Miłość niemożliwa jak Korea

Zjednoczenie dwóch Korei" - reż. Łukasz Gajdzis - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieznie

Jeśli kiedyś prowincjonalna społeczność Gniezna stanie się bardziej otwarta i wrażliwsza na innych, to częściowo będzie to zasługa także obecnej "polityki" rodzimego Teatru. Choć z drugiej strony najświeższa premiera, czyli "Zjednoczenie dwóch Korei", targa widzem niczym "emocjonalna huśtawka" na której po wzlotach można się też nieźle poobijać.

Na początek może warto wyjaśnić, że sztuka napisana przez francuskiego twórcę Joela Pommerata, której przekładu i reżyserii podjął się Łukasz Gajdzis (wicedyrektor Teatru im. Aleksandra Fredry) nie ma związku z azjatyckimi państwami o nazwie Korea Północna i Południowa. Chociaż jeśli dogłębnie się zastanowić, to Koree są tu właśnie symbolem... Ale o tym później. Tymczasem formalnie dostajemy kilkanaście miłosnych historii - pogmatwanych, trudnych i nieszczęśliwych. Opowieści dla których pierwszym skojarzeniem może być "Dekameron" Giovanniego Boccaccia, ale taki bardziej ponury, gdzie nikt przed niczym nie ucieka, a miłość niemal zawsze okazuje się uczuciem fatalnym.

Generalnie jednak "nie kupuję" samej idei spektaklu, mimo że zdarzają się w nim momenty wybitne. Po pierwsze, poszczególne sceny, których jest kilkanaście, są zbyt krótkie i nie pozwalają wybrzmieć danym wątkom, więc byłoby lepiej gdyby pojawiło się ich mniej i stały się bardziej treściwe. Po drugie, wskutek tego "natłoku" szybko też giną z pamięci odbiorców, co pozwolił mi sprawdzić prosty test, czyli pytanie znajomych o zapamiętane akty. Poza tym sztuka w większości nie zaskakuje ani nie mówi niczego nowego o świecie. Ot, ludzie kochają, często nieszczęśliwie, a potem z tego powodu cierpią. Weźmy więc np. pierwszą scenę, czyli monolog atrakcyjnej mężatki, która powinna wydawać się spełniona, bo dowiadujemy się, że od 20 lat jest ze swym wybrankiem, ma dorosłe już dzieci, stabilny status materialny, a w wolnym czasie dzięki fundacji pomaga innym. Tyle, że w jej życiu nie ma miłości do człowieka z którym żyje, ale dlaczego tak się dzieje i jak bohaterka definiuje swoje uczucia tego już się nie dowiemy. Zresztą przy tej okazji akurat moje pierwsze skojarzenia wędrują do innego Francuza, a mianowicie reżysera Jeana Luca Godarda, który w portretowaniu szukających sensu życia kobiet z klasy średniej osiągnął pewne mistrzostwo, więc może trzeba było obejrzeć kilka jego filmów żeby bardziej skomplikować postać? Kolejna odsłona to bodaj najsłabszy epizod ze ślubem przed którym wychodzą na jaw "wszystkie miłości" niedoszłego małżonka, czyli niestety sztampa i sensacja rodem z telewizyjnych produkcji typu "Trudne sprawy" lub "Dlaczego ja?" Do tego wszystko podlane kiczem tego typu imprez i przekleństwami będącymi wyrazem bezradności. Dalej mamy jeszcze budzącą pewien zgrzyt, szczególnie po "Durczokgate", scenę z pracownicą zakochaną w szefie, która to swoje uczucie odkrywa po tym jak mężczyzna... ją wcześniej wykorzystuje, czy mocno niedopracowany moment z rozstaniem lesbijek z którego właściwie trudno wywnioskować skąd u nich tyle pretensji, bo początkowo zachowują się jak bijące się o chłopaka małolaty. Ale to z ich ust padają jedne z piękniejszych i bardziej autentycznych słów o miłości...

No właśnie, bo teraz po tym co "złe" będzie o zaletach spektaklu Łukasza Gajdzisa, których przecież również nie brakuje. Zatem najpierw zdecydowanie "na plus" gra aktorska. Większość odtwórców ról radzi sobie bardzo dobrze, tym bardziej, że wciela się w kilka postaci. Przy czym prym wiedzie tu na pewno Wojciech Kalinowski, którego sportowa sylwetka nie pierwszy raz staje się integralną częścią jego bohaterów podobnie jak modyfikowany odpowiednio temperament (inny u szefa molestującego pracownicę i ojca Adasia). Oprócz tego bardzo dobrym zabiegiem było zaangażowanie Iwony Sapy, która dała się poznać jako świetnie wygrywająca skrajności (szalona siostra panny młodej i spokojna, refleksyjna sąsiadka) oraz występującej gościnnie Agnieszki Korzeniowskiej, u której z kolei dramatyczny magnetyzm uwidocznił się głównie w scenie z kobietą zakochaną w lekarzu. Natomiast jeśli chodzi o treść, która wybija się poza pewne schematy, to dreszczyk podniecenia może przejść widza w momencie "zakazanych spotkań" kobiety i mężczyzny, którzy są sąsiadami i małżonkami innych osób. Tutaj niemożność ich uczucia przez szlachetną, acz unieszczęśliwiającą postawę wierności swym partnerom, zostaje bowiem kapitalnie zderzona z pożądaniem, którego wizualizacją stają się dwa kopulujące nosorożce. Następnie, tym razem dialogowym majstersztykiem okazuje się epizod z nauczycielem oskarżonym przez rodziców i dyrektorkę szkoły o molestowanie dziecka, który tłumaczy się tym, że chciał Adasiowi dać miłość, której chłopiec nie otrzymał od swych zabieganych opiekunów. Wygrany na największych wątpliwościach i niejednoznacznych wypowiedziach, może więc śmiało pretendować do najlepszych tradycji psychologicznej narracji. I w końcu dość mocną sceną jest relacja między księdzem, a prostytutką, która pokazuje, że duchowny to też człowiek niewolny od popędów i cynicznych zachowań. Mimo, że osobiście bym ją podkręciła pokazując zupełne tabu, lecz oparte na faktach, czyli np. homoerotyczne uczucie biskupa do kleryka, które nie tylko nie może dać spełnienia, ale spotyka się z wykluczeniem na wielu poziomach począwszy od kościelnej hierarchii, a skończywszy na braku zbawienia.

"Zjednoczenie dwóch Korei" jest więc nierównym, ale na pewno ważnym spektaklem, który po stricte społeczno-politycznych propozycjach kieruje wzrok na obyczajowe sprawy. A skąd te Koree? Bo w tej sztuce szczęśliwa miłość jest właśnie niemożliwa jak do tej pory połączenie tych dwóch azjatyckich państw...

Kamila Kasprzak
Przemiany na Szlaku Piastowskim
19 marca 2015

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia