Ministerstwo ds. Wykluczeń

"W Przechlapanem" - reż: Rafał Urbacki - Instytut Teatralny im. Z. Raszewskiego

Sponsorzy podobno nie zgodzili się na bardziej esencjonalną nazwę miejscowości Przechlapane (domyślcie się jaką), w której odbywa się coroczna impreza. Biorą w niej udział mieszkańcy tej osadki uchodźców. Ma charakter zdecydowanie dobroczynny. Słowem "zdecydowanie" posłużyłem się teraz pewną ironią.

Cały spektakl "W przechlapanem" był dla mnie ironią. Ale bardzo dobrą ironią. Skierowaną prosto w widza, współczującego osobom niepełnosprawnym, którym przypisuje rolę męczenników. Gdzieś w tle przewijają się mocne teksty traktujące o Jezusie i jego cierpieniu. Na przykład:

"Lecz On się obarczył naszym cierpieniem,
On dźwigał nasze boleści,
a myśmy Go za skazańca uznali,
chłostanego przez Boga i zdeptanego."
Iz 53,4 za Biblią Tysiąclecia, Wyd. Pallottinum, Poznań, 2003

Ironia staje się faktem już na początku przedstawienia, kiedy po hucznym wejściu stajemy się świadkami festynu. Festyn organizowany jest przez mieszkańców miasteczka Przechlapane. Mieszkańcy okazują się być osobami niepełnosprawnymi, utrzymującymi się z tego wydarzenia. Witani są sponsorzy, przedstawiane są dofinansowane projekty realizowane w gminie. Pokaz instruktażowy tańca z hołubcami, z udziałem osób niepełnosprawnych (także na wózku) ewidentnie wskazuje, że tego typu inicjatywy nie mają sensu, szczególnie jeśli ktoś miał cztery operacje kolana. Prawie że danse macabre. Chociaż życiorys reżysera i pomysłodawcy spektaklu (Rafała Urbackiego) pokazuje, że czasem ważna jest siła woli. Z powodu zaniku mięśni poruszał się na wózku. Teraz chodzi i tańczy, mimo że nie czuje nóg. Fikcja przeplata się z rzeczywistością, gdy w trakcie przedstawienia, jako jeden z bohaterów, opowiada na scenie swoją prawdziwą historię. O swoje doświadczenia z niepełnosprawnością pytana jest także jeżdżąca na wózku Magdalena Gałaj i Ania Dzieduszycka z niedoborem hormonu wzrostu. Sama rozmowa z dziennikarką (Aniela Presko) nastręcza kłopotów, bo dziewczyny są traktowane zupełnie jak dzieci. W tle absurdalne wiadomości o działalności Ministerstwa ds. Wykluczeń. Aż strach bierze, ale pokazuje to trudności, z jakimi tak naprawdę codziennie borykają się niepełnosprawni. Na przykład brak podjazdów, za co publicznie policzkowany jest budowniczy. Padają mocne słowa.

Zaczyna się koncert talentów, Ania tańczy choreografię Lady Gagi, Basia Lityńska "z jednym chromosomem więcej" czyta swoje wiersze, które pokazują jej świat, czasem buntowniczo. Maja Tur przedstawia etiudy o stwardnieniu rozsianym, rozsiewając cekiny, oraz o pobycie w szpitalu psychiatrycznym z powodu zaburzeń błędnika i rzekomej nerwicy, plącząc się w serpentynach. Prawie niesłysząca Agata Wąsik przepięknie zaśpiewa, a kiedy później zacznie mówić ciepłym, stonowanym głosem Anny Dymnej, podtekst mimo wszystko staje się jasny. W tle wypowiedź Ireny Santor, że wytwórnie muzyczne powinny zainteresować się utalentowanymi niepełnosprawnymi, bo na nich też się da zarobić. Można powiedzieć: niezły cyrk!

Forma spektaklu jest bardzo luźna, pełna tanecznych elementów. Do śpiewanej przez Agatę piosenki z Pięknej i Bestii z wyświetlanymi na ekranie dialogami zatańczyła z Rafałem Magdalena Gałaj, która na moment zostawiła swój wózek. Na koniec pada pytanie: "I czy ta bestia jest taka straszna?" Aktorzy czasem wydawali się spięci, ale była to przecież premiera. Niepowtarzalna atmosfera. Oklaski na stojąco. Zapytany później do kamery o wrażenia odpowiedziałem tylko po dłuższej chwili i kilku stęknięciach: "Nie wiem". Chyba traciłem swoją spontaniczność. Teraz już pozbierałem myśli. Choć i tak recenzja pisana jest na świeżo.

Mój stereotyp o niepełnosprawnych udało mi się przełamać wcześniej, gdy zostałem zaproszony na premierę "Portretu" Teatru 21 Justyny Sobczyk, gdzie występowały także osoby niepełnosprawne. Wtedy dobitnie dostrzegłem, że są zwyczajni ludzie. Różni ich to, że nie użalają się nad sobą tak, jak my nad nimi. Są żywi, energiczni, szczerzy. Mają marzenia, uczucia. Są bardzo świadomi życia i tego im zazdroszczę.

Każdy ma szansę na samym końcu spektaklu spotkać się ze swoimi stereotypami. Ale może nie zdradzę niespodzianki. Powiem tylko, że Reżyser wychodzi do widowni z pewnym performatywnym zaproszeniem, które ochoczo przyjąłem.

Dołączam kilka wartych uwagi pytań zamieszczonych w informacjach o spektaklu:

"Kto kształtuje obraz osób niepełnosprawnych?

Dlaczego tak często się go infantylizuje?

Gdzie leży granica poprawności politycznej?

Skąd bierze się zinternalizowane poczucie współczucia?

Czy wszyscy mogą być równi - nawet jeśli jeden stoi, a drugi siedzi na wózku?"

Chcę jeszcze dodać, że boję się dodawać etykiet typu "cierpiący(a) na", "karzeł", "down", "przykuty do wózka". Każdemu przypisała taką Magdalena Olszewska i została ironicznie uciszona, jakoby te słowa były krzywdzące. Nie chcę być uciszony, ale nadal nie wiem, gdzie jest granica poprawności. Nie wiem czy ktoś bardziej cierpi na jakieś schorzenie, czy raczej z powodu reakcji otoczenia i samego stereotypu. A określenie "niepełnosprawni" zamieniłbym wszędzie na "niesamowici". To już bez ironii.

Kacper Pietraszewski
Mgzn.pl
31 stycznia 2012

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...