Moja małżonka ma na imię Hamlet

"Miarka za miarkę" - reż. Mikołaj Grabowski - Teatr Ludowy

Jak powiada Szekspir w sonecie 144 i jak powtarza to Josephine Baker w swojej głośnej piosence, każdy z nas ma „dwa ukochania". I oba są szczere. Jedno jest oficjalne, uświęcone sakramentem, wypróbowane w małżeństwie, legalne, jawne i konformistyczne. Drugie sekretne, grzeszne, cudzołożne, nielegalne, skrywane i gorszące.

Moja małżonka (intelektualna) ma na imie Hamlet, a moje kochanki, które jawnie utrzymuję, obdarowując je futrami z norek, drogimi autami i rubinami od Bulgariego, to Kordelia, Desdemona, Lady Makbet i Sir John.

Ale w mieszkaniu na przedmieściu mam też utrzymankę, szwaczkę, o której wszyscy mówią, ze jest brzydka, i która zadowala się furgonetką, futerkiem z królików i biżuterią z cyrkonią. Kiedy jestem z nią, Hamlet wydaje się nierzeczowy, Kordelia trochę chłodna, Desdemona głupia jak gęś, Lady Makbet skora do awantur, a Sir John, no cóż, ma trochę za wielki brzuch.

Moją skrytą miłością jest Miarka za miarkę.
Wielki poemat, który trudno określić, wielkie dzieło teatralne, które trudno sklasyfikować: utwór zbyt tragiczny, żeby być komedią i zbyt ironiczny, żeby być tragedią, gdzie niezwykle wzruszająca poezja miesza się z surową, szorstką i „straszną" prozą – utwór, który ma w sobie odciśnięty (jak Pieta Rondanini, do której jest w swojej zwalistości i chropowatości podobny) znak olśniewającej genialności w jak najwyższej mierze transcendentalnej.

Co ujawnia zwłaszcza treść. W tym nierealnym Wiedniu, tak osobliwie przypominającym Wiedeń z Trzeciego człowieka (dlaczego zresztą osobliwie? Graham Greene jest człowiekiem zdolnym wyczuć atmosferę Miarki za miarkę), pod osłoną wyjątkowo surowej moralności mają miejsce wydarzenia szczególnie odrażające. Honor dziewczyn oraz głowy winnych i niewinnych padają jak akcje przemysłowe na giełdzie. Stręczyciele, nikczemnicy i rajfurki wykładają swoje racje w barzo szlachetnych i wzruszających słowach. Stróże moralności publicznej (oczywiście zawsze niezłomnie godni) spoglądają zachłannie na korupcję, czerpią z niej zyski i potęgują ją, „młodzieńcy dobrze sie zapowiadający" padają do stóp swoim siostrom mniszkom i błagają, żeby zechciały prostytuować się dla ratowania ich życia. W Więzieniu jedynym przykładem godności jest skazaniec czekający na egzekucję, który zresztą bynajmniej nie jest ludzką bestią, może być natomiast wzorem dla osób dobrze urodzonych. A gdzieś z dala od tego ponurego więzienia, jakim jest całe miasto, w ogrodzie na przedmieściu młody chłopiec śpiewa o świcie najpiękniejszą piosenkę, jaka tylko istnieje, piosenkę, która także mówi o wiarołomnej miłości.

Ale czytelnik wie, że to wszystko skończy się dobrze, wie, że szlachetny Książę jedynie na pozór wyjechał, bo w piątym akcie znowu się pojawi, żeby przywrócić ład zgodny z moralnością i sprawiedliwością. „Miarka za miarkę".

I stary Książę istotnie powraca. I sankcjonuje całe zło, jakie się wydarzyło, i nawet legalizuje, a nawet pochwala. Nagradza winnych, gani sprawiedliwych.
Angelo, zimny, nieugięty hipokryta. Rozwiązły potwór okryty togą prokuratora. W porównaniu z nim Taruffe wydaje się postacią z lukrowanego ciasta. Angela spotyka nagroda.
Claudio, lubieżny i miałki tchórz, który chętnie wykupiłby prawo do swego godnego pogardy życia, płacąc najpierw ciałem siostry, a potem czyjąś głową. Będzie mu to wybaczone.
Pompey. Mały stręczyciel, stary nędzznik, nie wyleczony z niechlubnych chorób, plotkarz śliski i tchórzliwy. Zostanie uniewinniony.
Lucjo, wysłużony rozpustnik, gaduła, oszczerca, pasożyt i, jak inni, podlec. Zostanie uniewinniony.
Pani Overdone, bezczelna rajfurka, intrygantka, wciąż gotowa coś ukraść i oczywiście także podła.
Bernardine, prymitywny więzień, nie pozbawiony w sojej dzikości odwagi, scharakteryzowany jedną wspaniałą formułą: „Insensible of mortality, and desperately mortal". Płaci głową.
Marianna, dziewczyna uwiedziona i porzucona, która żałuje nie tyle, że odszedł od nniej ukochany, co że „utraciła pozycję"; niemal gotowa prostytuować się. Spotyka ją nagroda.
Julia, dziewczyna, która z głupoty źle się prowadzi i zachodzi w ciążę; łatwo wpada w panikę, jest bezwolna, skłonna do zdrady. Spotyka ją nagroda.
Izabela zostaje złożona w ofierze.

Po czym zapada kurtyna. „Miarka za miarkę"
Mottem komedii mogłaby być ta „w najwyższym stopniu włoska" (zdaniem Mussoliniego) i nie dość ceniona dewiza:

„A teraz niech was Pan Bóg kocha".

Miarka za miarkę, podobnie jak wznosi się w sztuce Szekspira najwyżej i tworzy jeden z jej szczytów, bez wątpienia sięga również samego dna jego psychicznej depresji. Było mu na świecie gorzej, kiedy pisał Miarka za miarkę, niż kiedy tworzył Króla Leara, Makbeta czy Tymona. Bo jednak w tych ostatnich tragediach odnalazł już w sobie tyle sił, że mógł wpadać w gniew i ciskać obelgi. A w Miarce za miarkę jest tak dalece osłabiony, że wszystko o czym opowiada, wydaje mu się naturalne. Dotknął dna.

G. T. di Lampedusa, Szekspir

(-)
Materiał Teatru
4 czerwca 2016
Teatry
Teatr Ludowy

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia