Między wiewiórkami i misiami

"Miłość i gniew"-reż: M.Piekorz-Teatr Słowackiego w Krakowie

"Pokochałem zbyt łatwo, pokochałem zbyt szybko, pokochałem miłością zbyt ciężką, by trwała wiecznie..." - śpiewał przed laty Chet Baker, świetny amerykański jazzman. W spektaklu "Miłość i gniew" wg powieści Johna Osbourne, prezentowanym w Teatrze im. Juliusza Słowackiego, jego piosenkę mogliby śpiewać bohaterowie tejże sztuki. Opowiada ona o tym, co już wiemy, co nigdy nie traci aktualności: o tym, że miłość boli.

Duży pokój, na pierwszym planie deska do prasowania, dwa fotele, kilka gazet, kuchenka. W oddali łóżko z rozciągniętym nad nim „oknem”. Ciekawa kompozycja świateł różnicowała tło wydarzeń, wspomniana piosenka powraca kilkakrotnie niczym bumerang… 

Widowisko rozpoczyna się sympatycznym obrazkiem: oto młoda kobieta, prasująca ubrania i dwóch mężczyzn, siedzących wygodnie w fotelach i czytających gazety. Ot, niedzielne, leniwe popołudnie, spędzone w spokoju. Wymieniają między sobą żarciki, które stają się stopniowo coraz mniej zabawne – w stronę owej Alison (Karolina Kominek) padają wreszcie złośliwe zaczepki autorstwa jej męża malkontenta i nerwusa, Jimmy’ego Portera (świetny w tej roli Błażej Wójcik). Mieszkający z nimi Cliff (Tomasz Augustynowicz), wieloletni przyjaciel pana domu, stara się być niczym falochron dla młodej kobietki. Jest to o tyle trudne, że Jimmy jest równie nerwowy co nadwrażliwy – bierze to za zaloty sublokatora do swojej wybranki. Wyprowadzony przez niego z równowagi Porter, popycha Cliffa na prasującą Alison, która oparza się żelazkiem. Zapada cisza, ta szczególna cisza między dwojgiem ludzi, z których jedno zostało zranione przez drugie… Gdy zostają sami, Jimmy tłumaczy się ze swego postępowania, opanowany nagłym przypływem miłości. Ich zgoda nie trwa długo – niewiele wystarczy, by mąż zapłonął od złości, wyrażając przy tym nadzieję, że ceramiczna maska żony roztrzaska się, ukazując zbolałe oblicze żony i… matki. Nie wie jednak nawet, że ukochana ukrywa przed nim swą ciążę…

Sytuację zaognia przybycie serdecznej przyjaciółki Alison, aktorki Heleny (ciekawa gra Natalii Strzeleckiej), która stara się pomóc jakoś opanować tą niezdrową sytuację. Jimmy daje mistrzowski pokaz swych złośliwości w stosunku do znienawidzonej artystki. Wobec zaistniałego incydentu, bierze ona sprawy w swoje ręce: wysyła do rodziców Alison list z prośbą o zabranie do siebie córki. Gdy ojciec (Feliks Szajnert)zjawia się, zostaje poinformowany przez latorośl o zachowaniu jej męża, o ich kłopotach, jej narastających wątpliwościach… Alison odchodzi, zostawiając list. Cliff, który pragnął, by pozostała, by spróbowała pogodzić się z Jimmy’m, nie zgadza się na przekazanie korespondencji, z goryczą pozostawia ten przykry obowiązek Helenie. Posłannictwo daje jej przewagę nad mężem przyjaciółki, który wpada w szewską pasję, by potem okazać się nieczułym draniem na wieść o swym ojcostwie. W chwili erupcji złości, jakiej napad mają obydwoje, emocje zmieniają się o sto osiemdziesiąt stopni – padają sobie w objęcia, a potem na łóżko. Światła gasną. Gdy wracają, widzimy Helenę, ubraną w koszulę, która okrywa jedynie bieliznę na jej ciele, i mężczyzn, czytających gazety. Scenka podobna do tej z początku sztuki – Helena nawet prasuje. Ale ona jest tu elementem nowym, zgrzytliwym – zajmuje miejsce Alison… Zmiana ta zdaje się być pozytywna: między nimi widać cieplejsze stosunki, niż między Porterami – ich „dobre chwile” niemal ograniczały się do odgrywania ról wiewiórki i niedźwiedzia, czule do siebie przemawiających. Cliff nie odnajduje się w nowej sytuacji, nadal ma żal do Heleny. Jimmy natomiast pozostaje sobą – wybuchy złości nawiedzają go również w jej obecności. Kobieta stara się z nim walczyć, przekonuje do zachowania spokoju. Wydaje się, że jest szansa na zachowanie tego związku, aż do momentu powrotu Alison – rozbita, na której twarzy widać wiele nieprzespanych samotnie nocy. Kobieta poroniła. Jimmy demonstracyjnie wychodzi, biorąc ze sobą trąbkę. Gdy wraca, przyjaciółki są ze sobą pogodzone, Helena decyduje się na ustąpienie pola prawowitej małżonce Jimmy’ego. Spektakl kończy się na mocnym postanowieniu poprawy małżonków. Bez Cliffa – odszedł, nie mogąc wytrzymać napięć, panujących między Porterem a kochanką.

Helena i Alison balansują na przeciwnych biegunach – gdy jedna z nich jest tą kochaną, druga jest tą znienawidzoną. Zmiana ich znaczenia w życiu Jimmy’ego jest płynna, równoległa. To ON jest postacią dominującą w spektaklu, ON określa, kto jest kochany, kto znienawidzony – ten biegun określa grą na trąbce za sceną. Utrzymuje swój mini świat w jako takim porządku, do chwili wkroczenia innej silnej postaci – Heleny. Jej działanie jest dynamiczne do chwili osiągnięcia zamierzonych efektów – zajęcia miejsca Alison. Potem staje się jak tamta: spokojna, ale nie równie podległa i bezwolna. Tak naprawdę to Helena ciągle życzyła przyjaciółce szczęścia, z jednej strony właśnie chciała jej pomóc, a przy okazji zdobyć pozostawionego na polu bitwy mężczyznę. Gdy zjawia się prawdziwa pani Porter, Helena ustępuje pola, znów zmieniając bieguny napięć. Sądząc z cykliczności, jaka wypływa z utworu, stan ten nie będzie trwał wiecznie…  

Helena pozostaje w opozycji również do innej postaci – do Cliffa. O ile był on od początku postacią scalającą małżeństwo Porterów i nigdy nie odważył się sięgnąć po Alison, o tyle aktorka robi coś zupełnie innego. Pomaga przyjaciółce, jednocześnie pozbawiając opieki Cliffa. Spycha go na dalszy plan, przekracza świętą dla niego, mniej od niej - Heleny - „świętego”, granicę – wkracza między męża i żonę.

Powiedzenie, że „Miłość i gniew” to sztuka, pokazująca jak cienka nić wiedzie od miłości do nienawiści, zbanalizowałoby całą sztukę. Spektakl pokazuje dążenie do porozumienia, nieustanny warsztat pracy nad związkiem. Miłość i gniew, dwa brzegi pomiędzy którymi rozciąga się rzeka, zwana życiem.

Maria Piękoś
Dziennik Teatralny Kraków
23 listopada 2010

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia