardą "Scapigliatura" - czyli tak zwanymi rozczochrańcami, stając się jednym z jej przywódców. Jego buntownicza oda "Do sztuki włoskiej" zraziła doń na lata Verdiego. Ale przecież to mistrz z Busseto stanie się w przyszłości najważniejszą osobą w życiu zawodowym Boita; dzięki niemu zyska sławę jako autor librett do dwóch Szekspirowskich arcydzieł Verdiego: "Otella" i "Falstaffa" - uważanych za najlepsze, jakie kiedykolwiek powstały w historii opery, kongenialne.

Przełożenie dzieła Goethego wydaje się zadaniem jeszcze trudniejszym, bo ze względu na gigantyczne rozmiary, mnogość wątków, a zwłaszcza filozoficzno-mistyczny aspekt, "Faust" uchodzi za dramat niesceniczny. A przecież kusi, o czym świadczą liczne umuzycznienia, w operze przede wszystkim Gounoda, którego utwór z 1859 roku zyskał najszerszą popularność. O ile jednak ten ostatni z utworu Goethego wydobywa głównie wątek miłosny, Boito stara się zachować wszystkie jego najistotniejsze elementy. Osią dramatu czyni więc zakład między Bogiem a Mefistofelesem o duszę Fausta, z którego tenże ostatecznie wyjdzie zwycięsko. Coś jednak za coś: wierność Goethemu powoduje, że pozostałe wątki - zwłaszcza miłosny - mogą być jedynie zasygnalizowane, a większość wydarzeń (w tym tragiczne perypetie Małgorzaty) znamy jedynie z relacji. W rezultacie otrzymujemy dzieło na poły oratoryjne, statyczne, niejako "sceny z Fausta".

Mimo tych niedostatków, libretto Boita stanowi najbardziej wartościową adaptację niemieckiego dramatu dla potrzeb opery. A muzyka? Niestety... Boito nie był tak dobrym kompozytorem jak poetą, cierpiał zwłaszcza na niedomiar inwencji melodycznej, co jednak nadrabiał dużą muzyczną kulturą, smakiem i ambicją. Ta ostatnia mocno ucierpiała po spektakularnej prapremierowej klęsce w La Scali 5 marca 1868 roku; kompozytor wyciągnął z niej wnioski i po siedmiu latach wystawił z sukcesem mocno zmienione i o połowę okrojone dzieło.

Premiera krakowska - otwierająca jubileusz sześćdziesięciolecia Opery - wystawiona została we współpracy z Orkiestrą Symfoniczną z Trondheim. Trwające od roku przygotowania obejmowały m.in. konkurs na wykonawców i dodatkowych chórzystów (opera wymaga dziewięćdziesięcioosobowego chóru, w tym trzydzieściorga dwojga dzieci). Reżyserię powierzono Tomaszowi Koninie: było to jego drugie spotkanie z "Mefistofelesem", którego zrealizował przed trzynastu laty w Operze Nova - w obu przypadkach zaprojektował także scenografię. To jednak dwie różne propozycje: w przeciwieństwie do obfitującej w romantyczną symbolikę bydgoskiej, krakowska stawia na współczesną prostotę, minimalizm i formalny skrót. Konina ustawia na scenie geometryczne konstrukcje-płaszczyzny z wielofunkcyjnym kręgiem pośrodku (swoistym centrum świata). Pod koniec jedna z nich rozewrze się pod ręką Mefistofelesa, ukazując teatralną maszynerię. Maszyneria świata? Prześwit między światami? Między dobrem a złem?

Boito widział w Fauście "pełne ucieleśnienie dualizmu ludzkiego", który zawsze go fascynował i któremu poświęcił młodzieńczy poemat: "Człowiek się miota na przemian / Pomiędzy niebem i piekłem / I nigdy spokoju nie zazna". Faust zazna go dopiero w finale: odkrywszy Bożą miłość szepnie do chwili, by trwała. Przedtem jednak musi przejść przez ból rzeczywistości (miłości ziemskiej) i ułudę ideału (miłości arkadyjskiej). Skutki owej wędrówki reżyser ukazał niezwykle sugestywnie, zestawiając ze sobą obraz świata współczesnych celebrytów - z Heleną Trojańską jako idolką - z ciałem martwej Małgorzaty na pierwszym planie, które pozostanie tam do końca. (Nie wiem tylko, czemu w kolejnym spektaklu z drugą obsadą zrezygnowano z tego doskonałego efektu.) Reżyserską wizję dobrze uzupełniały quasi-współczesne kostiumy Joanny Klimas: konsekwentnie, poza sukniami solistek, utrzymane w piekielnych czarno-czerwonych barwach.

Orkiestrą Opery Krakowskiej dyrygował z pasją i precyzją Tomasz Tokarczyk. Szczególne uznanie należy się Zygmuntowi Magierze, który bezbłędnie przygotował ogromny zespół chóralny; imponująco brzmiał zwłaszcza Prolog w niebie oraz popisowa Noc Sabatu, zwieńczona fugą ze strettem. W spektaklu premierowym wśród protagonistów prym zdecydowanie wiodły panie, zwłaszcza doskonała w koloraturowej arii szaleństwa Katarzyna Oleś-Blacha jako Małgorzata; duże wrażenie robiła też swym dramatycznym sopranem Norweżka Elizabeth Teige w roli Heleny. W szlachetnym barwowo głosie Mefistofelesa Wołodymyra Pankiva zabrakło zaś nieco urozmaicenia intonacyjnego. Najsłabszym ogniwem był Faust (Vasyl Grokholskyi), nieprzekonujący ani głosowo, ani aktorsko. Druga obsada zrekompensowała męskie niedostatki: w rolę tytułową wcielił się obdarzony nietuzinkowym basem Daniel Borowski; podobnej kreacji aktorskiej (wydobywającej i diaboliczność, i satyryczność Mefista) dawno nie słyszałam i nie widziałam. Mile zaskoczył też drugi Faust - śpiewany przez Gruzina Zuraba Zurabishviliego oraz Małgorzata - subtelna Anna Wierzbicka.

Z Brockenem, czyli operową Łysą Górą, wiąże się zjawisko zwane Widmem Brockenu: obserwator widzi na chmurach, poniżej, swój gigantyczny cień otoczony tęczową glorią. Gzy podobna złudna wielkość nie była udziałem Fausta, nim zrozumiał, czym jest miłość? Czy nie jest ona udziałem Mefista, który nigdy jej nie zrozumie? Uważajmy: u Koniny diabeł po raz pierwszy wyłania się z widowni, spośród nas. A w jego ostatniej frazie: "Bóg triumfuje, ale potępieniec gwiżdże", słychać gorycz.

Monika Partyk
Ruch Muzyczny
24 października 2014

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia