Między życiami

"Wiosna" - reż. Leonardo Moreira - Teatr Studio w Warszawie

Cudze chwalicie? Czasem warto - tak można by sparafrazować znane przysłowie. Zagraniczni reżyserzy regularnie współpracują z polskimi teatrami, co niejednokrotnie daje ciekawe efekty. Pochodzący z Węgier Attila Keresztes wystawił w Katowicach słynną "Iwonę, księżniczkę Burgunda", która w jego inscenizacji okazała się traktatem o międzyludzkiej grze masek. Francuski choreograf Claude Bardouil wybrał warszawski Nowy Teatr na miejsce tworzenia spektakli z pogranicza teatru słowa i tańca. Na stałe z Polską związani są sąsiedzi zza południowych granic. Marek Zakostelecky i Ondrej Spisak pracują m.in. w Warszawie czy Wrocławiu.

Bliżej nieznany nad Wisłą Leonardo Moreira jest twórcą brazylijskiej grupy Companhia Hiato. Artysta ukończył studia aktorskie na uniwersytecie w San Paulo, w 2007 roku otrzymał nagrodę za swój tekst "Bagaż". Zrealizowane przez niego przedstawienia - "Martwy pies", "Ciemność", "Ogród" - eksperymentowały z przestrzenią, układem widowni, symultanicznym prowadzeniem akcji. Moreirę interesują zagadnienia ludzkiej percepcji, kształtowania się podmiotu obserwującego rzeczywistość. Ale także to, co naszemu spojrzeniu umyka - nieprzypadkowo nazwa jego zespołu zawiera rzeczownik "hiato", co w wolnym tłumaczeniu można przełożyć jako "rozziew", "luka".

Polska nie jest całkowicie obca brazylijskiemu twórcy, wątek migranta znad Wisły pojawił się już we wspominanym "Ogrodzie". "Wiosna" jest kolejnym autorskim tekstem Moreiry, tym razem odegranym w całości przez aktorów Teatru Studio. Reżyser rozpisał poszczególne role na konkretnych wykonawców. Członkowie zespołu grają postacie noszące ich własne imiona. Scenografię tworzy podłoga wyłożona panelami, stoły oraz kilka krzeseł. Na wykładzinie umieszczono także duże bloki, które podczepiono do sufitu linkami. Widownia rozmieszczona jest po obu stronach sceny. Funkcja takiego zakomponowania przestrzeni wyjaśnia się już na początku przedstawienia.

Punktem wyjścia jest historia braci bliźniaków. Łukasz Simlat i Marcin Bosak stają do siebie plecami i opowiadają synchronicznie o utracie bliskiego krewnego. W monologu (dialogu?) przewija się motyw yin i yang, ale także równoległych rzeczywistości. Dowiadujemy się, że jeden z braci umarł lub zapadł na śpiączkę. Ten zabieg służy rozbiciu akcji na dwie równolegle poprowadzone opowieści, z których każda dzieli się dodatkowo na dwa wątki: po śmierci brata i w trakcie jego klinicznego snu. Wspomniane bloki na linkach unoszą się do góry i tworzą ściany przedzielające pole widzenia publiczności. Simlat i Bosak rozdzielają się, przechodząc każdy z osobna do jednej strony widowni. Każdy z nich pozostaje tam aż do końca przedstawienia.

Ta symultaniczność ma określony cel. Po obu stronach masywnego ogrodzenia rozgrywa się dramat żałoby po stracie bliskiego członka rodziny. Protagoniści wchodzą w interakcje z pozostałymi postaciami, kreowanymi przez Martę Juras, Monikę Krzywkowską, Stanisława Brudnego oraz Antoniego Pawlickiego. Mnie wypadło znaleźć się po stronie Bosaka. Kolejne rozmowy jego postaci pokazują charakterystykę skruszonego Marcina. Z jednej strony nie potrafi sobie on poradzić ze śmiercią/śpiączką brata, z drugiej bez pardonu podrywa wdowę po nim - Monikę. Wychodzi na jaw jego żal, że Łukasz był pierwszy w wyścigu po rękę kobiety. Ich siostra Majka chce zwrócić na siebie uwagę doktora Antka, ale serce mężczyzny również ciągnie go do Moniki...

Trochę zalatuje to wszystko - nomen omen - brazylijską telenowelą. Widać w "Wiośnie" ewidentne inspiracje Czechowem. W Studio próbuje się rozegrać ten sam dramat nudy, wiecznego oczekiwania, nigdy niedokonanych zamierzeń. Ba, nawet poszczególne sekwencje są jako żywe wzięte od mistrza z Taganrogu - poczciwy ogrodnik Stanisław ze swoimi monologami przypomina Firsa z "Wiśniowego sadu". Miłosne rozczarowania kojarzą się z relacjami postaci z "Trzech sióstr". Moreira świadomie rozgrywa te zależności, puszczając nawet oko do widzów - w jednej scenie mówi się o Monice, która jako aktorka grała kiedyś Raniewską, co jest oczywistą aluzją do inscenizacji Agnieszki Glińskiej z 2013 roku. Szkoda tylko, że zabrakło Czechowowskich niedopowiedzeń. W spektaklu Studio wszystkie racje zostają od razu wyłożone na wierzch. W rozmowach prowadzonych nad stołem, na którym stoją donice z roślinami, padają takie (sic!) kwiatki: "nie jest bogaty ten, kto ma pieniądze", "czas największym pokarmem" i inne.

Prawdziwa wartość tego przedstawienia tkwi jednak w czym innym. Z jednej strony jest to przemyślana kompozycja spektaklu. Po obu stronach rozgrywane są te same segmenty, poustawiane tylko w innej kolejności. Widać konsekwencję w ich rozplanowaniu czasowym - w poszczególnych sekwencjach głosy Simlata i Bosaka zgrywają się i nieprzypadkowo są to przemyślenia protagonistów na temat natury życia. Poza tym nie można nie zwrócić uwagi na filozoficzną podbudowę przedstawienia. Stale przewija się tutaj wątek ogrodu, roślin wymagających nieustannego nawożenia i podlewania. W programie do spektaklu wspomina się o Borgesie i jego "Ogrodzie rozwidlających się ścieżek życia" - motyw równoległych żywotów i ich rozmaitych wariantów był tutaj niewątpliwą inspiracją. "Jak potoczyłoby się życie, gdyby to mnie dopadła choroba? Co by było, gdybym pierwszy powiedział jej "kocham"?" - zastanawia się Marcin. Po drugiej stronie masywnej ściany padają pewnie podobne pytania. Przypomina się jeszcze Cortazar, który w swoich opowiadaniach pokazywał dręczące nas "niewpory" - złudzenia, że podjęcie innej decyzji w przeszłości całkowicie odmieniłoby nasze życie. Czy na pewno? A może wszystko jest tak, jak być powinno, "just like that", jak mawiał bohater słynnej powieści Isherwooda?

Może dlatego trochę szkoda, że dialogom zabrakło pewnych subtelności, a o charakterze międzyludzkich relacji zbyt często mówi się tutaj wprost. Aktorzy grają swoje postacie poprawnie, zakreślają poszczególne sylwetki wyrazistymi liniami. Całe napięcie zawiera się jednak przede wszystkim w przestrzeni. W końcu czy przypadkiem Moreira otrzymywał liczne nagrody właśnie za scenografię? Reżyser w swoich kolejnych pracach może pójść o krok dalej i stworzyć do końca wycyzelowane dzieło. W czym zresztą szczerze mu kibicuję. Quod erat demonstrandum.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
8 marca 2016

Książka tygodnia

Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Maurizio de Giovanni

Trailer tygodnia