Młodzi mają dziś trudniej

rozmowa z Laco Adamikiem

Telewizja bardzo się zmieniła i moim zdaniem na gorsze. To, czemu poświęciłem kawał zawodowego życia, zniknęło. Stąd od dłuższego czasu tworzę wyłącznie w operze, która od zawsze mnie fascynowała. To mnie całkowicie pochłania - reżyser Laco Adamik opowiada o najnowszej inscenizacji "Cyganerii" Giacoma Pucciniego w Operze Krakowskiej.

Wiem, że początki Pana kariery łączą się z "Cyganerią", którą teraz reżyseruje Pan w Operze Krakowskiej. Ale jestem ciekaw, kiedy tak naprawdę po raz pierwszy zetknął się Pan z tym gatunkiem scenicznym?

- Mój ojciec był nauczycielem muzyki i teatr operowy fascynował mnie już od dziecka. Jednak jako dziecko na wsi nie bardzo mogłem tę operę odwiedzić, więc zawsze miałem taką niespełnioną tęsknotę. Kiedy zacząłem pracować w telewizji w Polsce, właściwie od razu zacząłem próbować realizować muzyczne formy. Po pierwszej sztuce Teatru Telewizji wykorzystałem dyptych czeskich kompozytorów i zrobiłem z niego krótki spektakl. Później realizowałem mniejsze i większe formy muzyczne, aż do momentu, kiedy okazało się, że zabrakło reżysera najpierw do telewizyjnej opery Rossiniego, a następnie w Teatrze Wielkim w Łodzi, gdzie zadebiutowałem w 1977 roku "Cyganerią".

...do której Pan teraz powraca.

- W teatrze operowym przedstawień jest stosunkowo mało. To nie jest tak, że reżyser wybiera sobie tytuł. Oczywiście czasami wpływa na to, co się dzieje w teatrach, ale zazwyczaj decyduje się na te propozycje, które do niego trafiają. "Cyganerię" będę wystawiał po raz trzeci. Przyznam, że obcowanie z tym dziełem przynosi dużo przyjemności.

Co jest takiego w tej operze, że porusza serca słuchaczy niezmiennie od 120 lat? Przecież to inne czasy, inne wyzwania.

- Data powstania samej "Cyganerii", czyli przełom XIX i XX wieku, jest dla mnie istotna, bo wydaje mi się, że w tej operze zawarte jest więcej tego czasu, w którym powstała, niż tego, o którym traktuje. Przede wszystkim to bardzo dobrze napisany melodramat. O tyle jest to nietypowe dzieło, że w gatunku dramatycznym, jakim jest opera, postaciom zawsze o coś chodzi. O coś walczą, mają jakiś cel, do którego dążą, swoje prawdy i racje. A "Cyganeria" napisana jest bardzo epicko, sam podtytuł zresztą mówi, że to obrazy życia cyganerii, młodych artystów. Nie ma w niej żadnego tematu, o który postaci by się spierały. Jest tam jednak coś trafionego. Co to takiego? Niewątpliwie jest to poruszająca widza genialna muzyka Pucciniego. Pamiętajmy, że napisana trochę zachowawczo. Dzisiaj zatarł się sam kontekst historyczny. Nie porównujemy co jemu współcześni komponowali i co krytykowali. Dystans czasowy spowodował to, że interesuje nas tylko muzyka, skądinąd napisana niczym współczesna muzyka filmowa trafiająca do szerokiego widza. Nie znajdziemy w niej pojawiających się w tamtym czasie zalążków awangardy XX-wiecznej. Ta muzyka szybko i przystępnie działa na widza. Może to właśnie ta tajemnica Pucciniego, że potrafił pisać tak dobre kawałki. A przecież oprócz "Cyganerii" udało mu się skomponować jeszcze kilka wielkich dzieł.

Jaka będzie Pańska inscenizacja?

- Świadomie przeniosłem akcję z początku XIX wieku do przełomu XIX i XX wieku, kiedy obecny był problem końca pięknej epoki - belle epoąue, fin de siecle. A przecież ani wcześniej nie było żadnej pięknej epoki, ani żadna brzydka epoka nie nastała później. To słowo wytrych. Niemniej jest coś w tym, że w XIX wieku wszystko ma swoje miejsce, jest jakoś ułożone, a życie społeczne ma swój porządek i sens. W XX wieku wszystko to zostaje zniszczone, przychodzi najpierw I wojna, później II wojna, nieszczęście za nieszczęściem. I dlatego ten XIX wiek jawi nam się dziś fałszywie. Był tak samo paskudny jak późniejsze czasy. Mam wrażenie, że realizacje "Cyganerii", związane z krotochwilami młodych ludzi, którzy się bawią, również jest fałszywy. Bawią się, bo młodzi muszą to robić. Ale ta zabawa wynika z głębokiego smutku i wręcz z rozpaczy. Idzie im źle, mają nad sobą problem przyszłości i tego, że muszą się jakoś przepchać. Aby zagłuszyć tę rozpacz, są w stanie zrobić każdą głupotę. Moim zdaniem to lepsza perspektywa, niż kiedy widzę na scenie od początku czterech pajaców. W dziele inteligentnie przedstawiono podstawowy dramat człowieka i jego ból egzystencjalny. Bohaterowie mają problem, co dzisiaj zjeść, jak się zabawić, jakiego wina się napić i jaką poznać dziewczynę, ale równocześnie mają świadomość marności tego czekania. Na co, na śmierć? Mają ograniczony czas bycia na tym świecie i czuję, że to im doskwiera. Przypominają trochę młodzież z lat 50. z otoczenia Sartre'a i egzystencjalizm francuski. Myślą sobie - owszem, musimy umrzeć, jesteśmy czasowo ograniczeni, ale to nam nie przeszkadza, by się bawić, bo robimy to w buncie przeciwko temu, co nam Bóg urządził. Nie jest to oczywiście wyartykułowane wprost i ja tego też nie robię. Chciałem jednak uczynić tych ludzi prawdziwszymi. Ten egzystencjalny temat zawarty jest w wątku śmierci Mimi. Jej śmierć nie jest tylko melodramatyczna, ale poprzez filozoficzny kontekst stosunku do życia tych młodych artystów, ma symboliczny charakter. Śmierć nadaje tym wygłupom inny wymiar.

Brzmi to niezwykle współcześnie, zwłaszcza w kontekście dzisiejszej postawy młodych ludzi, którzy zdają się wszystko odrzucać.

Czy takie było Pańskie zamierzenie?

- Zależy mi na tym, by ci młodzi bohaterowie trafiali do dzisiejszego widza. To podstawowe zadanie każdego realizatora. Walka o byt i przyszłość jest tematem bardzo aktualnym. Pod tym względem ten problem dotyka dzisiejszą młodzież w o wiele większym stopniu niż moją generację. Dziś jeśli młody człowiek sam nie wywalczy sobie miejsca w życiu, to go nie ma. Dorastałem w zupełnie innych czasach. Młodzi bawią się dużo bardziej niż my, ale jednocześnie są też bardziej przerażeni. Patrząc na niektórych, jak walczą i jak ciężko im idzie, widzę omalże postaci z "Cyganerii".

Po latach pracy w telewizji i teatrze poświęcił się Pan operze. To była świadoma decyzja?

- Życie artysty rzadko prowadzone jest jednokierunkowo i rzadko się zdarza, by artysta sobie tę karierę układał. To zawsze wynik pewnych przypadków. U mnie takim przypadkiem był Teatr Telewizji, który w Polsce, dawnej Czechosłowacji i ZSRR był mocno osadzony, o wiele bardziej niż w krajach zachodnich. Dziś Teatr Telewizji umarł, nie ma go. Kochałem go tworzyć, bo łączył elementy teatru i kina, co bardzo mi pasowało. Już podczas studiów na Wydziale Filmowym i Telewizyjnym FAMU w Pradze mój profesor mówił, że widzę zbyt telewizyjnie, co miał mi za złe. Do telewizji trafiłem na początku swojej pracy i pewnie bym w niej został, gdyby nie fakt, że nie ma w niej co robić. Telewizja bardzo się zmieniła i moim zdaniem na gorsze. To, czemu poświęciłem kawał zawodowego życia, zniknęło. Stąd od dłuższego czasu tworzę wyłącznie w operze, która od zawsze mnie fascynowała. To mnie całkowicie pochłania. Najgorsze, co może spotkać reżysera, to zła opera. Nie ma jednak nic piękniejszego niż dobra opera. Ostatnio często mi się to udaje. To coś, co mnie napełnia i w czym się realizuję.

Jedną z Pańskich najwyżej ocenianych inscenizacji w Operze Krakowskiej pozostają jednak "Diabły z Loudun", pierwszy utwór operowy Krzysztofa Pendereckiego.

- Z późniejszych swoich spektakli osobiście cenię też "Wesele Figara", które uważam za bardzo udane. Co do "Diabłów'', to absolutne arcydzieło teatru, genialne dzieło Pendereckiego, najbardziej awangardowe z całej literatury operowej XX wieku. Realizowanie czegoś takiego to dla reżysera ogromne szczęście. Co ciekawe, jednym z moich pierwszych projektów muzycznych, do którego notabene nie doszło, była realizacja jednego z dzieł Pendereckiego, którą chciałem robić już 40 lat temu. Praca przy "Diabłach" z Panem Krzysztofem, który jest bardzo przyjemnym człowiekiem, była niezapomnianym przeżyciem, co nie jest takie oczywiste. Współpraca z żyjącym autorem zawsze jest dużym znakiem zapytania.

Jaka jest najdziwniejsza opera, którą Pan reżyserował?

- To zawsze kwestia przypadku, co do mnie, jako reżysera, trafia. Także tego, w czym mnie dyrektorzy teatrów widzą. Taką operą, która nie zafunkcjonowała dobrze, była "Maria Teresa" współczesnego austriackiego autora Rolanda Baumgartnera. To było dzieło, które nie wiadomo było do końca, czy jest operetką, musicalem czy operą i praca przy nim ciężko nam szła. Może to kwestia mojego artystycznego emploi, ale od jakiegoś czasu tak się zdarza, że przyjmuję realizacje, które otwierają teatry albo są związane rocznicami i świętami. Tak wyszło, że jestem tym "pewnym" reżyserem", do którego można się zwrócić wtedy, kiedy sytuacja wymaga tego, by nic nie popsuć. Stąd w mojej karierze przewijają się najczęściej dzieła stateczne, uznane i historycznie sprawdzone. No może poza "Diabłami z Loudun". Otrzymując taką sprawdzoną operę trzeba się odbić od przeszłości i poszukać czegoś nowego. Oczywiście nie za każdą cenę. Nie uznaję takiego teatru, w którym każdy pomysł jest dobry. Chcę raczej przekonać widza, że daję mu najlepszy pomysł na teraz, który potrafimy z ekipą sprzedać. W grudniu pokażę w Krakowie reżyserską wersję "Strasznego dworu". Kilka rzeczy zrobiłem w taki sposób, w jaki, przypuszczam, nikt przede mną nie zrobił. Wszyscy wiedzą, jak ma wyglądać opera narodowa, my jednak robimy ją nieco inaczej. Prezentując dzieło, staram się, by odpowiadało ono zarówno mnie, zespołowi, jak i widzom. Dobrze jest się spotkać po dwóch stronach rampy. Bez tego nie ma teatru i nad tym warto pracować.

***

GIAC0M0 PUCCINI "CYGANERIA", REŻ. LACO ADAMIK.

KIEROWNICTWO MUZYCZNE: TOMASZ TOKARCZYK, SCENOGRAFIA

I KOSTIUMY: BARBARA KĘDZIERSKA, PRZYGOTOWANIE CHÓRU:

ZYGMUNT MAGIERA.

OPERA KRAKOWSKA (UL. LUBICZ 48)

25-27 WRZEŚNIA, 2-4 PAŹDZIERNIKA

100% Cyganerii

Opowieść o barwnym życiu mtodych przedstawicieli paryskiej bohemy cieszy się powodzeniem melomanów na całym świecie od blisko 120 lat. Po siedmiu latach nieobecności, genialne dzieło Giacoma Pucciniego wraca na afisz Opery Krakowskiej za sprawą inscenizacji Laco Adamika. Inspiracją dla opery Giacoma Pucciniego stała się powieść "Sceny z życia cyganerii" ("Scenes de la vie de bohemę") Henriego Murgera, wydana po raz pierwszy w 1851 roku. Po to dzieło sięgnął również Ruggiero Leoncavallo. Mimo że to on pierwszy zainteresował się powieścią Murgera, swoją wersję "Cyganerii" ("La Bohemę") ukończył dopiero w 1897 roku, rok po premierze Pucciniego. Co więcej, nie udało mu się powtórzyć sukcesu swojego rywala. Premiera "Cyganerii" Pucciniego odbyła się 1 lutego 1896 roku w Teatro Regio w Turynie, a dyrygował nią słynny Arturo Toscanini. Akcja opery rozgrywa się w Paryżu około 1830 roku. Libretto autorstwa Luigiego llliki i Giuseppe Giacosy to cztery fragmenty ukazujące obrazy z życia francuskiej cyganerii artystycznej w epoce balzakowskiej. Wyraziste postaci zamieszkujących poddasze czwórki przyjaciół, dramatyczne dzieje miłości poety Rudolfa i hafciar-ki Mimi, obrazy barwnego życia ulicy paryskiej, zostały splecione z poruszającą serca słuchaczy muzyką. Po gigantycznym sukcesie w teatrach włoskich dzieło rozpoczęło triumfalny pochód po największych scenach świata. Pokazano je w Buenos Aires (1896), Moskwie, Lizbonie, Los Angeles (1897) oraz Paryżu (1898). W Polsce wystawiono je 1 października 1898 roku w Warszawie. Od tamtego czasu "Cyganeria" ma stałe miejsce w żelaznym kanonie operowym. Czym wytłumaczyć to niesłabnące powodzenie wśród publiczności? To przede wszystkim sprawa pięknej i chwytającej za serce muzyki, która w połączeniu z ponadczasową tematyką tworzy genialną całość. "Cyganerii" towarzyszą zawsze żywe emocje słuchaczy, którzy utożsamiają swe doświadczenia życiowe z nadziejami, uczuciami, troskami i dramatami młodych bohaterów Pucciniego. Liryzm i dramat opowieści rozgrywającej się pod dachem paryskiej mansardy i codzienne obrazy z życia grupy przyjaciół, którzy szukają swego miejsca w świecie, pozostają bliskie wrażliwości widzów każdego pokolenia. W Operze Krakowskiej dzieło zaprezentowano po raz pierwszy 4 marca 1957 roku na scenie Teatru im. J. Słowackiego. Kolejne inscenizacje realizowane były w 1982 i 2000 roku (również na deskach Teatru im. J. Słowackiego). Zatem po 15 latach od ostatniej premiery i 7 latach nieobecności w nowym gmachu przy ul. Lubicz, dzieło powraca ku uciesze krakowskiej publiczności. Premiera odbędzie się 25 września. Spektakl wyreżyserował Laco Adamik, autorką scenografii i kostiumów jest Barbara Kędzierska. W partiach solowych wystąpią: Tomasz Kuk, Andrzej Lampert (Rodolfo), Marcelina Beucher, Iwona Socha (Mimi), Mariusz Godlewski, Adam Szerszeń (Marcello), Katarzyna Oleś-Blacha, Ilona Krzywicka (Musetta), Tomasz Rudnicki, Michał Kutnik (Schaunard), Wołodymyr Pankiv, Patryk Rymanowski (Colline), Andrzej Biegun, Jacek Ozimkowski (Benoit, Alcindoro), Janusz Dębowski, Franciszek Makuch (Parpignol). Śpiewakom będą towarzyszyć Orkiestra i Chór Opery Krakowskiej pod dyrekcją Tomasza Tokarczyka. Za przygotowanie chóru odpowiada Zygmunt Magiera.

Mateusz Borkowski
Dziennik Polski
29 września 2015
Portrety
Adamik Laco

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia