Mój brat, Jurek

Rozmowa z Kazimierzem Grotowskim

Jurek zaprosił mnie na swoje przedstawienie do Teatru Trzynastu Rzędów w Opolu, po spektaklu jakieś panie do niego podchodziły, mówiły mu mistrzu i całowały go w rękę. On przyjmował to z przymrużeniem oka, a jednak pozwalał - mówi prof. Kazimierz Grotowski, brat Jerzego

Rz: O Jerzym Grotowskim jego współpracownicy i uczniowie mówią najczęściej: mistrz, charyzmatyczna postać, prorok, duchowy przewodnik. Czy coś z tego dostrzegał Pan i w swojej relacji z bratem ?

Nie, to przecież ja byłem starszym bratem. Ale zapamiętałem, że gdy Jurek zaprosił mnie na swoje przedstawienie do Teatru Trzynastu Rzędów w Opolu, po spektaklu jakieś panie do niego podchodziły, mówiły mu mistrzu i całowały go w rękę. On przyjmował to z przymrużeniem oka, a jednak pozwalał.
Ludzie rzeczywiście traktowali go nie tylko jako wybitnego reżysera, ale mistrza, a nieraz psychoanalityka. Dostawał dziesiątki listów z całego świata, których autorzy często opowiadali mu o problemach swego życia i prosili o radę.
Punktem zwrotnym w jego własnej przemianie były podróże na Bliski i Środkowy Wschód. Kiedy wrócił stamtąd w 1970 wszystkich zaskoczył metamorfozą. Legendy krążą, jak przeobraził się z krągłego urzędnika w ciemnym garniturze w ascetycznego długowłosego hippisa w sandałach-jezuskach na bosych stopach.

Pan też tego się nie spodziewał?

Ta zewnętrzna metamorfoza nastąpiła po powrocie z Iranu, gdzie zaczął stosować dość osobliwą dietę. Tylko mięso, jajka i witaminy, nic więcej. Była to dieta amerykańskich lotników z lat wojny. Jurek schudł po niej kilkadziesiąt kilo. Kiedy po powrocie, umówił się ze mną w kawiarni w Krakowie, to w pierwszej chwili go nie poznałem, bo zobaczyłem jakiegoś młodego, chudego człowieka. Anna, moja żona, wzięła go za mojego studenta.
Zaskoczonym przyjaciołom podobno mówił: Wy się dziwicie, a ja zawsze taki byłem w środku. Najważniejsze dla jego duchowej przemiany i porzucenia tradycyjnego teatru okazały się Indie. Jeździł tam wielokrotnie. A w końcu w 1976 roku zabrał naszą matkę Milę (Emilię) na wycieczkę do Indii. Pokazywał jej wtedy miejsca na południu, które podczas pierwszej samotnej wyprawy w 1968 przemierzał pieszo, przyłączywszy się do napotkanych pielgrzymów, wędrujących od świątyni do świątyni z miseczkami żebraczymi. Mila była pod wielkim wrażeniem kultury i egzotyki Indii. Prowadziła dokładne notatki, opisując Bombaj, Cejlon, Madras...
„Religia - pisała - dążenie do wyzwolenia dusz z kręgu wcieleń przez drogę miłości, hinduizm, braminizm, buddyzm – nirwana, dżinizm, są też katolicy, anglikanie, mahometanie, wszyscy zgodnie żyją.”
„Madras jest miastem świętych poetów, mistyków, jogów. Ludzie spokojni uduchowieni chodzą boso, w białych szatach mężczyźni, kobiety w sari.” Matka nie przeczuwała, że 20 lat później na górze Arunczala (Płomienia) na pd-zach. od Madrasu zostaną rozsypane prochy jej syna.

Rodzinna fascynacja Indiami była i pana udziałem. W końcu w dzieciństwie czytaliśmy wspólnie „Ścieżkami Jogów” angielskiego dziennikarza Paula Bruntona.

Jednak moja podróż na Wschód to zupełnie inna historia. W 1973 r. brałem udział w polsko-amerykańskiej wyprawie naukowej, badającej globalne zanieczyszczenia Ziemi. Przejechaliśmy jelczem 10 tys. km z Krakowa przez Turcję, Iran, Afganistan, Pakistan, Indie do Nepalu. To był ostatni rok, kiedy przez Afganistan można było spokojnie podróżować. Po drodze spotykaliśmy wędrowne plemiona na wielbłądach i osłach. Wędrowali z całym swym majątkiem. Mężczyźni uzbrojeni, a kobiety obwieszone sznurami biżuterii.
W Himalajach pracowaliśmy w okolicach ośmiotysięcznika Shisha Pangma - na wysokości około 6 tys. m - w strefie akumulacyjnej lodowców, gdzie coroczne warstwy śniegu, zawierające zanieczyszczenia osadzają się trwale i nie spływają. Znaleźliśmy tam radioaktywne pozostałości po detonowanych, głównie przez Sowietów tzw. „brudnych" bombach wodorowych.
We wspinaczce byłem zaprawiony; od młodości chodziłem po górach. Byłem instruktorem klubu wysokogórskiego i grotołazem, bo fascynowało mnie odkrywanie jaskiń.

Jerzy Grotowski jedno ze swoich parateatralnych projektów metaforycznie nazwał „Przedsięwzięcie góra”. Czy kiedykolwiek wędrowaliście po górach razem?

To nie było możliwe. Jurek zawsze był słabego zdrowia. Odkąd w wieku kilkunastu lat zapadł ciężko na nerki i lekarz brutalnie powiedział matce przy nim, że nie dożyje do lat trzydziestu, miał poczucie nieustannego zagrożenia. Całe życie uważał, że jutro umrze, więc wszystko chciał zrobić dzisiaj. To było motorem jego niesłychanie intensywnych działań.

Jak to się stało,że wasze zawodowe drogi poszły zupełnie w innych kierunkach? Pan został profesorem fizyki jądrowej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Rozmawiamy w Zakładzie Fizyki Gorącej Materii, który pan założył.

Byłoby dziwne i kłopotliwe, gdyby nasze drogi były podobne, bo nie ma nic gorszego niż współzawodnictwo dwóch braci. Od początku on interesował się humanistyką, a ja fizyką. Gdy ja dla zabawy rozwiązywałem zadania z fizyki, on pisał wiersze. Po wojnie chodziliśmy w Rzeszowie do różnych gimnazjów. Ja o kierunku matematyczno-fizycznym przy ul. Krakowskiej, gdzie miałem wspaniałego profesora fizyki Kazimierza Krzyżanowskiego, on do gimnazjum humanistycznego przy ul. Trzeciego Maja.

Ale rodzice podobno traktowali was identycznie?

Tak dalece, że dawali nam takie same prezenty na imieniny, które ja obchodziłem w marcu, a Jurek w kwietniu. Oboje okazywali nam wiele troski. Gdy tuż przed wojną mieszkaliśmy w Przemyślu przy ul. Grodzkiej naprzeciw klubu Garnizonowego, chodziliśmy razem z mamą na pobliskie wzgórze zamkowe. Zbieraliśmy liście, a ona uczyła nas nazw drzew. Z kolei ojciec urządził nam kinderbal w strojach z bajki o wilku i czerwonym kapturku. Sam nam je zrobił z kartonu i pomalował. Oboje mieli artystyczne zamiłowania. Matka grała na fortepianie. A ojciec, choć z zawodu był leśnikiem, miał malarskie ambicje i w tym czasie pobierał lekcje rysunku i potem przez kilka lat w Anglii, zanim nastąpił ekonomiczny kryzys, nieźle zarabiał jako rzeźbiarz i malarz. Wystawiał swoje obrazy i rzeźby w Akademii Królewskiej w Londynie, a także w Glasgow i Edynburgu.

Nomadyczne wędrówki Grotowskich to wpływ ojca?

Tak, już przed wojną przenosiliśmy się z miejsca na miejsce, bo ojciec często zmieniał pracę. Moje najwcześniejsze wspomnienia, jeszcze przed urodzeniem Jurka, sięgają czasów, gdy mieszkaliśmy w nadleśnictwie koło Rozwadowa, gdzie ojciec był zarządcą lasów Lubomirskiego.

Czy któreś z miejsc uważaliście za rodzinne?

Rzeszów, choć rodzina ojca pochodziła z Krakowa, a matki ze Lwowa. Jurek przecież urodził się w Rzeszowie i w gimnazjum bardzo interesował się historią miasta. Tu mieszkała siostra matki - Łucia z mężem architektem. I babcia Kazimiera Grotowska, po której mam imię.

A Jurek po kim?

Po najstarszym bracie ojca, Jerzym Grotowskim, doktorze praw po UJ, do września 1939 prokuratorze w nowym Sączu, który potem musiał się ukrywać.

Wojna zburzyła i wasze rodzinne życie...

Ojca ostatni raz widzieliśmy w 1939. Miałem wtedy 9 lat, a Jurek 6. Byliśmy na wakacjach koło Rabki. Ojciec przyjechał i powiedział, że będzie wojna i lepiej, abyśmy wracali do domu. Potem on wyruszył ze swoim biurem na Węgry, a stamtąd do Anglii. A my jako rodziny wojskowych zostaliśmy ewakuowani z Przemyśla pociągami towarowymi na wschód. Niemcy zbombardowali nasz pociąg pod Lwowem, a uciekające z niego kobiety i dzieci ostrzelali. Cudem ocaleliśmy. Kiedy Sowieci wkraczali do Polski, byliśmy znów w Przemyślu.

Jak trafiliście na wieś?

Groziło nam wywiezienie na Syberię, więc z Przemyśla, w połowie zajętego przez Sowietów, a w połowie przez Niemców, wyjechaliśmy natychmiast, gdy na krótko otwarto granicę na Sanie między okupowanymi strefami. Przekroczyliśmy ją niemal tak, jak staliśmy. Z naszego mieszkania matka zabrała tylko kilka ubrań i... budzik. Bez środków do życia zatrzymaliśmy się najpierw u rodziny w Rzeszowie. Potem matka dostała posadę nauczycielki w szkole powszechnej na wsi, w Nienadówce, 20 km pod Rzeszowem. Zamieszkaliśmy w izbie wynajętej w domu gospodarza Franciszka Ożoga. Codziennie modliliśmy się o powrót ojca, ale pierwszą wiadomość o nim dostaliśmy dopiero w 1944 roku.
Nienadówka głęboko zapadła w pamięć Jerzego. Nieraz o tym mówił. Pobyt na tej wsi określił całe nasze życie. Nasza przyszłość zdecydowała się właśnie wtedy. Chodziliśmy tam do szkoły powszechnej, ale tak naprawdę uczyliśmy się sami w domu. Wszystkiego, co było zakazane. W tych ciężkich czasach matka zdobyła dla nas mnóstwo ciekawych książek. Czytaliśmy je przy świetle karbidówki. Nie tylko dziecięcą klasykę - Curwooda czy Maya, ale także Słowackiego i Mickiewicza. Pamiętam, że „Pana Tadeusza” uczyłem się na pamięć. Ja zagłębiałem się w „Nowy świat Fizyki” Jeansa, a wspólnie z Jurkiem poznawaliśmy m.in. „Życie Pszczół” i „Wielką tajemnicę” Maeterlincka i przywołaną już książkę o Indiach. Uczyć nas angielskiego przyjeżdżała ciocia Łucia z Rzeszowa. Niemiecki szlifowałem sam. Klimat tamtego czasu oddaje pamiętnik 8-letniego Jurka z października 1941.

A skąd pochodzi okupacyjne zdjęcie Jurka i Kazia?

Zrobił je w Nienadówce pan Doszla, który też tu się schronił. Miał dwóch synów. Jeden był volksdeutschem, a drugi przedwojennym polskim oficerem i ukrywał się w naszej wsi. Z oddali słyszeliśmy odgłosy wojny - ostrzały artylerii, osłaniającej niemieckie lotniska, ukryte w otaczających lasach. W samej Nienadówce działała tajna organizacja AK, która prowadziła akcje przeciw konfidentom i niemieckiej policji. Pod koniec wojny przeżyliśmy brutalną pacyfikację, przeprowadzoną w odwecie przez Niemców.
Wkrótce Niemców zastąpili Rosjanie. Nieśli nadzieję, czy strach? Budzili również poczucie zagrożenia i mobilizowali podziemie. Echem tych nastrojów był pomysł Jurka, który mógł mieć tragiczny finał. Na przełomie 44 i 45 roku, gdy już w Rzeszowie dużo po cichu mówiło się o działaniach podziemnych organizacji, Jurek też postanowił założyć własną. Jednoosobową. Działanie rozpoczął od sprawienia sobie odpowiedniej pieczątki. W tym celu udał się do prywatnego warsztaciku. Nie wiem, co polecił na niej napisać, ale rzemieślnik pobiegł do UB, które natychmiast wezwało Milę na przesłuchanie. Przerażona, długo tłumaczyła wybryk jedenastolatka. I na tym na szczęście się skończyło.

Podobno wasze życie po wojnie mogło potoczyć się zupełnie inaczej?

Ojciec, który pracował podczas wojny w ministerstwie spraw wojskowych Rządu Londyńskiego, bał się wracać do komunistycznej Polski. Chciał nas ściągnąć do Anglii. Matka dwukrotnie w 1946 próbowała zorganizować dla nas nielegalny przerzut w Krakowie i Gdyni. Nie udało się, zostaliśmy w kraju. I tak dobrze, że nie trafiliśmy do więzienia.
Czekaliśmy teraz, że ojciec wróci do nas, tymczasem w 1948 popłynął do Argentyny, bo liczył, że tam spełni swoje marzenia o artystycznej karierze. Nie powiodło mu się i ciężko zmagał się z codziennymi przeciwnościami.
Byliśmy w kontakcie z ojcem, choć długo musieliśmy się kryć z tym, że został na zachodzie. W komunistycznych czasach listy musieliśmy szyfrować przed cenzurą, pisząc niby o innych osobach. W 1960, gdy przez półtora roku byłem w Wielkiej Brytanii na Uniwersytecie w Birmingham, wreszcie mogliśmy jawnie korespondować. Namawiałem go do powrotu. Wahał się, ale ostatecznie się nie zdecydował. Zmarł w Paragwaju w 1968 r. na atak serca.

Coś z jego artystycznego dorobku przetrwało?

Mam po nim trochę obrazów, rzeźb i fotografii. Wśród przedwojennych obrazów jest pałacyk Lubomirskich w Rzeszowie, gdzie mieszkali dziadkowie i urodził się Jurek. I mój portret. Z czasów angielskich, gdy studiował rzeźbę w Glasgow, pochodzi m.in. autoportret ojca w mundurze. Jest też parę obrazów z Argentyny i Paragwaju, które nam przysłał, gdy przeczuwał, że jego życie się kończy. Na jednym - z Argentyny, gdzie prowadził faktorię, namalował dżunglę nad rzeką Paraną i postać (symboliczny własny wizerunek?) czekającą na widoczny na horyzoncie statek. Na innym - z Paragwaju, gdzie był nauczycielem angielskiego w szkole British Council - impresjonistyczną uliczkę.

W dorosłym życiu Pana kontakty z bratem pozostały bliskie?

Jak mówiłem, nasze drogi szły różnymi torami. Zacząłem pracować jako asystent na UJ, ożeniłem się. Nawet, gdy pojechaliśmy obaj do Rosji, minęliśmy się w drodze. To było w Październiku 56, kiedy dużo ludzi miało nadzieję, że komunistyczny system się zmieni i wróci przedwojenny socjalizm. Jurek akurat wracał z Moskwy, gdzie studiował metodę Stanisławskiego, gdy ja wyjeżdżałem do Leningradu na stypendium naukowe. Ojciec w listach dawał nam do zrozumienia, że nie podobają mu się te nasze podróże do Rosji. Ale po latach, gdy obaj mieliśmy już zawodowe sukcesy, przyznał, że niesprawiedliwie to oceniał.
Z Jurkiem nigdy jednak nie straciliśmy kontaktu. Bywałem na jego spektaklach w Opolu i Wrocławiu. Największe wrażenie wywarło na mnie „Apocalypsis cum figuris”. A on wpadał do nas do Krakowa i letniego domu w Tarnawie. Spotykaliśmy się też podczas naszych wyjazdów na Zachód.

Gdzie?

Parę razy odwiedzałem go we włoskiej Pontederze, a on przyjeżdżał do nas do Louvain-la-Neuve do Belgii, gdzie pracowałem i do Karlsruhe w Niemczech. A zaraz po stanie wojennym spotkaliśmy się w Ameryce. Tak się złożyło, że akurat podjąłem współpracę z Lawrence Berkeley Laboratory w pobliżu San Francisco. A Jurek w tym czasie mieszkał w Long Beach koło Los Angeles i pracował na Uniwersytecie Kalifornijskim w Irvine. Pojechałem do niego na wspólny weekend. Stracił wówczas polski paszport i został emigrantem. Gdy odnosił największe zagraniczne sukcesy w Europie i USA, Polska była dla niego przez blisko 20 lat zamknięta. Opowiedział mi,jak to się stało. Reżimowe władze zamierzały zorganizować w kraju kongres kultury, by złamać bojkot twórców i dać światu do zrozumienia, że w Polsce życie toczy się normalnie. Zaproponowały mu w nim udział. Jurek odmówił, bo nie chciał firmować swoim nazwiskiem stanu wojennego. Wtedy nie przedłużono mu paszportu.

Kiedy po raz ostatni widział się pan z bratem?

W 1997, gdy przyjechał do Krakowa. Rozmawialiśmy o jego kandydaturze na profesora College de France. Niebawem specjalnie dla niego utworzono tam katedrę antropologii teatralnej. Tylko trzech Polaków: Mickiewicz, Grotowski i Geremek wykładali w College de France.

Rozmawialiśmy też jak zwykle o źródłach teatru, fizyce, filozofii, religii. Jerzy z zainteresowaniem słuchał, gdy mu opowiadałem o początku świata, ale nie w sensie biblijnym, lecz kosmologicznym. Zastanawialiśmy się, czy można szukać Boga w kosmologii?

Według niektórych naukowców teorię wielkiego wybuchu można pogodzić z teologicznym dziełem stworzenia.

To skomplikowane sprawy, ale wielu fizyków faktycznie szuka korzeni religii w losach Wszechświata, jak ksiądz i kosmolog Michał Heller, niedawny laureat prestiżowej nagrody Templetona. Myślę, że także w moich zainteresowaniach i Jurka, wbrew pozorom, kontrast nie był tak ogromny. Jurek szukał Boga pierwocinach teatru i religiach różnych cywilizacji. A ja - w fizyce i w kosmologii.

Z pamiętnika Jurka:
„Wieczór. Mamusia gdzieś poszła ja piszę pamiętnik zaraz Kaziowi zagram na charmonijce (c przekreślone) i będziemy maszerowali. (D.C.N.)”
Na innej stronie wiersz:
„Pobłogosław Panie Boże,
Przy nauce polskie dzieci
Łaska twoja niech Wspomoże
Dobroć twoja niech oświeci“

Monika Kuc
Rzeczpospolita
13 stycznia 2009

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia