Miłosne skutki zapomnienia, czyli feminizm

"Randka z feministą" - reż. Michał Derlatka - Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Zbiory ogórków w sezonie nie należą do najłatwiejszych, gdy robią to niewprawni pracownicy sezonowi, jednak sam "sezon ogórkowy" w "przemyśle artystycznym" może okazać się całkiem niezłym okresem.

Teatr Wybrzeże przygotował na wakacje różne atrakcje, w tym premierę w reżyserii Michała Derlatki dwuobsadowej i w dwóch wersjach komedii Samanthy Ellis, w charakterze awanturniczo-romantycznym, ku uciesze letników. Bez zadęcia i z przymrużeniem oka widzom przedstawiona została historia sześciorga bohaterów, dla których "spinaczem" jest feminizm z jego "tandetnym" ogonem i tendecyjnością. W spektaklu nie dywaguje się nad współczesną "adopcją" terminologii nadużywanej często przez kryptofeministki i/lub fanatyczki, ale wyławia się pełne naiwności czy sprzeczności sytuacje graniczne, które niosą ze sobą ładunek deklaratywności uwstecznionej.

Łatwe do wyśmiania są sytuacje, gdy zacietrzewienie i "reżimowe" hasła wkładane są w usta prostych, mało wnikliwych osób szukających swojej drogi życiowej albo aprobaty określonej grupy ludzi. Kiedy wypowiadają je działaczki, jak Carina czy Morag, można już się nad nimi pochylić. Otóż pierwsza z nich swoją rolę w świecie widzi przez pryzmat wpływania na działania innych, w tym szczególnie mężczyzn. Jej niezaprzeczalna prostota rozumowania spycha ją na dalszy plan nawet w tekście sztuki. Carina niczym nie zaskakuje, jej świat jest odbiciem pewnej mody na feministyczny lans. Morag, matka tytułowego feministy okazuje się kobietą o skomplikowanej wrażliwości. Z jednej strony niezaprzeczalnie "należy uznać" jej dorobek społecznych manifestacji w obronie pokoju i niezależnej myśli kobiet, z drugiej - wyjątkowo łatwo w sytuacji życzliwej uważności, ulega nastrojowi chwili i daje się ponieść głęboko skrywanym tęsknotom. A jedną z nich jest bezsprzecznie cielesna bliskość z drugim człowiekiem. Mamy więc do czynienia z dwubiegunową mieszanką wyobrażeń o sobie i świecie.

Wiele zadeklarowanych feministek nie decyduje się na macierzyństwo. Ich głównym działaniem jest obrona wypowiedzi własnych lub pewnych wartości konotowanych jako uniwersalistyczne. Wrogiem stają się inne kobiety ze skłonnościami do pacyfistycznego rozumienia racji, a mężczyźni zepchnięci są mimo wszystko do podrzędnej roli. Jak zatem można traktować kazuistykę feministek? Wydaje się, że w obliczu narastających napięć i degradacji wartości, powinny skierować swoją energię do zapobiegania konfliktom i tworzeniu trwałych więzi, a nie ograniczać się do korzystania z przywileju wolności wypowiedzi. Morag wydaje się o tyle wyjątkowa, że otwarcie i biegle połączyła ideologiczne predylekcje z miłością. Światu i Kate dała swojego syna Steve'a, a sama podążyła za głosem serca, oddając je Joemu, wrażliwemu, ortodoksyjnemu wyznawcy judaizmu lat 75. Miłość bowiem granic nie zna.

Feminista Steve okazał się być wrażliwym, miłym i kulturalnym człowiekiem, z upodobaniem do wytrwałego niesienia pomocy innym, rozumienia bliźniego i dawania mu życzliwej uważności. W odpowiednim czasie wykluwa się z niego dorosły mężczyzna gotowy stawić czoła mieszance intelektualno-emocjonalnej, w jaką wyposażyła go matka. Widz przygląda się jego przeobrażeniom, dając mu "kredyt" sympatii w kolejnych perypetiach.

Na scenie, oprócz dwojga aktorów, znajdują się jeszcze inspicjentka, garderobiana oraz dwóch technicznych. Widz obserwuje zmiany kostiumów, słyszy komentujący głos z offu, przygląda się zachowaniom pozascenicznym, w tym uśmiechom, rozmowom, ale też żuciu gumy czy wyciągniętym nogom panów technicznych. Deziluzja spełnia swoją rolę podważania autorytatywnych haseł, komentując narrację.

Joanna Kreft-Baka i Krzysztof Matuszewski wcielający się w sześć postaci tej dwuwersyjnej sztuce dwuobsadowej (w drugiej wersji aktorskie małżeństwo - Anna Kociarz i Maciej Konopiński) umiejętnie budowali bardzo rozczłonkowaną opowieść, której podstawową zaletą było to, że zmierzała do czytelnego końca. Oboje aktorzy wykazali się dużą biegłością dramatyczną, serwując wielorakie osobowości sceniczne.

Po raz kolejny, oglądając spektakl innego dnia niż premiera, mogłam się przekonać, że zapotrzebowanie na szczęśliwe zakończenia jest ogromne, a życzliwość widzów (średnia wieku na widowni, to ok. 35 lat) wielka. Część z nich z nieukrywaną aprobatą wyrażało się nie tylko o grze aktorów, ale także wysoko oceniło rozwój wypadków scenicznych. Cóż, latem pozytywnie naładować się trzeba i należy...

Katarzyna Wysocka
Gazeta Świętojańska online
17 sierpnia 2017

Książka tygodnia

Muzyczne narracje o kochankach z Werony
Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
Małgorzata Pawłowska

Trailer tygodnia

Dziadek do orzechów
Jurij Grigorowicz
W wielu krajach nie ma Bożego Narodze...