Mój idol, samobójca

"Amy. Klub 27" - reż. Piotr Sieklucki - Teatr Ludowy w Krakowie

Wszystko, co jest nowe, szalone, inne, zbuntowane – zawsze fascynuje. Jak jesteśmy młodzi, mamy ściany pokoi oklejone plakatami z podobiznami swoich idoli. Najczęściej nie są to ludzie, mogący być wzorem do naśladowania: geniusze ale – jednocześnie alkoholicy, narkomani z niezwykłym talentem lub osoby w depresji, porywające tłumy. Jednak twórczość jest interesująca niemal tak samo jak ich życie, które najczęściej nie jest usłane różami, ale wybrukowane traumami.

„Dopiero teraz wiem jak nisko upada
kto nie wypełnił swego czasu w pokorze
Oto dlaczego tak się obawiam
że za minutę trzeba będzie wstawać i żyć"

Piotr Rogucki

Po rozświetleniu sceny przed naszymi oczami ukazuje się piękne wnętrze, przypominające królewską komnatę. Błękitne, udrapowane zasłony na horyzoncie, po prawej stronie na podwyższeniu, czerwony, duży, elegancki fotel. Przed nim na scenie stół i krzesła – przy nim rodzina: Amy Winehouse (Wiktoria Węgrzyn) wraz z Ojcem (Tomasz Schimscheiner) i Matką (Beata Schimscheiner). Już tu, na początku, obserwujemy pewien chaos, który składa się na psychikę bohaterki. Dziewczyna śpiewa, poruszając się lekko i naturalnie po scenie. Rodzice są nieruchomi. Cała pierwsza część spektaklu poświęcona jest artystce, której śmierć zaskoczyła nas stosunkowo niedawno. Widzimy niechronologicznie ułożone sceny z jej życia – rozwód rodziców, trudną relację z ojcem, pobyt w klinice odwykowej, nałóg alkoholowy, problemy z tożsamością (zarówno narodowościową jak i seksualną). Utalentowana dziewczynka, której rodzice nie potrafili poradzić sobie ze sobą, co miało bezpośredni wpływ na ich dziecko. Już od dzieciństwa życie Amy dostarczało jej tematów na piosenki – szczere, bo mówiące o autentycznych przeżyciach.

Szczególnie przejmujące są dwie sceny. Pierwsza: kiedy na tle utworu Hoziera „Take me to church" pokazana jest relacja rodziców od swego rodzaju sielanki do niemal wzajemnej przemocy i odejścia ojca. Druga: kiedy Amy dzwoni w środku nocy do ojca z kliniki, mówiąc mu, że jest lesbijką, a ten w ogóle na to nie reaguje i cały czas mówi jej, żeby zadzwoniła jutro. Ta pełna rozpaczliwego niezrozumienia rozmowa bardzo przypomina scenę między Maciejem Stuhrem jako Joe a jego Matką (Stanisława Celińska) z „Aniołów w Ameryce" w reż. Krzysztofa Warlikowskiego – mężczyzna dzwoni w środku nocy, z budki telefonicznej do matki, krzycząc jej do telefonu, że jest gejem. Ta reaguje agresją, choć nie odnoszącą się wprost do słów syna.

Duże wrażenie wywiera też scena talk-show, gdzie gościem jest Amy – to karykatura programu, w którym gość ma najmniej do powiedzenia. Zaproszona artystka musi siedzieć na kanapie, choć Prowadzący (Jacek Strama) nie da jej właściwie dojść do głosu. Musi też zaśpiewać, choćby nie miała na to ochoty lub nie pozwalała jej na to kondycja psychiczna lub fizyczna. Jest częścią wielkiej maszyny przemysłu muzycznego i jej życie nie należy już do niej. Jedyne, co może zrobić, to spróbować ucieczki – choćby w alkohol.

O ile pierwsza część spektaklu jest realistyczna i zbliżona do życia, o tyle druga ma już wymiar metafizyczny. To impresja na temat „nieba", w którym znajduje się m.in. siedziba „Klubu 27". Amy zostaje tam wprowadzona przez Owcę (która ostatecznie okazuje się Barankiem – genialna rola Iwony Sitkowskiej). Scena jest tym razem podwórkiem motelu zaśmieconym wszelkiej maści odpadami w postaci kartonów, folii itp. Wśród tego artystycznego nieładu błąkają się Jim Morrison (świetny Piotr Piecha), Janis Joplin (zjawiskowa Aneta Wirzinkiewicz), Jimi Hendrix (niesamowity Dominik Rybiałek) oraz Kurt Cobain (niezwykły Ryszard Starosta). Cała ta plejada utalentowanych degeneratów nie znalazła się tu przypadkiem. Każde z nich przeżyło w dzieciństwie coś, co ich życiowe drogi kierowało zakrętami śmierci aż do miejsca, do którego ostatecznie trafili. Wygląda to na początku tak, jakby Amy trafiła w środek grupy dobrych znajomych: wiecznie wyluzowanych, trochę szalonych, połączonych muzyczną pasją. Natomiast klimat i zachowanie tych „skrzywionych" postaci przypomina film „Pulp fiction" w reż. Quentina Tarantino. Nieracjonalne myślenie, oderwanie od rzeczywistości i skupienie na własnych obsesjach. Poza tym – Amy zabija własnego ojca pistoletem Cobaina, więc ściany pokrywają się krwią kogoś, kto w ogóle nie powinien się tu znaleźć lub kogo tu tak naprawdę nie ma. Iluzje pogłębiają się, szaleństwo jest wspólnym mianownikiem.

Spektakl od pierwszych minut przepełniony jest muzyką – mamy tu zarówno utwory grane z offu jak i wykonywane na żywo przez aktorów oraz muzyków z zespołu, mającego swoje miejsce na mrocznym balkonie w głębi sceny. Co ciekawe, muzycy mają na głowach wielkie, czarne, królicze uszy. Potęgują one nastrój grozy i tajemniczości, związany z narkotycznym i alkoholowym upojeniem, co ma duże znaczenie w drugiej części spektaklu. Tam mamy już do czynienia tylko z ludźmi, którzy ostatecznie poddali się nałogowi. Te dziwne elementy strojów mogą kojarzyć się z przerażającym człowiekiem-królikiem, występującym w filmie „Donnie Darko" w reż. Richarda Kelly'ego. Stwór wywabia z domu głównego bohatera, przez co ratuje mu życie. W spektaklu podobne stroje noszą muzycy, a przecież właśnie muzyka była ratunkiem i ucieczką dla wszystkich członków „Klubu 27".

Widowisku „Amy. Klub 27" w reż. Piotra Siekluckiego nie można odmówić rozmachu. Nie można też nie zauważyć genialnego pomysłu na scenariusz. W połączeniu z bardzo dobrym aktorstwem oraz oprawą plastyczno-muzyczną (w drugiej części możemy nieraz poczuć się jak na prawdziwym koncercie) spektakl jest naprawdę udaną produkcją. Zabiera widza w iluzoryczny świat szaleństwa i nałogu, które bierze swój początek w dzieciństwie. Przestrzega przed skutkami nieodpowiedzialności oraz pokazuje ciemną stronę „absolutnej wolności". Słabym punktem może być natomiast jego długość – ponieważ trwa prawie trzy godziny, a intensywność bodźców i przeżyć jest wysoka. Ponadto wydaje się, że końcówka jest niepotrzebnie przedłużona, a puenta dziwna i mimo wszystko zaskakująca raczej w zły sposób. Jednak to widowisko zdecydowanie godne polecenia i świadomego przeżycia. Można zupełnie zauroczyć się formą, treścią – chcieć już zostać i nie wychodzić. Później natomiast przychodzi refleksja: czy naprawdę (idąc za słowami Kurta Cobaina) „Lepiej spłonąć niż się wypalić"?

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
18 marca 2015
Portrety
Piotr Sieklucki

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia