Mój ty Boże! Co za widok!

„Czarownice z Eastwick” – reż. Jacek Mikołajczyk - Teatr Syrena w Warszawie

„Czarownice z Eastwick" to musical powstały na fali sukcesu fenomenalnego filmu o tym samym tytule na podstawie książki Johna Updike'a. O sukcesie musicalu świadczy duża liczba realizacji, poczynając od prapremiery w Londynie, kontynuując przez m.in. Melbourne, Moskwę, Sao Paulo, a kończąc na prapremierze polskiej właśnie w Teatrze Syrena.

Materiał jest znacząco inny od fabuły filmu – polecam uzbroić się w tę informację wszystkim fanom ekranizacji. Musical jest przerysowaną komedią, w której główne bohaterki – Alex, Jane i Sukie - to hipokrytki spędzające wspólny czas dokładnie na tym, czym gardzą w mieszkańcach Eastwick – obgadując innych. Choć starają się pozować na bardziej wyzwolone, gardzące konwenansami, to są takie same jak inne małomiasteczkowe kobiety – może bardziej tylko złośliwe, no i niestety, jak się okazuje, obdarzone magiczną mocą. Co robią miałkie dziewczyny z „przeciętnymi celami w życiu" z takim narzędziem w dłoniach? Życzą sobie idealnego mężczyzny, a także mszczą się na nieoficjalnej przywódczyni miasteczka, Felicii, która może i jest irytująca w swoim świętym oburzeniu na każdą obrazę moralności, której postanowiła bronić, ale prawdopodobnie zrobiła dla Eastwick więcej niż którakolwiek z głównych bohaterek, a na pewno nie jest osobą złą, czy nawet szkodliwą. Ich zachowanie przez cały spektakl nasuwało mi bardzo postać Suzie Boreton z „Holistycznej agencji detektywistycznej Dirka Gently'ego" Maxa Landisa, w tym wszystkim jednak wzbudzającej więcej pozytywnych emocji niż trzy czarownice z Eastwick razem wzięte.

Ale to uwagi do materiału, nie do twórców polskiej wersji musicalu, którzy zapewne nie mogli ingerować tak głęboko w jego treść. Można się zastanawiać nad zasadnością wyboru sztuki i nad tym, czy mentalność widowni nie zmieniła się już na tyle, że zamiast utożsamiać się z jedną z głównych bohaterek, to przestała je rozumieć. Ale zostawmy sam szkielet musicalu, przyjrzyjmy się temu, na co twórcy mieli decydujący wpływ.

W założeniu spektakl miał być komedią charakterów. Zastanawia jednak, czy twórcy zdają sobie sprawę, że kobiety w tym samym wieku mogą być skrajnie różne, a jednocześnie realistyczne? Czy Alex, aby udowodnić swój lekki stosunek do seksu, musi się cały czas prężyć, podszczypywać innych i się zmysłowo dotykać? Czy Jane musi mieć wielkie okulary i być komediowo sztywna podczas uniesień seksualnych? Czy Sukie musi być histeryczką? Gdy po scenie cały czas miotają się trzy przerysowane charaktery, wówczas tracą swoją siłę przekazu, i właśnie ta przypadłość dopadła spektakl. Całe szczęście, że bohaterki miały różny kolor włosów i strojów. Inaczej przez podobnie przejaskrawioną grę mogłyby się zlać w jedno. W tej całej komicznej oprawie zabrakło mi też ostatecznie typowo kobiecego wdzięku i czaru, którego z jakiegoś powodu twórcy unikali jak ognia. Być może uważają, że subtelne i pociągające bohaterki nie mogą być jednocześnie zabawne.

Żeby było jasne – ciężar winy leży tylko częściowo na aktorach. Gdzie był reżyser?! Przez brak opieki, a może brak pomysłu, zmarnowały się starania świetnej Barbary Melzer w roli Jane. Obdarzona fenomenalnym głosem aktorka walczyła o spektakl z pełnym profesjonalizmem i energią wartą lepszej sprawy. Warto wspomnieć, przy wszelkich niedomaganiach aktorskich, świetny wokal Olgi Szomańskiej w roli Alex. Momentami bardzo mi przeszkadzała jej wulgarność, ale być może wynikała ona z obawy, że z braku pomysłu inscenizacyjnego jej postać pozostanie niezauważona. Gdyby Magdalena Placek-Boryń (Sukie) zmniejszyła natężenie płaczliwości i popracowała nad nierównym wokalem (momenty miała fantastyczne!), jej postać bardzo by zyskała, nie tylko na jakości wykonania, ale i na sympatii widzów.

Współreżyserujący Tomasz Steciuk w roli Darryla Van Horna to aktor obdarzony cudnym głosem, wielką charyzmą i wdziękiem – zespół tych cech pozwala mu dźwignąć rolę Jacka Nicholsona śpiewająco. Przynajmniej dopóki nie dochodzi do scen aktorskich – rany, gdyby facet mówił do mnie tak protekcjonalnym tonem jak Steciuk do głównych bohaterek, to żadna charyzma, ani urok nie powstrzymałaby mnie przed spławieniem takiego człowieka. Co więcej, momentami brakowało mu bardzo potrzebnej spektaklowi energii. Jest kilka możliwych powodów takiej sytuacji. Darryl Van Horne to bardzo duża rola i aktor mógł jej zwyczajnie nie podołać. Być może zabrakło mu profesjonalizmu (za który podziwiam Barbarę Melzer) i aktorowi zwyczajnie się nie chciało. A może reżyser miał wizję nonszalanckiego Darryla Van Horna, nie zniżającego się do bycia przesadnie energicznym. Jeśli ostatni powód jest prawdziwy, to ponownie mamy rozbieżne wizje na to, jaki powinien być główny bohater spektaklu, który powinien uwodzić wszystkich zarówno na scenie, jak i na widowni.

Felicia, grana przez Beatę Olgę Kowalską, była dla mnie postacią tragiczną, której losem się najbardziej przejęłam. Do głębi przerażały mnie sceny, w których „zabawiające się" czarownice powodowały pojawianie się różnych przedmiotów w gardle Felicii. Jak to może być zabawne? W moich oczach ta aktorka jako jedyna miało pełne prawo grać w sposób przerysowany, bo bardzo pasowało to do jej postaci. Zaskakiwała tanecznym wdziękiem w wielu mikroruchach, które wykonywała (w końcu statecznej przywódczyni miasta nie wypadało ruszać się zbyt entuzjastycznie). Aktorka popisała się też wielokrotnie świetnym głosem.

Dziękuję za miłosny wątek poboczny wykonany bardzo solidnie przez Katarzynę Domalewską w roli Jennifer i Macieja Pawlaka w roli Michaela. Ci zakochani młodzi ludzie to dzieci bardzo różnych matek, stanowiące jedyne promyki w spektaklu pełnym płytkich postaci i miałkich celów. Nadziei związanej z tym wątkiem towarzyszył przepiękny wokal obu aktorów, do tego Maciej Pawlak (już raz obsadzony w musicalu w roli nieśmiałego chłopca w Teatrze Rampa) bardzo pozytywnie tanecznie zaskoczył w „Tańcu z demonem", gdzie w grupie wybił się na lidera i przyćmił samego diabła.
Fidel w kreacji Krzysztofa Brody-Żurawskiego to kolejna świetna postać zagrana z wielkim wdziękiem. Brawa dla Poli Piłat, najmłodszej aktorki musicalu, która zagrała swoją rolę naturalniej niż reszta zespołu razem wzięta.

Choreografia Jarosława Stańka była wyjątkowo bez polotu. Trzeba jednak przyznać, że ciężko pracuje się w grupie z tylko kilkoma dobrymi tancerzami - być może choreograf nie miał szczególnego pola do popisu. Wtedy jednak, jeśli twórcom zależy na jakości, rozwiązuje się to inaczej – minimalizuje się sceny grupowe, eksponuje tancerzy. Konieczność obsadzenia stałego zespołu aktorskiego nie powinna być powodem rezygnacji z jakości. Warto za to wspomnieć bardzo ładną choreografię w pralni. W spektaklu ponadto bardzo kuleje inscenizacja, czego przykładem jest już pierwsza scena, w której główne bohaterki konfrontowane są z mieszkańcami miasteczka. Czarownice stoją oparte o ścianę i jedyne co robią, to tę ścianę zmieniają. Bez pomysłu i bez polotu. Scena, w której Alex i Darryl tańczą tango za to eksponuje braki techniczne aktorów. Są na pewno rozwiązania inscenizacyjne, które pomogłyby wykonawcom w tej wyzywającej tanecznej scenie. Można znaleźć kroki proste i efektowne. Niech wpadnie na scenę trzech facetów ubranych w strój Darryla, którzy porwą Alex do tańca, a wszystkimi dyrygowałby z diabelskim śmiechem sam diabeł. Za to scena uwodzenia Jane przez Darryla była zrobiona świetnie i przekonująco przedstawiała wirtuozerię muzyczną obu aktorów. Wielkie brawa należą się Ilonie Binarsch – zaprojektowane przez nią stroje, szczególnie Fidela, to cudeńka!

Definitywnie spektakl ten pokazał zupełnie różne oczekiwania widowni. Prawie połowa uhonorowała twórców owacją na stojąco. Część wyszła, narzekając głośno ze znajomymi. Jeśli szukacie wirtuozerii, pięknej choreografii, świetnego wykonania od strony technicznej – nie idźcie na „Czarownice...". Spędzicie dwie i pół godziny, będąc zirytowanym przez to co się dzieje na scenie. Jeśli szukacie lekkiej rozrywki, nie macie ochoty na wyrafinowane żarty – być może musical przypadnie Wam do gustu. Bądź co bądź, najważniejsze jest to, co podoba się widowni, nie - pożal się Boże - krytykom. Możecie spróbować i jeśli się Wam spodoba, to usiądźcie wygodnie i cieszcie się wrażeniami, machając ręką na to co mówią inni, tak jak tego nie potrafiły małomiasteczkowe bohaterki spektaklu. Co więcej, jeśli spodoba Wam się pierwszy akt, to podpowiadam – przygotujcie (wyciszone, oczywiście) telefony na drugi akt.

Czeka na Was mała niespodzianka od samego diabła!

Anna Dawid
Dziennik Teatralny Warszawa
23 marca 2018

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...