Młodość jest passé, starość niestety też do luftu!

"Dymna! Dymna!" na kanwie sztuki Zbigniewa Landowskiego

Jakże Anna Dymna jest niedopasowana, jakże jest piękna i skromna. Jakże niczym się nie wyróżnia, jakże to jest teatr w starym stylu i w dodatku niedorzecznie piękny. I nie trzeba skandalu, a przecież mogłaby, ale nie musi i tu jest pies pogrzebany (chciałoby się rzec - żywcem, ale może nie wypada psa grzebać żywcem, kiedy chce się mówić o onirycznej "Nefretete" Landowskiego) - o słuchowisku Radia Kraków "Dymna! Dymna!", na kanwie sztuki Zbigniewa Landowskiego, pisze Kamil Robert Reichel w portalu Teatr dla Was.

Sztuka przestała być kwestią smaku, zaczęła być kwestią gustu, z gruntu rzeczą skwantyfikowaną przez rzesze krytyków, którym się wydaje, że posiedli wiedzę, a jednocześnie stracili pokorę - a co gorsza - i nader dotkliwie jasny ogląd sytuacji. Mnie teatr nie podnieca, nie oburza, nie zachwyca, tylko po prostu zaczyna nudzić. Krzysztof Mieszkowski zatrudnia aktorów porno, bo teatr musi ożywiać debatę, szafować "gestem artystycznym". Pic na wodę fotomontaż, aktorzy w wersji hard, soft porno mogą co najwyżej oburzać ministra kultury i skutkować wstrzymaniem finansowania, słusznie czy niesłusznie. No chyba nie, bo przecież sztuka przede wszystkim musi być wolna jak hipiska, niczym nieskrępowana, dąży do całkowitego wyzwolenia i zerwania krępujących ją konwenansów.

Jakże Anna Dymna jest niedopasowana, jakże jest piękna i skromna. Jakże niczym się nie wyróżnia, jakże to jest teatr w starym stylu i w dodatku niedorzecznie piękny. I nie trzeba skandalu, a przecież mogłaby, ale nie musi i tu jest pies pogrzebany (chciałoby się rzec - żywcem, ale może nie wypada psa grzebać żywcem, kiedy chce się mówić o onirycznej "Nefretete" Landowskiego). Zupełnie przypadkiem, jeszcze bardziej niechcący i jakby trochę na siłę, wchodzę do Studia im. Romany Bobrowej, myślę sobie "kolejny spektakl chałturniczy, no bo cóż aktorzy też muszą z czegoś żyć, nawet wielcy, może nawet bardziej", a Dymna przecież pierwszą lepszą, z podrzędnego teatru, na dodatek spalonego nie jest. Spektakl radiowy - wiadomo, efektów specjalnych raczej nie będzie, ale z drugiej strony Ziembla to nie Hitchcock, więc brak trzęsienia ziemi w pierwszych pięciu minutach nie musi zaraz być rozczarowaniem, każdy ma inną manierę, niby nic, a cieszy.

Wertuję "Dymną" Elżbiety Baniewicz, ręka przesuwa się po kolejnych stronach, wzrok mija rzędy liter, zdjęć i mknie coraz szybciej, by zatrzymać się przy czarno-białej fotografii kobiety w białej chuście na głowie, w pięknym ludowym stroju, ze sznurem korali opadających delikatnie na klatkę piersiową, osłoniętą białą koszulą z koronkowym kołnierzykiem. Kobieta zastygła w miejscu i czasie mnie bliżej nieznanym. Czytam adnotację pod zdjęciem: "Życie zatoczyło nieduże kółko - z Isi stałam się Gospodynią. W garderobie przed przedstawieniem Wesela Andrzeja Wajdy, 1991". Miałem dwa lata, nie mogę pamiętać ani zdjęcia, ani premiery. Sylwetki fotografa prawie nie widać, chociaż musiał stać dokładnie za nią, jakiś cień majaczy w lustrze, przed którym siedzi kobieta. Dymna w prawej dłoni trzyma pędzelek kosmetyczny; jej twarz opromienia światło lampy, poniżej otwarte pudełko pudru, nieco bardziej na prawo, prawie na skraju stołu zamknięta paczka papierosów, pod nią jakaś kartka, z lewej strony również lampa, ale jakby ślepa, bo zupełnie wyłączona. Między lewą a prawą stroną toaletki leżą kartki (chyba scenariusza), za lustrem widać garderobę. Kobieta delikatnie się uśmiecha, a oczy utkwiła w fotografującym mężczyźnie lub kobiecie, szczegół bez znaczenia. Taka niby Nefretete-Gospodyni ze Studia im. Romany Bobrowej.

Trzy strony dalej u Baniewicz natrafiam na alkoholiczkę Katarzynę z filmu Barbary Sass "Tylko strach" (1994). Czytam, że pytano ją o to, czy gra, czy jest. Odpowiadała: "Na szczęście tylko gram". I znowu Nefri pijąca koniaczek w porcelanowej filiżance w kwiatki - nadwrażliwa, zdystansowana, piękna.

"Ta rola jest do dupy!". Jak większość współcześnie napisanych, których jedyna wartość polega na świeżości, jakby jedyną ich zaletą była pamięć ręki, stukającej wytrwale w komputerową klawiaturę, wstukująca niczym dzięcioł kolejne partie pustych prawd, bezsensownych i nadętych. Żartuję - nie jestem wrogiem sztuki współczesnej, no prawie współczesnej.

Na scenę weszła jakby nigdy nic - skromnie, tak jak wchodzą najwięksi, odgarnęła dłonią włosy i odsłoniła twarz, która kryła w sobie blask dawno już minionej młodości. Nie, jednak było nieco inaczej. Weszła ciężko. Jej twarz zdawała się skrywać grymas zniechęcenia, dławione pojękiwania i utyskiwania warunkowały właściwe użycie dopełnienia "dupy" w sformułowaniu "ta rola jest do dupy!" - inaczej rzecz ujmując do luftu. Bo nie generalizując "-endziesięcioletnia" Nefretete, gdyby rzecz jasna dane jej było się zestarzeć, budziłaby raczej zażenowanie, a tu jednak mając lat "-endziesiąt, trzeba odpowiednie dać rzeczy słowo".

Meine Damen und Herren, Dear Ladies and Gentleman, Drogie Panie i Panowie, wielkość tej aktorki nie polega na tym, że - parafrazując Gombrowicza - Dymna jest Dymną, bo jest Dymną, ale potrafi zupełnie Dymną nie być i zagrać ją tak, jakby całe życie towarzyszyła jej jak cień - od czasów panieńskich, kiedy jeszcze była Dziadyk, po atelier na poddaszu ich domu, w którym Wiesław Dymny (jak pisze Monika Wąs, żyjący z diabłami i aniołami) zaklął w fotografiach ją samą.

Dialog między Dymną a rolą to coś jednocześnie zmysłowego jak zapach skóry ukochanej kobiety oraz szorstkiego - jak zmarszczki zdobiące sędziwą twarz. To ciało, które bierze rozbrat z duchem.

Choć sztuka Landowskiego została rozpisana na dwa akty i dydaktyczny epilog, to Anna Dymna nie dydaktyzuje, jest młoda, a jednocześnie niewinna i perwersyjna niczym Lila z "Ich czworo" Zapolskiej. Z wplecionymi we włosy wstążkami (jak na zdjęciu z 1977) patrzy gdzieś dalej, kąciki ust lekko opadające, oczy nieco zniecierpliwione i patrzące dużo dalej - jakby w przeszłość.

Czym jest zakurzone popiersie Nefretete, eksponowane w muzeum tym czy innym, przy kobiecie z krwi i kości, przy tej młodości "co z czasu kpi". Jest jak naiwnie pastelowa szminka do małej czarnej na eleganckim bankiecie. Więc jeśli czas może się zatrzymać, jeśli ktoś ma nad nim władzę, to w studiu im. Romany Bobrowej zrobiła to Anna Dymna, balansująca między dojrzałością i reminiscencją młodości, którą mąż uchwycił w negatywie. Głęboko wierzę, że taką widział ją tylko on i przez ułamek sekundy udało się mnie.

*

"Dymna! Dymna!"

na kanwie sztuki Zbigniewa Landowskiego

Radio Kraków - Studio im. Romany Bobrowej

Reżyseria: Ewa Ziembla

Realizacja radiowa: Wojciech Gruszka

Oprawa muzyczna spektaklu: Grzegorz Dąbek

Obsada: Anna Dymna

Premiera: 15/02/2016

Kamil Robert Reichel
teatrdlawas.pl
22 lutego 2016

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia