Mierząc się ze sobą

"Biesy" - reż. Natalia Korczakowska - STUDIO teatrgaleria

Wchodząc na widownię Teatrgalerii Studio, pierwsze co rzuca się w oczy, to organizacja sceny. Widzimy aktorów stojących w konstrukcji przypominającej dużych rozmiarów pudełko. Od widowni oddziela ich przezroczysta szyba, co umożliwia obserwację zdarzeń. Kojarzy się z klatką, w której uwięzione są postaci, ale także z wystawą sklepową.

Oglądamy ją z zewnątrz, podziwiamy, z każdej strony przypatrujemy się eksponatom. W ciągu kilkunastu sekund wszystkie osoby znajdujące się wewnątrz ustawiają się jak do rodzinnego zdjęcia: głowa rodziny na krześle w środku, na kolanach najmłodszy przedstawiciel rodu, dookoła pozostałe osoby. I oto naszym oczom ukazała się rodzina carska - Romanowów - w całej okazałości. W tle słychać muzykę włączoną przez mężczyznę ubranego od stóp do głów w biel. Po chwili klatkę zaczyna wypełniać gaz. Jedna osoba po drugiej pada na ziemię. W tym samym momencie do pomieszczenia wchodzi ów mężczyzna w bieli, teraz z maseczką na twarzy, i rozprawia się z tymi, którzy przeżyli. Gaz skojarzył mi się z komorami, przez które w latach trzydziestych, czterdziestych ubiegłego wieku przeszło miliony ludzkich istnień. Myśl wydała mi się jednak zbyt daleko idąca, chociaż pojawiła się nieprzypadkowo. Reżyserka "Biesów", Natalia Korczakowska, gra na pamięci historycznej widzów po to, by przygotować ich na to, co będzie się działo dalej w przedstawieniu.

Nie sposób stwierdzić, kim jest człowiek w białym kostiumie. Może to być gubernator Lembke, może być zwykły śledczy wykonujący czynności służbowe. Zostańmy jednak przy pierwszej wersji, bez zbędnego komplikowania i tak zawiłej adaptacji powieści Fiodora Dostojewskiego. Urzędnik (Bartosz Porczyk) przesłuchuje Szygalewa, który przyszedł odebrać swoje notatki. Nie dostaje ich. Mogą nic nie wnosić do śledztwa w sprawie Mikołaja Stawrogina, ale i tak zostaną u Lembkego. I już. Przesłuchanie jest dziwne, to dialog ludzi wymieniających poglądy i stanowiska filozoficzne, ale też nawiązuje się między nimi relacja erotyczna. Śledczy gładzi Szygalewa, którego gra Halina Rasiakówna, uwodzi słowem i gestem, by stanąć wreszcie przed nią nago. Czy decyzja reżyserki o obsadzeniu kobiety w roli Szygalewa niesie ukryty sens? Czy zrobiła to tylko po to, by akcja była bardziej skomplikowana? Czy też mamy doszukiwać się w tym zabiegu echa niedawnych demonstracji w obronie prawa kobiet do decydowania o własnym ciele? Nie ma jasnej odpowiedzi.

Korczakowska pozbawiła bohaterów indywidualnych cech zewnętrznych, ubiera ich na czarno. Są silnie skoncentrowani na swoim wnętrzu, coraz bardziej zagłębiają się w ciemne rejony psychiki. Łączy ich lęk, niepewność, złość na siebie i innych oraz brak poczucia stabilizacji. Rozchwiani emocjonalnie, przypominają schizofreników. Snują domysły na temat przyszłości, usprawiedliwiają bądź bagatelizują niemoralne poczynania swoje i innych. Za przykład służy Stawrogin i jego pedofilski wybryk. Mikołaj rozumie powagę sytuacji, w jakiej się znalazł. Wie, że to, co zrobił jest złe i próbuje odkupić grzechy, żeni się z chorą psychicznie Marią Liebiadkin (Monika Obara). Ale czy na pewno tak jest? Słyszymy, że zrobił to dlatego, iż kobieta przypominała mu tamtą dziewczynkę. Patrząc na Krzysztofa Zarzeckiego, jesteśmy pewni, że właśnie tak wygląda człowiek przeżywający ból istnienia, spętany własnym ego. Oderwany od rzeczywistości Stawrogin, snuje się jak złowrogi cień, ciągnie za sobą utrapienia. Nie brakuje mu jednak temperamentu: doprowadzony do granicy nerwowej wytrzymałości, wybucha niczym niezabezpieczony granat. Chwyta za głowę inżyniera-filozofa Kiriłłowa i każe patrzeć w okrągły otwór, wizjer, w pobliżu którego usytuowano kamerę umożliwiającą podgląd sceny pod innym kątem. Również matka Mikołaja, Barbara Pietrowna, odsuwa od syna odpowiedzialność za śmierć dziewczynki. Nie pojmuje wagi sytuacji. Nie chce przyjąć do wiadomościfaktu, że jej syn wykorzystał nieletnią. Oczekując zupełnego oddania od Stiepana Wierchowieńskiego (Stanisław Brudny), człowieka obcego, a nie może zaskarbić sobie uznania własnego dziecka. Mimo podeszłego wieku, nie zaznaje spokoju ducha, wciąż się miota.Tę bohaterkę krótko oglądamy na scenie, ale Irenie Jun udaje się oddać jej skomplikowany charakter.

Zastanawiająca jest nikła obecność starszego pokolenia postaci Dostojewskiego w adaptacji Korczakowskiej i Adama Radeckiego. I nie jest to jedyny zaskakujący element przedstawienia. Pojawianie się ekipy technicznej można wyjaśnić zmianami scenografii, ale w chwili, w której jeden z maszynistów wchodzi na scenę bez tego rodzaju okoliczności i pokazuje Szatowowi, jak strzelać z rewolweru, zaczynamy się zastanawiać, co to miałoby znaczyć. Podobnie, gdy Stawrogin rozmawia z tym mężczyzną. Innym razem, Zarzecki pomaga technicznym wypchnąć gablotę w kulisy i trudno stwierdzić, czy robi to jako bohater powieści, czy jako on. Czy reżyserka chciała coś nam przekazać, wprowadzając obsługę techniczną na scenę? Czy jest w tym nawiązanie do "Biesów" w reżyserii Andrzeja Wajdy wystawionych w Starym Teatrze w Krakowie w 1971 roku? Tam ubrane na czarno i zakapturzone postaci (podobne do tych, które w japońskim teatrze bunraku animują laki wielkości człowieka) zaczynały od zmian dekoracji, by zdobywać coraz większą samodzielność na scenie i ostatecznie wpływać na poczynania bohaterów. W warszawskich "Biesach" są kimś w rodzaju opiekunów postaci, kręcą się wśród nich, obserwują, wtrącają się w akcję. Niespokojne duchy wprowadzają zamieszanie, jakby pilnowały, by postaci przypadkiem nie otrząsnęły się z wisielczego nastroju. Stoją na straży "duchowego błota", w którym kąpią się młodzi buntownicy (w Starym Teatrze błoto było także elementem scenografii - pokrywało scenę, plamiło buty i dół kostiumów).

W opisie przedstawienia Korczakowskiej czytamy: "Jakiekolwiek jest imię Idola - Lenin, Stalin, Hitler, Mao - tyran to zawsze karykatura zdewaluowanego Ojca". Spodziewałam się więc inscenizacji mocno zakorzenionej w aktualnej sytuacji społeczno-politycznej Polski. Tymczasem widzimy jedynie jej niewyraźne przebłyski. Na szybie przezroczystego pudełka napisane jest "Death to pigs", zapewne nawiązanie do motta powieści wziętego z Ewangelii - Święty Łukasza mówi o złych duchach, które wystąpiły z człowieka opętanego i wstąpiły w świnie, trzodę ruszyła pędem i runęła z urwiska w jeziorze, uzdrawiając w ten sposób chorego. Gdyby usunąć jedną literę z tego napisu, byłaby to silnie nacechowana realizacja "Biesów". Świnie są utożsamiane z zachowaniem żenującym, odpychającym, nieprzyzwoitym; z tym, co brudne, brzydkie i dzikie. U Korczakowskiej przez pryzmat tych zwierząt postrzegamy grupę młodych ludzi, która stadem podąża za fałszywym głosem i z patetycznymi hasłami na ustach chce wyruszyć na podbój świata. Wiemy, że bohaterom żyje się źle pod carskim panowaniem, buntują się, lecz skutków ich działań nie widać. Kółko, w którym działają Stawrogin, Kiriłłow czy Piotr Wierchowieński, nie reprezentuje żadnego ruchu politycznego. Zrzesza ludzi niezdolnych do podjęcia wolnościowych działań. W Polsce dzieje się różnie, wielu młodych ludzi wychodzi na ulice z różnych powodów, rząd ich zdaniem ma wiele do poprawy. Ale wyrazem aktualności "Biesów" w Studio jest ubranie Tomasza Nosińskiego, czyli Piotra Wierchowieńskiego, w papieskie szaty, co w oczywisty sposób wywołuje skojarzenie z Kościołem, którym polska władza skutecznie się zasłania.

Obok pudełka, w którym rozmawiają Kirilłow i Stawrogin, na krześle, ze spuszczoną głową, z rewolwerem i nabojami w dłoniach, siedzi Szatow - jedna z pierwszych ofiar rewolucyjnej atmosfery i natrętnych rozmyślań natury psychofizycznoduchowej. Marcin Pempuś bardzo dobrze gra człowieka będącego na skraju kryzysu psychicznego. Od pierwszego wejścia na scenę, jawi się jako mężczyzna słaby, wyzuty z witalności. Nawet żona, która do niego przyjechała, zbywa go, mówi, by zajął się sobą. Woli siedzieć w łazience z synem Barbary Pietrowny. Pempuś niemal wtapia się w postać Szatowa, a grać stagnację, słabość w ruchach, głosie, myśleniu to ciężkie zadanie. Pokazanie tak silnego napięcia wymaga nie lada koncentracji i umiejętności.

Warto zwrócić uwagę na Kiriłłowa. Wyrósł na jedną z głównych postaci przedstawienia, zaraz po Stawroginie. Bohater Roberta Wasiewicza przypomina pederastę z kart powieści Witolda Gombrowicza. Taki typ irytuje - i tak ma być. Jego uduchowienie uderza nonszalancją. Sam sposób wypowiadania słów, ton i barwa głosu uwypuklają obojętny stosunek do świata. Filozoficzne rozważania na temat samobójców i mordujących, własnego ja, bytu i niebytu - określa go jako człowieka niezdecydowanego. Scena, w której Piotr Wierchowieński chodzi za Kiriłłowem i pyta go, czy zabije się, czy nie, potwierdza to. Maskę zrzuca w jedynie chwili, gdy nagi zaczyna kwiczeć i poruszać się jak świnia (znów nawiązanie do motta z Ewangelii?). W każdym z nas drzemie brudne zwierzę, które zadowoli się byle ochłapem, byle tylko zaspokoić żądzę jedzenia. I nie ważne, czy chodzi o statecznych obywateli, czy o nic nieznaczącego człowieka - gdy mowa o świecie pełnym dwulicowości i fałszu.

Katarzyna Bekielewska
e-teatr.pl
6 lutego 2018

Książka tygodnia

Cyrk w świecie widowisk
Warsztaty Kultury w Lublinie
redakcja Grzegorz Kondrasiuk

Trailer tygodnia