Mistrz, Małgorzata i ten trzeci

"Kreacja" - reż. Bożena Suchocka-Kozakiewicz - Teatr Narodowy w Warszawie

"Kreacja" powstała na rok przed śmiercią Ireneusza Iredyńskiego. Dramat, jak wiele innych utworów pisarza, opowiada o strachu przed utratą tożsamości i wolności. Motyw ten, rozpisywany na coraz to inne fabuły i postaci, układy jedno- i dwupłciowe, był wiodącym tematem twórczości Iredyńskiego, może nawet rodzajem obsesji. Kreacja odtwarza klasyczną zależność tego, który dyktuje prawa, i tego, który im podlega, określoną już w mianach postaci nazwanych Pan i Nikt. Relacja mężczyzn jest tak silna, że nawet towarzysząca im kobieta staje się przedmiotem gry, jaką ze sobą prowadzą

W połowie lat osiemdziesiątych, kiedy powstała "Kreacja", Iredyński uczynił aspirantem młodego artystę z prowincji, zdobywającego życiową i zawodową pozycję, a Panem pięćdziesięcioletniego krytyka sztuki, nadającego ton w artystycznym świecie stolicy. Od pierwszej chwili - dość bezceremonialnie - dyktuje on warunki, a jednym z nich jest zmiana imienia i nazwiska malarza na dziwny, pozbawiony cech szczególnych pseudonim. W zamian artysta dostaje pieniądze za sprzedawane przez krytyka obrazy i nie fatygując się osobiście, robi w stolicy karierę, kolejno jako mroczny nihilista, cudowny prymitywista czy artysta, który odnalazł wiarę i powołanie, bo krytyk z rozmysłem zmienia strategie. Im dalej w las, tym malarz staje się coraz bardziej znany i bogaty, a zarazem upokorzony i nieszczęśliwy. Poza wiwisekcją tej zależności i wskazaniem, ku czemu ona prowadzi, zabiegi te służą Iredyńskiemu także po to, by skompromitować świat, który na nie pozwala. Pan prezentuje się więc jako osoba opiniotwórcza, swoisty agent wpływu, który lobbuje w środowisku, dyktuje recenzje i artykuły. Te same obrazy raz stają się dla piszących wyrazem rozpaczy, a innym razem nadziei. Pisarz pokazuje, jak łatwo zawrócić w głowie tym, którzy nie są ani uczciwi, ani kompetentni - mącić w stojącej wodzie socjalistycznej kultury i sztuki. Układ krytyk-artysta odtwarza też patriarchalny charakter władzy w byłym ustroju.

Reżyserka spektaklu, sięgając po zapomniany, od ćwierć wieku nie grany dramat, dokonała jego kondensacji, w wyniku której część kwestii pominięto, a inne uległy znacznym skrótom; przede wszystkim jednak zamieniła wiekiem bohaterów, co wydaje się decyzją dla utworu zbawienną. W interpretacji Bożeny Suchockiej to artysta jest starszy, doświadczony, zmęczony ciągłym prowadzeniem walki o siebie, krytyk natomiast zadziwiająco rześki i młody. Oddaje to grę sił charakterystyczną dla demokracji naszych czasów - gdzie młodzi dyktują warunki, do których (z trudem) dopasowują się starsi. Dlatego ten pozornie drobny zabieg ocala tekst dla współczesności, bo dzięki niemu spektakl portretuje dzisiejszy konflikt.

Dawny warsztat adaptowany na mieszkanie, w którym autor umieścił akcję sztuki, za sprawą Jana Kozikowskiego stał się - w warunkach niewielkiej sceny Studio - nowoczesnym loftem. Scenograf zmienił dotychczasowy układ sceny i widowni, stwarzając nową, obszerną przestrzeń, z dwóch stron zamkniętą siedzeniami dla publiczności. Wykorzystał naturalną fakturę ceglanych ścian, kamienną podłogę i pomost dla oświetleniowców, a dobudował żelazne schody, łączące go z poziomem podłogi. Rozsuwane drzwi oddzielające dolną przestrzeń od pomieszczenia za sceną stały się wyjściem na podwórko, a boczne drzwi na korytarz - wejściem do kuchni. Dywan, fotel, lampa i kostiumy partnerki bogacącego się artysty, pojawiające się w miarę rozwoju wydarzeń, nadały tej przestrzeni nowy charakter.

Niegdysiejszy krytyk i mocodawca stał się obecnie przebojowym marszandem. W interpretacji Marcina Hycnara postać ma niezwykle żywy temperament. Ruchliwy, stale przemieszczający się Pan, z upodobaniem zmienia kostiumy, jeździ na hulajnodze, rozkosznie wyciąga się w fotelu, chcąc wykorzystać każdą chwilę. Aktor wyraźnie uwodzi publiczność, jakby chciał ją przekonać, że trudno mu się oprzeć. Toteż nie dziwi nas, że malarz już na wstępie kapituluje, przystając na jego propozycję. Niezwykła aktywność i skuteczność Pana sprawiają, że w jego postaci jest coś nadnaturalnego, co stawia go ponad regułami życia. Wszystko przychodzi mu z taką łatwością, że w końcu zaczyna rodzić podejrzenia. Myśl, że to wysłannik diabła, albo i sam diabeł w ludzkiej skórze, atakuje nas co jakiś czas, a interpretacja roli wyraźnie na te skojarzenia pozwala. Bo też pakt, jaki zawiera z artystą, jest paktem diabelskim: malarz chce zaistnieć w świecie i godzi się sprzedać duszę, choć to słowo nigdy nie pada, a marszand jest tym, który to wszystko organizuje ze sprawnością i wdziękiem kogoś, kto nigdy się nie męczy i nie popełnia błędów. Ale rzecz nie jest przesądzona. Może skuteczność Pana jest wynikiem dobrze przyswojonych technik marketingowych i znajomości psychologii, od czasu do czasu wspomaganych używkami, wśród których tradycyjna wódka zajmuje pewnie ostatnie miejsce, a on sam jest po prostu doskonałym produktem naszych czasów.

Mroczny artysta, po psychiatrycznych przejściach, dostaje do lektury "Zbrodnię i karę", "Biblię" i "Pod wulkanem", bo Pan stwarza go od podstaw. Zestaw "ksiąg zbójeckich" charakterystyczny jest dla połowy lat osiemdziesiątych, kiedy powstał dramat - wtedy to Jerzy Grzegorzewski wyreżyserował "Powolne ciemnienie malowideł", sceniczną adaptację kultowej powieści Lowry\'ego, wtedy też grający malarza Jerzy Radziwiłowicz stworzył na scenie Starego Teatru postać Raskolnikowa, jedną ze swoich najlepszych kreacji. Tym razem gra kogoś, kto godzi się na diabelski układ, by dzień po dniu trawić swoją klęskę, smakować poniżenie i zależność, buntować się w duchu, jak na porządnego niewolnika przystało, a potem zalewać przegraną alkoholem, jak jeden z wielu "skrzywdzonych i poniżonych". Malarz Radziwiłowicza jest jednak posępny i zamknięty w sobie, jakby ukrywał tajemnice, które na zawsze oddzieliły go od innych. Nie stać go na odrzucenie intratnej oferty Pana, ale jego siłą jest brak złudzeń. Z nieodłączną butelką, popadający w alkoholizm, obserwuje swoją partnerkę, dostrzegając interesowność i brak miłości; przenika też zamiary mocodawcy.

Tak jak przeciwieństwem hieratycznego i introwertycznego Radziwiłowicza jest niezwykle aktywny ekstrawertyk Hycnara, tak kontrapunktem dla ich rozgrywki o najwyższą stawkę jest postać Gosi, inteligentnie poprowadzona przez Annę Gryszkównę. Partnerka malarza szybko orientuje się, jakim dobrodziejstwem jest opieka Pana, dzięki której standard życia zdecydowanie wzrasta, a ona sama staje się atrakcyjną kobietą. Wydaje się, że to dobro obojga jest źródłem jej zadowolenia, ale rychło ujawnia zupełnie egoistyczne powody. Robi to z rozbrajającą szczerością, co aktorka wykorzystuje dla przełamania jednoznaczności postaci i nadania roli odcienia komediowego. Jej kwestie wprowadzają do spektaklu ton groteskowy, przypominają, że obok pojedynku bohaterów na scenie toczy się też cicha walka o lodówkę, czy prywatna wojna z dyrektorką biblioteki. Przyziemność Gosi ujawnia drapieżne oblicze, kiedy w drodze po ślubną suknię wstępuje do motelu, by przespać się z marszandem, albo staje się tajną egzekutorką poleceń Pana, przejmującego w ten sposób pełną kontrolę nad życiem jej partnera. Słychać w tej roli niedawne filmy i spektakle na ten temat, ale też gorzką wiedzę samego autora o takich inwigilacjach. Współczesna Małgorzata błyskawicznie nawiązuje kontakt ze złem, jest przeciwieństwem bohaterek Goethego i Bułhakowa.

Kiedy w końcowych partiach spektaklu Radziwiłowicz pojawia się boso, ni to w szlafroku kąpielowym, ni to w mnisim habicie, wiemy, że bohater przekroczył jakąś istotną granicę. Zaskoczeniem jest to, jak daleko się posunął, pytaniem pozostaje też jego motywacja. Czy to potrzeba wymierzenia sprawiedliwości popycha go do ostatecznej rozgrywki z Panem - swoiście pojętego ostracyzmu? A może to efekt psychiatrycznych kłopotów, które powróciły w wyniku presji, jaką stanowiła ta relacja, i wyciągnięcie ostatecznych konsekwencji z obsadzenia Pana w roli Boga-człowieka? Kreacja pokazuje, jak zimna i precyzyjna intryga rodzi spazmatyczny mord, nie tyle na tle religijnym, ile na tle zaniku prawdziwej wiary, zastępowanej przez ludzkie kreacje. Czy malarz zatem to ponury mściciel, po omacku szukający sprawiedliwości, człowiek, który zawarł pakt ze złem i oszalał, rozumiejąc dosłownie przeczytane lektury, czy też nowy Raskolnikow, postanawiający wydobyć się z poniżenia odwagą nieobliczalnego czynu - u Iredyńskiego na miarę schyłkowego socjalizmu, u Suchockiej i Radziwiłowicza na miarę współczesności? Być może jednak autora interesowała nie tyle motywacja obu bohaterów, co Nietzscheańska idea nadczłowieka, którą przeniknięty jest dramat i którą próbował wpisać w realia codzienności.

Kalina Zalewska
Teatr
23 grudnia 2010

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia

Miłość do trzech pomar...
Zbigniew Głowacki