Moja miłość do Mrożka

rozmowa z Jerzym Jarockim

Od lat sięga po sztuki Mrożka. A jego ostatnia inscenizacja "Tanga" w Teatrze Narodowym już została okrzyknięta przez recenzentów teatralnym hitem. Naszym gościem w Gazeta Café był w piątek Jerzy Jarocki

W środowisku teatralnym krążą legendy na temat trudnej współpracy między wybitnym reżyserem i wybitnym dramatopisarzem. Skąd wziął się ten konflikt, czy raczej trudna miłość? Dlaczego mimo wszystko Jerzy Jarocki wciąż wraca do sztuk Mrożka, opowiadał na spotkaniu w cyklu "Film, muzyka, teatr w Gazeta Café". Oto fragmenty rozmowy.

Remigiusz Grzela: Czy między panem a Sławomirem Mrożkiem istnieje konflikt?

Jerzy Jarocki: Rozumiem, że sugerując konflikt, wraca pan do historii wystawienia "Miłości na Krymie" Mrożka, do czego przymierzałem się w Krakowie w Starym Teatrze. Miałem przygotować prapremierę. Hasło "konflikt" chętnie bym zamienił na bardziej neutralne, na przykład "nieporozumienie".

Mrożek napisał wtedy słynne "Dziesięć punktów", czyli jak wystawiać "Miłość na Krymie".

- Widocznie układ Mrożek - Jarocki niósł w sobie już w zarodku drzazgę, czy powód do nieporozumień, bo zaowocował właśnie tymi dziesięcioma punktami. Powiem tak: nie tylko ja, ale właściwie żaden reżyser po przeczytaniu takich wytycznych przez autora nie powinien chwytać się reżyserii tak poważnego tekstu. Napisane przez Mrożka punkty były prowokacyjne, nie pozwalały dotknąć czy zmienić przestrzeni, stawiały rygory w stosunku do tekstu, do obsady, miejsca, dekoracji. Dekoracje z kolei były opisane dokładnie, centymetr po centymetrze, gdzie krzesło, gdzie fotel, gdzie ściana, jak długa itd., itd., więc tak naprawdę te punkty dla odpowiedzialnego reżysera były przeszkodą nie do przebycia, więc zrezygnowałem. Ale wróciłem do "Miłości na Krymie" wiele lat później w Teatrze Narodowym.

Czy tamte "Dziesięć punktów" były spowodowane tym, że za dużo pan po prostu w sztukach Mrożka zmienia?

- Nie jest to pewne. Oczywiście tam, gdzie uważam, że mu pomagam, tam wkraczam, zwykle za jego zgodą, nigdy bez zgody.

Ale co pan profesor pomyślał, kiedy przeczytał punkty?

- O autorze nie zmieniłem swojego dobrego zdania. Jest coś takiego, jak nieodwzajemniona miłość, i ja właśnie taką żywię do Mrożka od początku naszej współpracy, czy nawet koleżeństwa w Krakowie, bo od momentu studiów w szkole teatralnej znaleźliśmy się w jednym mieście. Przychodził do naszej szkoły przy Szpitalnej, naprzeciwko Teatru Słowackiego, przyjaźnił się z niektórymi z moich kolegów, na przykład z Leszkiem Herdegenem. Pisał dla nas wierszyki, bo ja byłem wtedy jednym z pięciu redaktorów gazetki ściennej "Młode Maski".

Nie żałuje pan profesor, że nie odrzucił wtedy wierszy na gazetkę?

- Nie odrzuciłem Mrożkowi żadnego wiersza. A był tam na przykład wierszyk o naszej szkole, "o pomniku Fredry, który stał wśród wiatru, przodem do szkoły, dupą do teatru". Moja miłość do Mrożka zaczęła się wcześnie, została jeszcze bardziej podgrzana jego twórczością "Przekrojową", prowadził tam rubrykę "Postępowiec", był przeze mnie uwielbiany. Nic dziwnego, że do pracy nad jego sztukami przystąpiłem natychmiast. "Policja", którą napisał w 58 r., została przeze mnie od razu w tymże 58 r. wystawiona, no i potem prawie regularnie wystawiałem jego pozycje, aż do dziś.

A czy ta miłość była zawsze nieodwzajemniona, czy trochę jednak Mrożek kochał - jak panu profesorowi się wydaje?

- Myślę, że to była zmienna miłość - i chciałabym, i boję się - często przychodził na moje próby, mówię o czasach dorosłych, kiedy przyjeżdżał z zagranicy, odwiedzałem go w jego mieszkaniu w Paryżu. Bywali z żoną u nas w Krakowie, w naszym mieszkaniu na Moniuszki. Ale wyczuwałem, że Mrożek ma jakiś niepokój, zadrę, która powoduje właśnie takie działania, jak owe „Dziesięć punktów”. Ale muszę powiedzieć, że nie minęło wiele miesięcy od premiery „Miłości na Krymie”, kiedy dostałem od niego list, nie wiem, czy dokładnie zacytuję z głowy jego fragment, pisał: „Jeżeli gdziekolwiek czy kiedykolwiek zechcesz zająć się »Miłością na Krymie «, to będzie dla mnie wielki zaszczyt, przyjemność i korzyść, a dla »Miłości na Krymie « szansa, że zostanie rozpoznana, czym ona jest, bo jak dotąd tego nie wiem”. Zacytowałem list od obrażonej narzeczonej, ale z nową deklaracją. Sztuka jest w repertuarze Teatru Narodowego kolejny sezon i ma szanse na dalsze życie, jeżeli Mrożek nie napisze listu dodatkowego, na przykład, że można grać, ale tylko dwa pierwsze akty.

A jak było teraz z "Tangiem"?

- Mrożek zapoznał się z tekstem mojego opracowania i mógł się z niego zorientować, jak ta sztuka będzie wyglądała na scenie. Zorientował się także w zmianach strukturalnych, może niedotyczących samej akcji, ale jej miejsca. "Tango" ma żelazną konstrukcję, gdzie wszystko jest przemyślane, krok po kroku, kwestia po kwestii. Tej struktury nie warto naruszać. Moja adaptacja dotyczyła raczej myślenia o "Tangu" nie jako spektaklu bulwarowym czy pocieszycielskim, jak to było dotąd.

Nie spodobała się Mrożkowi?

- Był niedawno w Warszawie i jednak nie skorzystał z okazji spotkania się z aktorami czy ze mną, natomiast już po jego powrocie do Francji przyszła do nas wiadomość, że nie mamy pozwolenia na robienie "Tanga" w mojej adaptacji i tylko dyrektor teatru Jan Englert mógłby zdradzić tajemnicę, jak to załatwił, że w końcu przyszła następna wiadomość - także faksem - że jednak daje pozwolenie na adaptację, którą zrobiłem, i nie skreśla ani jednego słowa w mojej adaptacji.

Boli ta miłość, panie profesorze?

- No na pewno boli, chociaż jest przeplatana tak słodkimi tekstami, jak list, który cytowałem a propos "Miłości na Krymie".

Po śmierci Zbigniewa Zapasiewicza ukazało się pana bardzo krótkie, piękne wspomnienie. Napisał pan: "To będzie jego wielka rola, kreacja większa niż to, co razem do tej pory robiliśmy w Na czworakach Różewicza, Ślubie Gombrowicza, Królu Learze, Pieszo, Mordzie w katedrze, to będzie zupełnie coś innego niż w niedawnym "Kosmosie"...". Czy trudna była decyzja, żeby zrealizować "Tango" bez Zbigniewa Zapasiewicza?

- Oczywiście decyzja nie była łatwa, ale dotyczyła też pracy włożonej w próby bezpośrednio kilku, a pośrednio kilkunastu osób. To wielki żal, że taki wielki aktor odchodzi nagle, niespodziewanie nas zostawia. Mam świadomość, że jeszcze wiele spektakli będziemy zaczynać z myślą o Nim, że był kiedyś wśród nas, próbował to Zbyszek Zapasiewicz.

Jerzy Koenig w eseju na 50-lecie pracy pana profesora napisał: "Ma swoich autorów, swoje książki, nie te, z których robi przedstawienia, ale te, które zwyczajnie czyta, takich drukowanych przodków albo przyjaciół, którzy są mu bliscy, rzadko o nich mówi". Jaki jest kanon Jerzego Jarockiego? Że Witkacy, Gombrowicz, Różewicz, Mrożek oczywiście wiemy, ale jaki jest kanon, którego nie znamy?

- To właściwie klasyka XIX- i XX-wieczna, Dostojewski, Czechow, Kafka, współczesna literatura wschodnia i zachodnia, poezja polska, Miłosz, Różewicz, który jest moim ulubionym poetą. Myślę o całym nowym myśleniu, które się narodziło z początkiem XX wieku i właściwie przeorientowało system naszej humanistyki, co jest związane z przejściem przez doświadczenia II wojny światowej, kiedy nagle zobaczyliśmy, że to, co jest cenne, co uważaliśmy co najmniej od Oświecenia, a może i wcześniej za niesłychanie wartościowe, właściwie tak łatwe jest do rozsypania, do pogardy, do odrzucenia, do pominięcia. To jest chyba ten przewrót, który nastąpił i w myśleniu filozoficznym, i w myśleniu estetycznym. Pytanie o to, gdzie się kończą korzenie naszej kultury w nas samych, a gdzie zaczyna się zwierzę, czyli natura. To jest jakaś granica, to jest temat, który mnie fascynuje.

Czy to, gdzie jest humanizm, gdzie zaczyna się zwierzę, widzi pan również jako temat swoich spektakli?

- Jednym z powodów, dla których wróciłem do "Tanga", była wypowiedź Jarosława Marka Rymkiewicza, także poety, którego cenię. Zdenerwowałem się dlatego, że on in gremio całe to towarzystwo, całą tę plejadę autorską, która jest mi tak bliska, nazwał spiskiem oszczerców. Ta wypowiedź mnie ubodła. Oczywiście to nie był jedyny powód, dla którego się "Tangiem" zająłem, ale też z powodu różnych wypowiedzi na temat nieaktualności pisarstwa Mrożka - to mnie też wyprowadziło z błogiego nastroju i rozdrażniło. Taki impuls jest pożyteczny, kiedy coś człowieka zaatakuje, zadrażni i powstające z tym decyzje zazwyczaj są decyzjami słusznymi. Mnie się wydaje, że wystarczyła - nie powiem niewielka, ale pewna kosmetyka w stosunku do tekstu "Tanga", i to "Tango" staje się jadalne.

W 1973 r. pan profesor powiedział: "Reżyser współczesny powinien każdy spektakl już zrobiony uważać za swój błąd". Czy pogląd pana profesora od tego czasu się zmienił?

- Nie, efektowne to było powiedzonko, ale co to w gruncie rzeczy oznacza? Że reżyser powinien być krytyczny w stosunku do tego, co zrobił? Że powinien się wieszać na klamce ze wstydu? Nie myślałem tak okrutnie ani tak ostatecznie, tylko myślałem, że po prostu każdy spektakl zrobiony jest już do skrytykowania.

Ale efektownie pan mówił.

- A kto ma najwięcej atutów w ręku do skrytykowania, jeśli nie ten, który sam to zrobił i wie na ten temat bardzo dużo, i w związku z tym mógłby siebie najskuteczniej pognębić? To właściwie nie jest zła myśl, że reżyserzy także powinni tajnie, pod pseudonimami, być krytykami teatralnymi i zjeżdżać swoje spektakle od góry do dołu, na pewno by to skuteczniej robili niż prawdziwi krytycy, którzy jednak coraz leniwiej się zabierają do rzeczy, rzadko który sięga po tak zwany egzemplarz reżyserski, dawniej Puzyna czy Csato przysyłali do dyrekcji teatru pismo z prośbą o egzemplarz reżyserski, dyrekcja posyłała i taki krytyk się zaznajamiał, co ten Jarocki powypisywał, co skreślił, co dodał, co pisał na marginesie. Dzięki temu mieli szerszy plan. Teraz nie ma takich zwyczajów. Mógłbym spokojnie faszerować swoje spektakle rozmaitymi tekstami i podawać, że to jest z tego albo z tamtego, nikt tego nie sprawdzi, nikt nie sięga. W miesięczniku "Teatr", czyli najbardziej fachowym wydawałoby się piśmie...

Oj, komuś się oberwie teraz...

- No właśnie... ukazała się w "Teatrze" recenzja z "Miłości na Krymie" autorki, która Mrożka obwinia o rzeczy, które to ja zawiniłem, bo to ja mu dopisałem fragmenty, które mu zarzuca...

Na koniec kilka cytatów.

Tadeusz Łomnicki powiedział kiedyś: "Kiedy oglądam spektakle Jarockiego, czuję się tak, jakbym otrzymał nieoczekiwanie stypendium i wyjechał z kraju codzienności do krainy teatru". A Gustaw Holoubek: "Owo kultywowanie myślenia polega u Jarockiego na głębokiej wierze, że wszelka energia bierze się z pękania czaszki, a nie z rozrywania serca". Wśród widzów na sali jest Maja Komorowska.

Maja Komorowska: Jurku drogi. Jeszcze raz, kolejny raz, chcę ci podziękować za to, co mogłam od ciebie wziąć. Jak myślę o swoim mistrzu w teatrze, to zawsze myślę o Jerzym Jarockim. Nigdy bym sobie nie poradziła w teatrze, po przejściu z teatru Jerzego Grotowskiego, gdybym nie spotkała ciebie.

- To nieprawda, co mówisz. Talent nie da się długo ukrywać, on by się i beze mnie przedarł, znalazłby go inny reżyser. Zresztą miałaś dwóch reżyserów, którzy się o ciebie kłócili w tym samym czasie, w filmie Zanussi, w teatrze ja. Pamiętam, jak kiedyś przyszłaś do mnie i pytałaś: "Panie Jerzy, czy powinnam zostać aktorką filmową?" A ja mówiłem: "Broń Panie Boże, pani aktorką filmową z tą swoją nadgestykulacją, teatralnym, szerokim mówieniem, to jest klęska dla pani, niech pani się trzyma teatru". Widzisz, jak fałszywie ci prorokowałem. Dziękuję ci, traktuję to jako miłe zakończenie naszego spotkania.

Remigiusz Grzela
Gazeta Wyborcza Stołeczna
8 grudnia 2009

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia