Mimo-chodem

19. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu

19. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu w Warszawie odbył się niejako mimo-chodem. Albo po-mimo braku zainteresowania stołecznego Ratusza.

Na zakończenie festiwalu jego niestrudzony dyrektor, Bartosz Ostapczuk wyraził nadzieję, że za rok odbędzie się kolejny 20. festiwal. Ale to wcale nie jest takie pewne. Zasilanie z Ministerstwa nie jest przesądzone, a ratusz "tradycyjnie" nie dokłada się do festiwalu. Dlaczego? Bo niszowy? Bo nie bierze udziału w politycznych polemikach, bo mimom przystoi milczenie? Trudno dociec. Widać jednak, że znacznie łatwiej uzyskać wsparcie ratusza na imprezy masowe albo takie, o których wiadomo, że będą głośne, jak niedawne wystawienie "Madame Butterfly" na Placu Defilad. Koszty festiwalu na tym tle wydają się doprawdy śmieszne... Ale kto wie, może się coś odmieni, bo festiwal mimu od tylu lat już goszczący na Scenie na Woli jest tego wart. Trzyma poziom, jest oknem na świat mimu, nawet jeśli musi zaciskać pasa ze względu na skromne zasilanie finansowe, i ma swoją wierną publiczność. Bywały wszak w przeszłości lata bardziej przyjazne i zjeżdżało wówczas do Warszawy więcej zespołów.

W tym roku program wyglądał dość skromnie, ale i tak dostarczył widzom sporo emocji. Nie wszystkie spektakle widziałam, ale większość nie tylko zasługuje na pamięć, ale najwyższe uznanie. Rozczarował Wrocławski Teatr Pantomimy, zawsze siłą rzeczy porównywany z niegdysiejszymi osiągnięciami Pantomimy Henryka Tomaszewskiego. Tytuł spektaklu, "Cafe Panique" i literacka inspiracja (Rolad Topor) obiecywały wiele, ale rezultaty okazały się skromne. Nie udało się reżyserce Joannie Gerigk stworzyć ani surrealistycznej, ani w ogóle żadnej atmosfery - jak mawiał dyrektor Teatru Na Woli i wielki admirator festiwalu sztuki mimu Bohdan Augustyniak - intencje nie przeszły przez rampę.

Toteż publiczność z zimnym spokojem obserwowała spektakl, niekiedy tylko skromnym śmieszkiem kwitując nieliczne dowcipne momenty rodem z kiepskiego kabaretu. Zabrakło rysunkom postaci lekkości, metafizycznego dreszczu i podtekstu, stąd głębokie rozczarowanie. Nie odbierając bowiem technicznej biegłości aktorom ani zaprzeczając staranności w tworzeniu scen zespołowych, trudno w tym spektaklu doszukać się mocnego spoiwa poza miejscem akcji (tytułowa kawiarnia) i rytuałem zapalania i gaszenia lampek nocnych na stolikach kawiarnianych. Trochę to za mało jak na przedstawienie trwające 100 minut. Sytuacji nie uratowała obecność ryb (podobno były to łososie) niepospolitych rozmiarów, które z niewiadomego powodu pląsały w (sugerowanej) wodzie albo na scenie.

Podzielam opinię, którą po premierze tego spektaklu wyraził w swojej recenzji Leszek Pułka: "Aktorzy głównie biegają, stroją miny, łamią krzesła, rwą odzież i papier, gryzą bułkę, gdaczą, znoszą jajo, recytują, doprawiają biusty, śpiewają, dokonują resekcji jelit - ogarniającej świat przedstawiony sztuki mimicznej naprawdę w tym niewiele. Sensu w purnonsensie za grosz".

Nie w pełni usatysfakcjonował też spektakl "Avant tous" czeskiej trupy Lenka Vagnerova & Company. Nazwisko Lionela Menarda, który podjął się reżyserii i opracowania dramaturgii tego spektaklu, to w świecie pantomimy wielka marka. Dość przypomnieć fantastyczne spektakle duetu Bodecker&Neander, który wielokrotnie gościł na warszawskim festiwalu, zawsze budząc niekłamany entuzjazm publiczności. A przecież Menardowi także bardzo wiele zawdzięcza Teatr Warszawskiego Centrum Pantomimy - zrealizowali wspólnie wysmakowane spektakle "Marcel" czy "Gogol".

Tym razem Menard przygotował spektakl należący do gatunku pojawiającego się od lat na Scenie na Woli - chodzi o produkcje przekraczające granice pantominy, o formy mieszane, pośrednie, łączące teatr fizyczny, mimu, teatr tańca i teatr dramatyczny. Zawsze to nieco ryzykowne - inspirujące, ale też pełne pułapek. Zacierają się kanony poetyki i łatwo tu o potknięcia, których tym razem nie udało się uniknąć. Warstwa tekstowa nie pomagała ani widzom, ani aktorom - raczej rozbijała spektakl, zaburzała jego rytm, niewiele wnosząc. Może dlatego, że nie była to wielka literatura?

Oczywiście Menard nie byłby sobą, gdyby nie znalazł kilku rozwiązań sugestywnych. W tej opowieści o życiu przed życiem (albo mówiąc wprost: o ciąży i narodzinach) takim momentem były z wielką siłą ukazane tańcem emocje przedporodowe i sam poród.

Całości jednak brakowało tej dyscypliny wykonania, z której spektakle Menarda słynęły. Stąd obrazy sugestywne roztapiały się w scenach najwyraźniej niedopasowanych do siebie. Oto pułapki

rozbitej formy, która sama sobie zaprzecza.

Takie zastrzeżenia znikają, kiedy mowa o hiszpańskiej Grupie Kulunka Teatro, który też stosuje formy mieszane, przekraczając tradycje sztuki mimu. Grupa gościła już na warszawskim festiwalu cztery lata temu. Młodzi artyści baskijscy pokazali wówczas wzruszający spektakl "Andre i Dorine", opowieść o starości i degradującej człowieka chorobie Alzheimera. Potrafili całkowicie zawładnąć emocjami widzów, wzbudzając dla swych bohaterów autentycznie głębokie współczucie.

Nie tylko prostota, ale też przesłanie tamtego spektaklu budziły zachwyt. Tak jak ich własna, współgrająca z intencjami forma. Artyści występowali w maskach, a ściślej mówiąc nadnaturalnej wielkości sztucznych głowach, rezygnując tym samym z mimiki. Temu ograniczeniu (a zrazem naznaczeniu, jak w teatrze lalki) towarzyszyło wzmocnienie znaczenia każdego gestu i ruchu. Aktorom udało się stworzyć własny język czytelnej wypowiedzi. Stosowali też świadomie strategię oddziaływania na emocje widza: w początkowej fazie spektaklu często sięgali po środki komediowe, wzbudzając żywiołowe reakcje widowni, aby stopniowo komizm zastępować tonami tragicznymi.

Tę samą, sprawdzoną już poetykę zastosowali artyści w spektaklu "Solitudes" (reżyseria Inaki Rikarte) [na zdjęciu]. Jego głównym bohaterem jest starzec, spędzający czas u boku żony, odmierzający czas od wspólnej gry w karty do następnej partii. Kiedy żona umiera, stary człowiek nie może się odnaleźć we wrogim świecie, traktowany przez najbliższych jak uprzykrzona się mucha. To właśnie mucha, a ściślej jej natrętne brzęczenie pozostanie ostatnim śladem jego związku ze światem żywych. Równolegle artyści (wciąż zmieniający maski i kostiumy) przedstawiają losy początkującej i wykorzystywanej prostytutki, która z trudem wchodzi w arkana najstarszego zawodu świata (widzimy, jak zmaga się z butami na wysokich obcasach). Ale tylko ona okaże staremu człowiekowi odrobinę współczucia.

Wiele tu sytuacji prostych, nie-sprawiających trudności w odbiorze intencji artystów, którzy i tym razem pochylają się na losem opuszczonych, niedołężniejących starych ludzi, kiedy świat już ich nie potrzebuje. Piękne, poruszające przedstawienie, którego humanistyczne przesłanie wzmacnia precyzja wykonania.

Jednak prawdziwym królem tego festiwalu okazała się premiera gospodarzy, czyli "Once" Warszawskiego Centrum Pantomimy. Po raz pierwszy zdarzyło się, że legenda teatru alternatywnego, twórca Teatru Derevo, Anton Adasinsky zdecydował się zrealizować swojego "klasyka" nie z własnym zespołem. Eksperyment zakończył się pełnym sukcesem, dowodząc po raz kolejny, że język mimu jest językiem uniwersalnym.

Spektakl "Dereva" z roku 1997, który objechał triumfalnie pół świata, ożył w pełnym blasku w Warszawie. Dla warszawskich mimów to był mistrzowski zespołowy egzamin. Teatr Warszawskiego Centrum Pantomimy wzbogacił swój repertuar o jedną z najciekawszych inscenizacji współczesnej sztuki mimu, obsypanej wieloma nagrodami, m.in. na edynburskim Fringe Festival (1998). To właśnie wtedy można było przeczytać w gazecie "The Scotsman" taką opinię: "ONCE Dereva jest absolutnie oszałamiający. To najlepszy z najlepszych spektakl, nie tylko własnego gatunku, ale prawdziwy fajerwerk teatralny".

"Once" w wykonaniu Teatru Derevo dwukrotnie gościł na warszawskim festiwalu sztuki mimu - po raz pierwszy w roku 2005, a ostatnio pięć lat temu. Pisałem wtedy: "Nie zawiedli weterani festiwalu - legendarna grupa rosyjska Derevo na czele z artystą o niespożytej wyobraźni, Antonem Adasinsky'm, Tym razem zaprezentowali "Once", opowieść tyle o miłości, ile o marzeniach, dosłownie unurzaną w świecie porywających baśni, mitów, a nawet horroru (wspaniały a groźny Nosferatu albo niezdarny Amor). Spektakl lśni dziesiątkami zaskakujących a prostych rozwiązań, jego demonstrowana sztuczność, dekoracje jak z wycinanek, jak z dziecięcych kartonowych zabawek, budziła żywe wspomnienia dzieciństwa, a sceny liryczne zachwycały. Finał spektaklu, w którym na obrazie ze stateczkiem i latarnią morską zapala się lampeczka, gasną wszystkie inne światła i pozostaje tylko to jedno nikłe, ale wyraźne światełko, wzruszał prostotą metafory".

Mógłbym powtórzyć tę opinię po premierze warszawskiej - artyści skupieni wokół centrum i Bartłomieja Ostapczuka stworzyli przedstawienie pełne urody i poezji, pulsujące dobrą energią, utrzymane w zdyscyplinowanym rytmie, a jednocześnie z pewnym marginesem improwizacji. Świetnie wypadły wszystkie wyjścia aktorów poza scenę. Kiedy poruszali się między widzami, wykorzystując każdy fragment przestrzeni (nawet umieszczone na bocznej ścianie kaloryfery), czasem nawet zajmowali miejsca widzów, wchodzili z nimi w bliski kontakt, tworząc wiele nieprzewidywalnych sytuacji.

Wykreowali na scenie piękną baśń o miłości, tyleż nieszczęśliwej, co niecącej nadzieję, jak to światełko latarni morskiej z obrazka, wiszącego na scenie. Połączyli prostotę z wyrafinowaniem, liryczne tony z upodobaniem do zabawy. Widać to było w rozmaitych barwnych epizodach. Nieszczęśliwie Zakochany Arlekin (Ostapczuk) dbał, aby wygodnie upaść, żeby się nie pobrudzić, albo klęknąć, żeby nie zabolało. Perfekcyjna Śmierć niezadowolona z zachowania swego klienta układała go wedle własnych wyobrażeń o powadze ostatecznego odejścia. Fajtłapa Amor wciąż zmagał się ze swoim zdezelowanym łukiem.

Umiejętne wykorzystanie klownady, tradycji dell'arte i sceny lirycznej, warsztatowa biegłość wykonania, porywająca kreacja Bartłomieja Ostapczuka i wysokiej próby praca całego zespołu dały w rezultacie widowisko pełne wdzięku, przywracające teatrowi i widzom blask magicznego scenariusza "Once". To był wieczór dobrych uczuć - rzecz w dzisiejszym teatrze - bardzo rzadka. Oby nie zabrakło ich za rok, na jubileuszowym 20. festiwalu.

Tomasz Miłkowski
Dziennik Trybuna
5 lipca 2019

Książka tygodnia

Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Maurizio de Giovanni

Trailer tygodnia