Miłość, która dwukrotnie pokonała śmierć...

W sobotę, 10 grudnia entuzjaści opery mieli okazję zobaczyć i usłyszeć w Operze Śląskiej w Bytomiu wykonanie "Orfeusza i Eurydyki" - jednego z najpopularniejszych dzieł XVIII-wiecznego kompozytora Christopha Willibalda Glucka z librettem Raniero da Calzabigiego. Nowatorstwo inscenizacyjne w Operze Śląskiej polegało m.in. na obsadzeniu w roli Orfeusza kobiety oraz pewne odważne rozwiązania w kwestii kostiumów i obrazowania piekielnej świty Hadesa.
Mit o Orfeuszu i Eurydyce to historia wielce popularna o wielkiej miłości, której siła sięga poza śmierć i grób. Na jej kanwie w literaturze powstało wiele nowych odczytań i interpretacji tego mitu. Jak widać, również opera może poszczycić się własną wizją mitu z przerobionym, bardzo wręcz happyendowym zakończeniem. Bowiem, o ile w mitologii Orfeusz dostaje jedną jedyną szansę na wyrwanie ukochanej z krainy wiecznego cienia, o tyle w przypadku wersji operowej bohater dostaje od Zeusa drugą szansę i w końcu ratuje ukochaną Eurydykę wieszcząc całemu światu wszem i wobec potęgę i siłę prawdziwej miłości. Bytomska inscenizacja podzielona jest na krótki prolog i dwie części. W prologu poznajemy szczęśliwą parę małżonków, która jednak nie jest sama - od początku towarzyszy jej bóg śmierci - Tanatos. Część pierwsza to lament Orfeusza nad zmarłą Eurydyką, pojawienie się Amora z dobrą nowiną i podróż Orfeusza w zaświaty. Część tą cechuje obfitość postaci, oryginalność kostiumów każdej z nich oraz rozpiętość nastrojów - począwszy od głębokiego smutki i rozpaczy Orfeusza, przez radosne przybycie Amora, po wyuzdanie i erotyzm rezydentów królestwa piekielnego. Trzecia część natomiast jest mniej rozbuchana i dosyć jednorodna - obserwujemy w niej nieudane przejście pary małżonków przez piekło, rozterki Eurydyki, ponowną rozpacz Orfeusza, aż wreszcie szczęśliwe połączenie się zakochanych znów za pośrednictwem skrzydlatego Amora. Przedstawienie zostało dosyć interesująco zaaranżowane pod względem rozplanowania scenicznego. Inscenizacja tej opery ma bowiem miejsce w sali Koncertowej im. Adama Didura i jej specyfika, tj. wąska scena i równie wąska aczkolwiek długa sala mogłyby utrudnić wystawienie owej sztuki. Jednakże poprzez dodanie do podestu (na którym swoje miejsce miała orkiestra) podwyższonego szklanego wybiegu na całą długość pomieszczenia zyskano nowy obszar gry i drugie "kulisy" (za drzwiami sali). Postaci pojawiają się zatem bądź od strony sceny bądź od wybiegu, zdarzenia toczą się (często równolegle) na całej długości, a co więcej również poza nimi - kilkunastoosobowy chór raz po raz krąży po sali tudzież zatrzymuje się na chwilę pod ścianą, zatem widz mimowolnie zostaje otoczony postaciami z innego wymiaru, wciągnięty do owej gry, staje się uczestnikiem, świadkiem walki Orfeusza o Eurydykę, musi być zawsze czujny i pilnie obserwować każdy zakątek sali, bo a nuż wychynie skądś jakaś postać. Mimo tego rozbiegania (a może dzięki niemu?) wizja reżysera jest spójna i konsekwentna, akcja wciąga i każe się skupić na wydarzeniach oraz postaciach. Dekoracja okazała się być raczej skromna i mało zauważalna - porzucone gdzieniegdzie (po bokach sceny) elementy antycznych kolumn i dekoracji sygnalizowały zaledwie czas akcji, czyli epokę starożytną. Można by zwrócić uwagę na reflektory - jarzące się na wymowny czerwony kolor podczas scen rozgrywających się w Hadesie. Za to pełne fantazji i pomysłowości okazały się kostiumy drugo- i trzecioplanowych postaci ze świty pana ciemności. Narcyz, Hetera, Nimfy, Endymion, Androgyne oraz Faun - ubrani w oryginalny sposób tworzy plejadę osób na wskroś nam współczesnych: był homoseksualista, był transwestyta, był snob, były trzy lolitki oraz femmes fatales. Ich stroje wyrażały wyuzdanie ale połączone ze smakiem i bez obsceny. Nagość była nagością uszytą - odsłonięte piersi były sztuczne. Równie ciekawe okazały się kostiumy Furii (ciemnozielone obcisłe postrzępione wdzianka) oraz chóru (piaskowe alby z głęboko na oczy narzuconymi kapturami, które w finalnej scenie przeobrażają się w dwukolorowe suknie). Natomiast postaci pierwszoplanowe - Orfeusz i Eurydyka tradycyjnie odziani byli w jasne stroje symbolizujące ich czystość i niewinność. Najbardziej kiczowatym i najmniej wyszukanym pomysłem na kostium wydał mi się strój Amora - niebieski woal, który symbolizować miał skrzydła i jedno pióro wpięte we włosy. Na większą uwagę zasługiwał ruch sceniczny owej plejady drugoplanowych postaci, tak wyraźnych, a jednocześnie będących jedynie tłem dla zdarzeń z udziałem głównego bohatera. Bogata, zróżnicowana choreografia, czasem nieco karkołomna, w pierwszej części widowiska rzeczywiście przykuwa zainteresowanie widza do tego, co się dzieje na scenie. W tym widowisku nie lada wyzwanie pełni chór i rola, jaką powinien wypełnić. Kompozytor dzieła, wspomniany już przeze mnie Christoph Willibald Gluck wprowadził do swej zreformowanej barokowej opery (bo pozbawionej skonwencjonalizowanej formy) chór, który - na wzór greckiej tragedii - miał być komentatorem zdarzeń, wyrazicielem emocji towarzyszących głównemu bohaterowi, a co za tym idzie, budował nastrój i napięcie dramatyczne. Myślę, że damsko-męski chór Opery Śląskiej pod przewodnictwem Anny Tarnowskiej sprostał temu zadaniu i wypełnił cały spektakl za pomocą swych głosów odpowiednią atmosferą - na początku pełną grozy i żalu, na zakończenie śpiewem wyraził całą radość, jaka jest udziałem szczęśliwej miłości. Nie nadmieniłam jeszcze o bardzo ważnym fakcie - mianowicie o tym, iż rolę Orfeusza odśpiewała kobieta - Elżbieta Wróblewska (mezzosopran). Reżyser Henryk Konwiński zdecydował się bowiem na wersję włoską (gdyż opera ta posiada kilka wersji), w której partie Orfeusza śpiewa alt. Początkowo wiadomość ta wzbudziła moje zdumienie i zwątpienie ale uczucie to minęło już na początku pierwszego aktu, kiedy to śpiewaczka wydobyła ze swojego gardła pierwsze tony lamentu. Jej przejmujący, mocny i jednocześnie delikatny głos (choć w niskich partiach nieco drżał), dobra dykcja, piękna postawa, młodzieńcza świeżość, wyrazistość z jaką się prezentowała na scenie i napięcia emocjonalne wyrażone w jej gestach oraz mimice sprawiły, że bezapelacyjnie stała się ulubienicą publiczności i gwiazdą numer jeden tej inscenizacji. Rola Eurydyki, choć zdecydowanie mniejsza, była równie wyrazista, pewnie ze względu na fakt, iż wykonywała ją równie wyrazista śpiewaczka - Joanna Kściuczyk-Jędrusik (sopran). Z Amorem, którego nota bene odegrała również kobieta (Leokadia Duży - sopran), było nieco gorzej - niezbyt wyraźna dykcja śpiewaczki nie pozwalała na całkowite zrozumienie treści jej partii wokalnych. Natomiast zupełnym nieporozumieniem wydała mi się rola Tanatosa (Grzegorz Pajdzik) - zwiastuna śmierci, którego obecność przez cały czas trwania spektaklu właściwie nie została w ogóle wykorzystana - bez celu przechadzał się po scenie lub po prostu bezczynnie stał gdzieś z boku. A wydaje mi się, że postać ta dodatkowo mogłaby ubogacić całe przedsięwzięcie, gdyby jej postać miała jasno określony cel w tym spektaklu. Niemniej widowisko "Orfeusz i Eurydyka" w reżyserii Henryka Konwińskiego i pod kierownictwem muzycznym Tadeusza Serafina zasłużyło sobie na oklaski. Niełatwo jest wyreżyserować dzieło o takim rozmachu i tradycji, przy okazji nadając mu własne znaczenie i dosyć nowatorsko do niego podchodząc. Eksperymentalność często zawodzi twórców, w tym wypadku mamy jednak do czynienia z dziełem oryginalnym, nie chybionym interpretacyjnie, a jednocześnie myślę, że spełnia ono oczekiwania szerokiej rzeszy publiczności. Opera Śląska w Bytomiu Christoph Willibald Gluck "Orfeusz i Eurydyka" Libretto: Raniero da Calzabigi Przekład: M. Modrakowska Fragmenty w tłumaczeniu: K. Dziewięcki Henryk Konwiński - inscenizacja, reżyseria i choreografia Ireneusz Domagała - dekoracje i kostiumy Tadeusz Serafin - kierownictwo muzyczne Anna Tarnowska - przygotowanie chóru Obsada: Orfeusz: Anna Borucka, Magdalena Pilarczyk, Elżbieta Wróblewska Eurydyka: Anna Noworzyn, Justyna Dyla, Joanna Kściuczyk-Jędrusik, Amor: Leokadia Duży, Mariola Płazak-Ścibich, Beata Witkowska-Glik Tanatos: Grzegorz Pajdzik Furie: Daniel Alexandrov, Agata Bara, Artur Dmochowski, Joanna Kurkowska, Sebatian Kubacki, Aneta Pająk, Bernadetta Maćkowiak-Pajdzik, Chiara Pesce, Artur Pyjas, Aleksandra Pytel, Sylwia Kubacka-Werner, Marek Zaręba; Menady: Olga Kozimala-Kliś, Gabriela Kubacka Narcyz: Tomasz Sośnik Nimfy: Agnieszka Jachimczak, Anna Kmiecik, Jekaterina Pronina; Faun: Mirosław Kalemba, Adam Panoch; Endymion: Michał Krzemień; Androgyne: Daniel Alexandrov, Marek Zaręba; Hetera: Ewa Czampiel-Matura, Aleksandra Piotrowska; Orkiestra, chór i balet Opery Śląskiej Kierownictwo muzyczne: Tadeusz Serafin Inscenizacja, reżyseria i Choreografia: Henryk Konwiński Dekoracje i kostiumy: Ireneusz Domagała Asystent reżysera: Feliks Widera Asystent choreografa: Bernadeta Maćkowiak Współpraca muzyczna: Antoni Duda, Krzysztof Dziewięcki Przygotowanie solistów: Larysa Chaban, Halina Mansarlińska, Antoni Duda Przygotowanie chóru: Anna Tarnowska Kierownictwo baletu: Olga Kozimala-Kliś Premiera: 10 i 12 listopada 2007.
Marta Odziomek
Dziennik Teatralny
12 listopada 2007

Książka tygodnia

Czas zdrajców
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marek Krajewski

Trailer tygodnia