Miłość niczym woda

„Przełamując fale" – aut. Lars von Trier - reż. Justyna Łagowska – Teatr Śląski w Katowicach

Człowiek często zmaga się z żywiołem, siłą przyrody, na którą nie ma wpływu. Jednak równie często przychodzi mu mierzyć się z inną energią, która, mimo że pochodzi od człowieka, to swoją mocą przypomina prawdziwą zemstę matki natury.

Spektakl „Przełamując fale" przypominał właśnie zmaganie się z potężną siłą. Scenę kameralną ogarnął żywioł, którego siłę czasem trudno zrozumieć. Miłość. Przedstawienie w reżyserii Justyny Łagowskiej opowiada właśnie o niej. To silne uczucie, jakie nas ogarnia, gdy spotykamy odpowiednią osobę; gdy już nie liczy się nic oprócz niej, jest czasem silniejsze niż niejedno tsunami.

Jako widzowie poznajemy historię Bess i Jana, którzy do szaleństwa zakochali się w sobie, mimo że nikt inny nie dawał temu związkowi szans. Para sfinalizowała związek sakramentem małżeństwa i wydawało się, że wszystko jest idealnie. Można powiedzieć, że oboje poza sobą świata nie widzieli. Jednak ta historia nie przedstawia tylko piękna miłości. Pokazuje, że istnieje również mroczniejsza strona tego uczucia. Poza ładnym obrazkiem, czułymi słówkami i delikatnością (które tak często występują we wszelkich love story), często niesie ze sobą cierpienie, ból i ciągłą walkę.

„Przełamując fale" chwyta za serce już samą historią. Aczkolwiek środki, wykorzystane do stworzenia całej otoczki, nie są takie oczywiste.
Naturalnie całe przedstawienie ludzkiej historii i „wylewanie" uczuć na wierzch, zawdzięcza się ciężkiej pracy aktorów. Aleksandra Przybył i Dariusz Chojnacki stanęli na wysokości zadania i pokazali człowieka nie tylko z zewnątrz, ale udało im się przekazać - z całą mocą - nieomal wszystkie niuanse ludzkiej psychiki. Wewnętrzne rozprawy Bess, czy cicha walka Jana z samym sobą, pokazują jak ciężko dojść do porozumienia z własnym sercem i rozumem. Wszystkie ich ruchy, pocałunki, a nawet spojrzenia wyrażały wielką gamę ludzkich uczuć. Można powiedzieć, że na nowo stworzyli człowieka z jego dualością: tego, co pozwala pokazać na zewnątrz, a także tego, co nosi skryte głęboko w sobie.

Ważnym elementem, który pomagał widzowi przeżywać jeszcze większe emocje, była piękna muzyka. Hania Rani oraz Krzysztof Kurek zapewnili słyszalne odzwierciedlenie przedstawianych emocji. Wsłuchując się w te dźwięki, nie mamy wątpliwości, dlaczego bohaterka nie raz tak się w nich zatraca. Muzyka była bowiem jej drugą, ogromną miłością, a więc musiała pojawić się w spektaklu z odpowiednią oprawą wizualną. Emocje oraz muzyka zgrywały się w jedno i unaoczniały poprzez ciało. Wiele uwagi bowiem poświęcono ruchowi i gestom. Choreografka - Milena Czarnik – sprawiła, że postaci wydawały się unosić, pływać w tej przestrzeni. Każda poza, każdy poruszony mięsień, niósł ze sobą określone znaczenia. Taniec bohaterów, a nawet drobne gesty pozwalały poczuć wypełniające bohaterów uczucia.

Poprzez wykorzystanie kamerek oraz rzutników, w odpowiednich momentach, na ścianach ukazywały się widzom zbliżenia na twarze postaci. Dzięki temu zabiegowi widz mógł uważnie obserwować mimikę bohaterów oraz wyłapywać wszystkie niewerbalne przekazy aktorów.

Scena kameralna ogranicza się do wąskiego fragmentu podłogi pomiędzy dwiema widowniami. Scenografia składa się głównie z ruchomych elementów, jak dwa stołki, które odpowiednio przestawiane tworzyły iluzję zmiany miejsca akcji. Dużą część tej przestrzeni zajmuje fortepian, który staje się obiektem wielu odczytań. Raz jest po prostu instrumentem, kiedy indziej łóżkiem, a nawet przestrzenią walki o życie. Część fortepianu jest bowiem zbiornikiem, wypełnionym wodą, która spełnia ważną funkcję w tej historii. Staje się punktem największych zmian. To właśnie tam na płaszczyźnie symbolicznej odbywa się walka o życie Jana. Wypadek samochodowy, któremu ulega, przybiera tu postać walki o oddech, gdy zalewa go woda...

No właśnie...Woda. Ta życiodajna ciecz, najczęściej kojarzona jest z samym życiem oraz aktem oczyszczenia, nie jest ona jednak tak jednorodna, jak się wydaje. W odpowiedniej ilości, gdy zalewa nas swoimi falami, staje się bezwzględnym, a nawet śmiercionośnym żywiołem. Wiele zależy od jej ilości i siły.

Ludzkie życie można z powodzeniem przyrównać do rzeki. Od momentu narodzin nieustannie płyniemy z prądem w stronę bezkresnego morza – końca naszego istnienia. Nie możemy się zatrzymać, tak jak człowiek porwany przez bardzo silny nurt, nie jest w stanie sam rzeki zatrzymać, ani sprawić by zmieniła bieg. W swojej wędrówce przez lata napotykamy wiele kamieni, przewróconych drzew. To od nas zależy, w jaki sposób je pokonamy. Czasem natrafiamy na wodospady. Wydaje nam się, że „tracimy grunt pod nogami". Jednak nie każdą przeszkodę możemy tak po prostu ominąć. Gdy problemy w naszym życiu zaczynają narastać, nie raz musimy zawalczyć o własny oddech. Ilość wody nagle staje się nie do zniesienia. W takich momentach dobrze jest mieć przy sobie kogoś, kto pomoże nam utrzymać się na powierzchni. Kogoś, kto także popłynie przez życie, ciesząc się razem z nami tą podróżą. By razem przełamywać niespodziewane fale życia.

Miłość jednak również jest jak woda. Gdy rozpoznamy w sobie te uczucia – zalewamy nimi drugą osobę. Staramy się dać jej wszystko, dbamy o nią, najlepiej jak potrafimy. Jednak co jeśli tych emocji jest za dużo? Co, jeśli ktoś zbyt mocno chce nas uszczęśliwić? Nagle zaczynamy tonąć. Uczucia zaślepiają nas, a my tracimy z oczu to, co ważne. Emocje przytłaczają, a niektóre wybory, przed którymi stajemy, doprowadzają nas do rozpaczliwych posunięć.

Czasem jednak działania, które mają uszczęśliwić drugiego, są tak naprawdę spełnianiem samolubnych zachcianek.

Takich wrażeń dostarczyło mi obserwowanie jak, przez wielkie wiry życia próbowali wspólnie przepłynąć Bess i Jan. Ich miłość była tak mocna, że trudno im było przetrwać rozstanie. Kobieta nalegała, by partner zrezygnował z pracy i przebywał tylko z nią. Pewnego dnia, kiedy nie było go obok, pomodliła się do Boga o jego powrót do domu. Wtedy zdarzył się wypadek. Bess walczyła o kolejne oddechy dla Jana, błagając znów władcę życia o dar kolejnych wspólnych chwil z ukochanym. Prośba została wysłuchana, lecz mężczyzna pozbawiony został władzy w nogach. Para na swój sposób próbowała radzić sobie z nową sytuacją. Aż do momentu, gdy Jan poprosił partnerkę o coś, czego jego zdaniem potrzebowała. Wydawało mu się, że wie lepiej o tym, czego pragnie kobieta. Bess niemal szantażowana emocjonalnie przez męża zaczęła oddawać się innym, po czym relacjonowała przebieg tych intymnych (wymuszonych) spotkań partnerowi. Zakładała maskę i starała się wytrwać wystarczająco długo, by ukochany uznał swoją prośbę o spełnioną.

Tutaj jednak pojawia się pytanie, dlaczego ukochana osoba miałby zmuszać nas do czegoś podobnego? Mężczyzna pozbawiony został sprawczości. Boleśnie zdawał sobie sprawę, że od tej pory nie będzie w stanie zaspokajać potrzeb własnej partnerki. Powziął więc za punkt honoru zapewnić jej to spełnienie, poprzez wymuszenie na niej licznych romansów. Był załamany tym co się stało, a kobieta jego życia tak bardzo go kochała, że zgodziła się na to tylko dlatego, by w jakiś sposób go uszczęśliwić. Prośba w istocie była samolubną pobudką, a wręcz okrucieństwem.

Widział on, że jego ukochana więdnie, niczym kwiat podlewany zbyt dużą ilością wody. Widział, że wypełnianie jego próśb przysparza jej cierpienia, co nawet poświadczał jej psycholog. Jednak naciskał dalej. Więc Bess zmuszała się do różnych działań, by tylko wypełnić polecenia męża, co w efekcie doprowadziło ją do zguby. Utonęła w miłości, którą przesadnie wylewał na nią Jan. Mimo wszystko zginęła szczęśliwa, bez strachu, błagając wszechmogącego, by najważniejsza osoba w jej życiu, mogła zostać uzdrowiona. A jej ostatnie życzenie zostało spełnione.

Miłość czasem doprowadza człowieka do stanu, gdzie zaczyna bardziej dbać o potrzeby drugiego, niż o swoje własne. Krzywdzimy samych siebie, by uszczęśliwić innych. Uczucie to, mimo że opisywane jako najpiękniejsze, może doprowadzić do tragedii. Usilna próba uszczęśliwienia drugiej osoby, czasem może przynieść odwrotny skutek. Nagle kochana osoba może stać się złotą rybką, zamkniętą w szczelnym woreczku naszej miłości. Jest sprawcza, potrafi spełniać różne życzenia, jednak pozostaje uwięziona przez uczucia swoje i drugiej osoby. Myśl, by nie zranić drugiej połówki, ogranicza naszą przestrzeń i pole manewru w naszym życiu – naszej własnej rzece.

Uczucie zakochania to jeden z najpiękniejszych stanów w życiu. Uważajmy jednak, by płynące między nami emocje, nie uczyniły z nas więźniów tej miłości, tak ja miało to miejsce w przypadku Bess i Jana. Bohaterowie zmagający się ze swoimi uczuciami i problemami, nieopatrznie wpadli w tą miłosną pułapkę. Chcąc dla siebie nawzajem jak najlepiej, próbowali znaleźć rozwiązania kolejnych przeciwności. Jednak przemożna chęć uszczęśliwienia drugiej osoby, doprowadziła w efekcie do przedwczesnego pożegnania się z burzliwym nurtem życia jednej z nich.

Oktawia Janowska
Dziennik Teatralny Katowice
29 kwietnia 2023

Książka tygodnia

Utalentowani jak Nardelli
Sekcja Krytyków Teatralnych ZASP
red.: Anita Nowak, Krystyna Piaseczna, Piotr Rudzki

Trailer tygodnia