Minimalizm to czasami za mało

"Noc Helvera" - reż. Grzegorz Chrapkiewicz - Gdyńskie Centrum Kultury

Mało mamy gotowych, rodzimych tekstów scenicznych, które można wykorzystać do próby diagnozy współczesnego świata przedstawionego. Oprócz wyjątków (np. filmy Wojciecha Smarzowskiego i absolutnie wyjątkowy i niedoceniony "Pewnego razu w listopadzie" Andrzeja Jakimowskiego) kino także nas nie rozpieszcza pod tym względem i nie ma ambicji, jakie miała szkoła polska czy kino moralnego niepokoju. Autocenzura, gra na przeczekanie, wygoda, lenistwo intelektualne, wycofanie/tchórzostwo i pewnie dziesiątki innych alibi mają usprawiedliwić niechęć do korzystania z niezwykłego przywileju, jaki daje teatr: mówienia prawdy prosto w oczy.

Wydawało się, że dramaty Ingmara Villqista nie będą już wracać na polskie sceny, a na pewno, że daleko im będzie do popularności sprzed lat. Na Pomorzu w XXI wieku wystawili je jedynie... Ingmar Villqist, w prowadzonym przez siebie Teatrze Miejskim w Gdyni oraz Teatrze Wybrzeże, w którym był etatowym reżyserem, Adam Nalepa w dowodzonym przez siebie Teatrze BOTO i Miejski Dom Kultury w Rumi (2018). Nieoczekiwanie okazało się, że świetnie może pasować do naszych czasów "Noc Helvera". Ten minimalistyczny duodramat o skomplikowanym związku dwojga ludzi w czasach nadchodzącej zagłady, z wieloma otwarciami na interpretację i udział myślowy widza, rozgrywający się jednej nocy w trzech jednościach, daje sporo możliwości reżyserowi i aktorom.

Ellmit, miasteczko, do którego jak po wyrok jeżdżą bohaterowie dramatu, pojawia się nie tylko w "Nocy Helvera". Małe rybackie miasteczko gdzieś na północy Europy znają gdańscy widzowie z prapremiery innej sztuki Villqista w Teatrze Wybrzeże ("Sprawa miasta Ellmit" w 2003). Nazwa miasta sugeruje lokację - gdzieś na północy, może Skandynawia, może północne Niemcy. W innym mieście tej wymyślonej, acz uniwersalnej Villqistowej krainy, w kuchni robotniczo-biedno-mieszczańskiej (tak określają scenę didaskalia) rozgrywa się dramat 20-letniego, niepełnosprawnego/ociężałego umysłowo Helvera i starszej od niego Karli. Różnica wieku jest ważna, bo daje pretekst do rozważań na temat związku obojga. Czyim synem jest będący pomiędzy ociężałością a niepełnosprawnością umysłową tytułowy bohater? Dlaczego mieszkają razem?

Powoli, szkatułka po szkatułce, otwierana jest opowieść o życiu Karli i Helvera. Kobieta była kiedyś szczęśliwie zakochana, ale mąż się od niej odwrócił z powodu dziecka, którego nie potrafił zaakceptować ze względu na widoczne deficyty. Nie ma pewności czy była to dziewczynka czy Helver. Więź, która łączy postaci dramatu, wydaje się być zbyt bliska, by nie pieczętowały ją więzy krwi, ale nie ma pewności, że to opowieść o matce i synu. Przynajmniej w wersji gdyńskiej, bo w niektórych prezentacjach najpopularniejszego dramatu autora "Beztlenowców" jest to ujednoznacznione. Nieoczywistość relacji to plus spektaklu gdyńskiego, minusem jest zaś dosłowność zakończenia i aż za daleko posunięta otwartość. Efektem tej otwartości jest przesunięcie punktu ciężkości z dramatu poświęcenia na wprowadzenie do eutanazji.

Helver jest zafascynowany Gilbertem. Opowieści o nieobecnym stanowią właściwie główną narrację młodego mężczyzny, wszystko jest jakoś związane z domniemanym przywódcą chuliganów/bojówki/narodowców? I tutaj zaczynają się problemy. Tak jak otwartość i nieoczywistość w przedstawianiu relacji Klara-Helver uruchamia naszą wyobraźnię, tak tło wydarzeń, pełzające, narastające zło, jest przedstawiane jednowymiarowo, bez podania przyczyn procesu.

Grzegorz Chrapkiewicz, reżyser konsulatowej prezentacji, nie bawi się w niuanse: to opowieść o współczesnej Polsce. Żeby nie było wątpliwości mamy fragmenty wielokrotnie już wykorzystywanego (choćby w "Zapiskach z wygnania") nagrania warszawskiego marszu narodowców, przebijają barwy biało-czerwone, mamy na dokładkę fragment piosenki najbardziej znanej z repertuaru Elżbiety Wojnowskiej. Jakby jeszcze było mało, elementem scenografii były kolumny płócien z logo bezsprzecznie nawiązującym do logo ONR-u. Przed premierowym pokazem reżyser wystąpił przed publicznością i przybliżył problematykę utworu oraz zadedykował pracę tragicznie zmarłemu Pawłowi Adamowiczowi. Nie powinniśmy nikomu zabierać prawa do wyrażania emocji, ale wstęp w takiej formie uważam za niepotrzebny.

Chrapkiewicz jest mistrzem-rezydentem w zbiorze reżyserów współpracujących z Gdyńskim Centrum Kultury/Konsulatem Kultury. W bioróżnorodności oferty jest odpowiedzialny za moduł najambitniejszy. Od lat reżyser mocno niegdyś związany z Trójmiastem realizuje doktrynę teatru minimalistycznego. Ten termin u Chrapkiewicza oznacza minimalną ingerencję w tekst i pozostałe składniki dzieła. Nie korzysta z dramaturgów przystosowujących czy przepisujących tekst, żadnych odkryć scenicznych ani olśnień - to co najwyżej solidne rzemiosło. Gdy ma się np. takiego Janusza Gajosa w obsadzie, doktryna święci triumfy (vide: "Kotka na gorącym, blaszanym dachu" w Teatrze Narodowym). W Gdyni to się nie udało, aktorzy nie wykorzystali szansy na stworzenie kreacji, nie czułem oblepiania złem, nieuchronności procesu.

Język teatru i sztuk wizualnych bardzo się zmienił w ostatnich 20 latach w Polsce, pochód reżyserów debiutujących po 1998 roku zaproponował niezwykłe formaty i perspektywy, adekwatne do rzeczywistości nas otaczających. Nie tylko teatr się zmienia, ale także zło, potwory naszych czasów wymagają nowych odczytań. Na tym tle teatr Grzegorza Chrapkiewicza wydaje się anachroniczny, ale z pewnością znajdzie widza. Tylko bardzo proszę zrobić coś z tymi kablami nad światłami, które szpecą obraz, sprawiając, że można się poczuć jak w magazynie. No chyba, że o to chodziło (uśmiech).

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska online
27 lutego 2019

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia