Miłosny przypadek

"Ławeczka" - reż. Ingmar Villqist - Teatr Bagatela w Krakowie

Jest na świecie spora grupa ludzi, która wierzy w to, że nie ma przypadków. Zdarzenia, których jesteśmy świadkami lub uczestnikami miały przydarzyć się właśnie nam. Dlatego, że mieliśmy znaleźć się właśnie w danym miejscu o konkretnej porze. Niektórzy wierzą też w przeznaczenie, które dotyczy spotkania drugiej osoby w kontekście spędzenia z nią życia. O takich mniej lub bardziej przypadkowych splotach zdarzeń opowiada „Ławeczka" w reż. Ingmara Villqista, zrealizowana w Teatrze Bagatela.

Wchodzimy na widownię przy delikatnych dźwiękach muzyki poważnej. Właściwie trafiamy do jasnej sali muzealnej, w której wiszą obrazy. Z prawej strony kręci się ubrana na czarno kobieta, która może być zarówno pracownicą teatru, jak i właśnie muzeum. Z prawej strony widzimy też wejścia, które mogą prowadzić do innych sal muzealnych. Po rozpoczęciu spektaklu okaże się, że my też jesteśmy idealnie wtopieni w ekspozycję.

Spektakl zaczyna się humorystycznie – słyszymy powtarzany w kilku językach komunikat, że za godzinę galeria zostanie zamknięta. Wchodzą ostatni zwiedzający. Kobieta podchodzi do czerwonego sznura, rozciągniętego na środku, przed pierwszymi rzędami widowni. Czyta napis na tabliczce i przygląda się nam ze zdziwieniem i ciekawością. To sami robi później mężczyzna, który wchodzi do sali z drugiej strony. Ciężko powstrzymać się od śmiechu, a zabieg scenograficzny jest genialny w swej prostocie.

Okazuje się, że tych dwoje spotkało się już kiedyś. Wiera (Magdalena Walach) i Jura (choć imię jest tu względne – Sławomir Maciejewski) znają się z przeszłości, ale obydwoje uciekają się do kłamstw na temat swojego życia. Ogląda się to trochę jak „Iluzje" w reż. Iwana Wyrypajewa, które były zrealizowane kilka lat temu w Narodowym Starym Teatrze. Wydaje się, że każde słowo jest zaprzeczeniem poprzedniego, a jednocześnie dopełnieniem historii i powolnym odkrywaniem prawdy.

Aktorstwo jest bardzo dobre. Walach i Maciejewski są prawdziwi i skupiają uwagę. Widać, że dobrze czują się w tej przypominającej Sukiennice, surowej przestrzeni, która sprawia wrażenie odrealnionej. Ściany pokrywają obrazy – kolorowe płótna o różnych wielkościach. Artystyczne wizje, powstałe z inspiracji prawdziwym życiem. Ma to związek z opowieściami bohaterów o sobie, które tworzone są w ten sam sposób. Piękne kłamstwa, w które wierzymy, bo nas oczarowują. Są tym, co ta druga osoba chciałaby zobaczyć czy usłyszeć.

W czasie tej jednej godziny, która pozostała do zamknięcia galerii sztuki kobieta i mężczyzna dowiadują się o sobie więcej, niż pewnie przez kilka ostatnich miesięcy. Jura jest rozdarty pomiędzy dwoma światami: rodziną, którą bardzo kocha a żądzą miłosnych przygód. Wiera natomiast chciałaby w końcu spotkać swojego „księcia z bajki", co sprawia, że bardzo idealizuje spotkanego mężczyznę. Mimo, że spektakl nie powala na kolana i czegoś jakby w nim brakuje, to „Ławeczka" pokazuje, że każdy człowiek jest pełen sprzeczności, których często nie potrafi okiełznać nawet on sam.

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
8 maja 2017
Portrety
Ingmar Villqist

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...