Młodość rządzi

Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku

Siwa broda mędrca nie czyni, talentu też nie powiększa. Ułatwia jednak zdobycie władzy. A dyrygent władzę musi mieć. Czy młody dyrygent potrafi rządzić, przekonamy się dziś w Filharmonii.

Temu stresującemu testowi zostanie poddany Wojciech Rodek. Urodził się wprawdzie w roku premiery „Gwiezdnych wojen” i „Polskich dróg”, a nawet pamięta jak Edward Gierek wyprowadzał się z KC, ale zgodnie z wytycznymi niesłusznego już politycznie ZSMP wciąż zalicza się do młodzieży. Zna jednak smak władzy. Jest kierownikiem muzycznym Gliwickiego Teatru Muzycznego, I dyrygentem Filharmonii Lubelskiej oraz stałym dyrygentem gościnnym Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy.  Nie znaczy to jednak, że zdobędzie władzę w Białymstoku. Ojciec Richarda Straussa, który był waltornistą tak pouczał syna-kompozytora i kapelmistrza: - My w orkiestrze bacznie obserwujemy każdy ruch nowego dyrygenta. Patrzymy jak staje przy pulpicie, jak otwiera partyturę, podnosi batutę i w lot się orientujemy, kto tu będzie ważniejszy: on, czy my.
Pomiędzy dyrygentem a orkiestrą wyczuwa się zwykle stan pewnego napięcia, bo jednak mało kto lubi jak się nim rządzi. Dobrze ilustrują ten stan dwie anegdoty, wywodzące się z obu obozów muzycznych. Według pierwszej, wymyślonej zapewne przez orkiestrę pewien  młody człowiek postanowił nauczyć się grać na jakimś instrumencie. Zaczął od ulubionych skrzypiec, ale nie mogąc wyjść poza rzężenie przerzucił się na altówkę. Efektów nie było, więc chwycił za trąbkę, ale instrument zarekwirowało Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt, bo okoliczne psy wpadły w silną nerwicę. Z perkusji sam zrezygnował, gdyż nie miał poczucia rytmu. Sięgnął więc po batutę. 

Bohaterem drugiej anegdoty jest Leopold Stokowski, wybitny amerykański dyrygent polskiego pochodzenia. Po jednym z koncertów powiedział rozzłoszczony: - Ta orkiestra dokonała cudu. Utwór, w nieśmiertelność którego głęboko wierzyłem, unicestwiła w półtorej godziny.

Bo władza władzą, ale jakiś kompromis z rządzonymi trzeba wypracować, szczególnie jeśli są nimi ludzie przyzwyczajeni do artystycznej wolności. Inaczej nawet największy dyrygent polegnie. Herbert von Karajan prowadził kiedyś koncert, w czasie którego solistka śpiewała arię stojąc tyłem do publiczności. W przerwie zdenerwowany maestro upomniał divę: - Jak ja dyryguję w takcie na 3/4, to proszę nie kręcić tyłkiem w takcie na 4/4, bo mnie to rozprasza! Podobno oburzona artystka przyłożyła się, żeby dyrygenta rozproszyć jeszcze bardziej.
Dzisiaj dyrygent i orkiestra muszą zgodnie przystąpić do walki o uwagę słuchaczy, bo w programie jest Johann Sebastian Bach. Notabene, sam miał problemy ze zdobyciem posłuchu u artystów i jako opiekun chóru uczniowskiego poniósł klęskę. Młódź swojego przewodnika traktowała ordynarnie, a nawet napadła w ciemnej uliczce zmuszając Bacha do użycia sztyletu. Na szczęście Bach częściej komponował niż rządził. III Koncert brandenburski G-dur i II Suita orkiestrowa H-moll, które dziś usłyszymy to miód dla ucha, muzyka rozrywkowa. Szczególnie koncerty brandenburskie, naładowane energią rytmu tańców, poprawiają humor nawet największym pesymistom.

Ale dla orkiestry taki program to nie rozrywka, tylko wyzwanie. Słucha się łatwo, gra trudno, więc na pewno będzie ciekawie. No i wreszcie dowiemy się, kto w Białymstoku rządzi.     

Młodzi dyrygenci

Beata Maciejewska
Materiały OiFP
21 października 2011

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...