Moje wpływy są czysto teatralne

Rozmowa z Krystyną Szaraniec

Wszystko jest ważne. Jak teatr uzyskuje akceptację swojego środowiska, czyli proponuje swoim widzom ciekawe spektakle, to jest początek wszystkiego dobrego. Jeśli nie ma się dobrej koncepcji artystycznej, nie porywa się otoczenia, nie podejmuje się zaskakujących decyzji to atmosfera w teatrze będzie zaledwie ciepła. Ale jeśli się trafia celnie i zespół otrzymuje co wieczór potwierdzenie, że widz przyszedł na nich, słucha, nagradza oklaskami – to nie ma nic lepszego w teatrze.

Z Krystyną Szaraniec, wicedyrektorką Teatru im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach rozmawiają Barbara Koc i Ryszard Klimczak.

Barbara Koc: Dokładnie 1 kwietnia minęło 35 lat odkąd podjęła Pani pracę w Teatrze Śląskim. To piękny jubileusz i małżeńska koralowa rocznica, czego serdecznie gratulujemy. Czy w związku z tym, jest to dla Pani czas wspomnień i podsumowań? 35 lat temu była Pani jeszcze dyrektorem szkoły...

Krystyna Szaraniec: Tak. W maju byłam nawet dyrektorami dwóch placówek i był to jedyny moment kiedy czułam, że jestem dobrze wynagradzana. (śmiech) Jednak decyzja o zmianie stanowiska nie była łatwa. Wyszłam ze szkoły i przez miesiąc nie spałam. Rodzice do mnie dzwonili, a uczniowie przychodzili i pytali, jak ja mogłam ich porzucić. Rozum mówił mi, że dobrze zrobiłam ale emocje były tam, tam gdzie zostawiłam młodzież i radę pedagogiczną, która myślała, że będę z nią zawsze.

B.K.: Jednak doświadczenie, które zdobyła Pani w szkole jako dyrektor, a kierowanie teatrem to dwie zupełnie różne kwestie. To instytucje, które trudno ze sobą porównywać. W jaki sposób radziła Pani sobie z nowymi wyzwaniami, które tutaj na Panią czekały?

K.S.: Przyszłam do teatru w momencie, gdy miał on wiele różnych problemów. Jednym z najbardziej dotkliwych było wzajemne oskarżanie, zrzucanie winy na innych, odżegnywanie się od odpowiedzialności. Nie było tu zespołowości i to ją trzeba było od początku budować. To były także czasy, kiedy nie było niczego w sklepach, więc łatwo było zwalić wszystko na zaopatrzenie. Samemu nie dokładało się starań ale innych było bardzo łatwo oskarżyć. To był bardzo trudny czas. Dwa lata nie spałam. Wracałam z tej pracy tak zmęczona, że wchodziłam do domu nie jadłam, nie piłam, szłam pod prysznic i spłukiwałam emocje. Kładłam się, a syn mówił - porozmawiaj ze mną. Nie był przyzwyczajony do tego, że nagle stracił mamę. A ja mu mówiłam - idź do taty. I nagle zasypiałam kamiennym snem budząc się rano. To był pierwszy okres, kiedy uczyłam się teatru, a jednocześnie stawiałam odpór temu, co tu zastałam. Próbowałam budować nowy układ stosunków wewnętrznych oraz bronić dyrektora, który był tu dopiero półtora roku, a już o nim szemrano, że powinien odjeść. Bardzo szybko wymieniano tutaj dyrektorów, głównie za sprawą zespołu. Jedno wielkie skonfliktowanie wszystkich wewnątrz.

Ryszard Klimczak: Czyli Twoim zadaniem na początku prócz tego, że trzeba było wszystkich poznać, poukładać pewne rzeczy, było także poskładanie z tej materii zespołu, który mógłby ze sobą współpracować. Utworzenie relacji między działami i ludźmi. Tworzenie grupy, czyli właśnie tworzenie teatru w aspekcie organizacyjnym.

K.S.: Tak, to były działania organizacyjne ale i przekaz, budowanie nowej atmosfery pracy. Interesuje mnie i oceniam ludzi według tego jak pracują, czy wywiązują się z zadań. Ważne było budowanie innej hierarchii wartości w tym teatrze. Zabrało mi to dwa lata. Potem nastąpił okres dyrekcji profesora Jerzego Zegalskiego, z którym nie tylko kierowaliśmy teatrem ale byliśmy również przyjaciółmi. Ciągnęliśmy ten teatralny wózek jak para zgodnych koni. To był trudne czasy, czasy rozdwojenia zespołu. Jedni wciąż byli przy komitecie (PZPR – przyp. red.), inni przy Kościele, a my z Zegalskim w środku. Jednak mądrość, kultura Zegalskiego, jego erudycja, natura rzetelnego człowieka, to wszystko pozwoliło pięknie ten zespół scementować wokół wyzwań artystycznych. Ludzie powoli się przekonywali, że nie muszą szukać opieki gdzie indziej, że ład i porządek panuje ich własnej instytucji.

R.K.: A czy już wtedy sięgałaś do takich narzędzi jak na przykład wymóg dyscypliny organizacyjnej, rzetelność w podejmowaniu i realizacji decyzji. Jakie inne cechy pozwoliły Ci okiełznać cały Teatr, już nie tylko zespół?

K.S.: Warto pamiętać, że był to czas, kiedy trudno było zatrudnić osoby o technicznych kwalifikacjach. Niezwykle pomocna okazała się przy tym znajomość dyrektorów szkół. Gdy potrzebowałam np. trzech elektryków, to jeździłam tam w odpowiednim czasie, przed zakończeniem roku. Umawiałam się z dyrektorem, że kiedy pójdę zachwalać teatr jako instytucję dobrą dla rozwoju, to on będzie mnie w tym wspierał. Wtedy wszyscy absolwenci szkół technicznych szli do pracy na kopalnię – były to nieporównywalnie większe pieniądze, a ja mówiłam o atrakcjach teatralnych, o tym ile można się nauczyć. Przekonywałam jaka to przyjemność pracować z zespołem artystycznym, jak można słuchać literatury, jakie przesłania płyną ze sztuki i... wabiłam. To się udawało. Jakoś ten zespół techniczny pokleiłam. Potem był czas, kiedy udało się namówić pracowników Uniwersytetu Śląskiego żeby pracowali w naszym dziale akustycznym. Oni jednak wyemigrowali za pół roku i ja znowu stałam przed kolejnymi wędrówkami i poszukiwaniami ludzi do pracy. Pewnego razu świetny oświetleniowiec powiedział: - w przyszłym tygodniu wyjeżdżam. A prowadził wszystkie spektakle! To były naprawdę trudne momenty. I tu namówiliśmy się z kierownikiem technicznym, że skoro mężczyźni wciąż nam uciekają, to przyuczymy kobietę. Pojawiła się moja uczennica, która została w teatrze do dziś. Muszę powiedzieć, że aż dwie moje uczennice pracują w teatrze i są wyśmienitymi fachowcami. Tutaj moja szkoła też mi pomogła i moja praca nauczycielska. Pomogła również w tym, co Ty nazywasz wewnętrznym porządkiem. Jeśli dyrektor jest osobą dobrze zorganizowaną, to i otoczenie się organizuje. Ja jestem zawsze punktualna w pracy. Jeśli przychodzę później niż na dziewiątą,  a bardzo często jestem wcześniej, to oznacza, że coś załatwiam po drodze, że od razu idę do jakiegoś urzędu, że komuś składam wizytę. Staram się dobrze wykorzystać czas pracy. W ciągu tych 35 lat dobrałam zespół, który może być oceniany najwyżej. Mamy fantastycznych pracowników, niemal na wszystkich stanowiskach. Nie kierowałam zespołem artystycznym ale podlegali mi wszyscy pozostali.

R.K.: Przecież były jednak czasy kiedy miałaś, musiałaś mieć znaczący wpływ na zespół artystyczny.

K.S.: Były takie okresy, wcale nie krótkie, które bardzo mnie absorbowały również w tworzeniu repertuaru i spełnianiu zadań lidera zespołu artystycznego. Ale nie narzucałam się, to zespół uznał moje kwalifikacje do tego, żebym mogła nim kierować.

R.K.: Cechą ważną, może jedną z najważniejszych dyrektora nieartystycznego, jest umiejętność dobrego ułożenia sobie relacji z dyrektorem artystycznym. A jak wiadomo, to często ludzie wrażliwi. Jednak wydaje mi się, że chyba ze wszystkimi, a oni byli różni – o różnej osobowości, wiedzy, mentalności, kulturze – potrafiłaś sobie te stosunki ułożyć właściwie idealnie, wzorcowo. Niemal zawsze było tak jak powinien współpracować dyrektor artystyczny i ekonomiczny czy naczelny.

K.S.: Słuszne jest to, o czym mówisz. To jest ważne. W domu nigdy nie konkurowałam z mężem, zawsze jemu ustępowałam pierwszeństwa. On spełniał swoje ambicje, a ja jego możliwości bardzo doceniałam. Zawsze uważałam, że on ma pierwszeństwo – w robieniu doktoratu, awansie – i on był zawsze przede mną, a ja byłam z tego zadowolona, że mogę go wspierać. I podobnie postępowałam w teatrze. Byłam najbardziej lojalnym współpracownikiem moich dyrektorów artystycznych. Zawsze starałam się tworzyć i zapewniać optymalne warunki do realizacji ich planów artystycznych. Nigdy żadnemu nie powiedziałam: – koniec, nie ma pieniędzy na kolejną premierę! Ja tych pieniędzy rzeczywiście nie miałam, ja ich dopiero szukałam ale za każdym razem je znajdowałam. Wierzyłam w to, że znajdę i znajdowałam. Bo jak się wierzy mocno, to jakoś tak się dzieje, że się znajduje.

B.K.: Jest Pani dotychczas jedyną kobietą – dyrektorem zarządzającym Teatrem Śląskim. Czy ten fakt wpływa na metody zarządzania teatrem? Czy różni się on od męskiego? Czy w istotnie odmienny sposób determinuje relacje z ludźmi, podejście do rozmówcy, udzielanie wsparcia czy tworzenie pewnej atmosfery pracy? Czy to wyróżnia kobietę – dyrektora?

K.S.: Dyrektor artystyczny przede wszystkim musi się na kimś oprzeć. Jeśli nie ma tej podpory w swoim zastępcy, czy swoim naczelnym to uważam, że jest „biedny". Najbliższe otoczenie musi nas wspierać, a ja wspierałam każdego z dyrektorów. Nawet wtedy, gdy miałam wątpliwości czy słusznie do repertuaru wprowadza taką a nie inną sztukę. Próbowałam wtedy nawiązać dialog w tej sprawie. Zawsze jednak uważałam, że jest to prawo dyrektora artystycznego i ja nie mogę osłabiać jego wiary   w to, że robi on dobrze. Muszę przyznać – różnie nam to wychodziło. Jednak mimo wszystko, jak dyrektor powiedział, że on w to wierzy, widzi potrzebę tego w naszym repertuarze, to nigdy nie kontestowałam. A gdy przychodzono protestować ucinałam dyskusję na ten temat. Mówiłam – dyrektora będę broniła do końca. Zawsze także powtarzałam zespołowi, by nie obgadywał, nie wynosił z teatru tego, czego nie chcemy słyszeć na zewnątrz. Przecież nikt na zewnątrz nie rozwiąże naszych problemów. Po tych latach z wielką przyjemnością stwierdzam, że Teatr Śląski ma zespół, a to wielkie słowo i wielka wartość. Gdyby przyszło nam bronić teatru, to ten zespół jest w stanie go obronić. Tę wartość poczuł nowy dyrektor - Robert Talarczyk. On się tu dobrze czuje. Mówi, że z wielką radością wraca z Warszawy, bo on przychodzi i wie, że jest tu akceptowany, szanowany, że wszystko się tu dobrze toczy.

R.K.: Czy takim dyrektorem nieartystycznym jakim jesteś Ty, mógłby być mężczyzna?

K.S.: Mógłby być. To nie jest sprawa płci ale sprawa charakteru, pewnego myślenia, solidności, co nie jest w tej chwili w modzie. Ja przeszłam pewne szczeble i uczyłam się zarządzania na bardzo wrażliwej materii jaką jest szkoła, rada pedagogiczna, młodzież, rodzice. Przyszłam z wysoką świadomością i z pewnym kręgosłupem, co dyrektorowi wolno, a czego nie wolno. Bo to nie jest tak, że raz sobie pozwolę zrobić coś niewłaściwego albo postąpię nieetycznie i to nie zostanie niezauważone. Dyrektor jest osobą ocenianą codziennie. Jego najbliżsi współpracownicy sprawdzają czy mówi to w co wierzy, czy uczciwie postępuje wobec swojego otoczenia, nie składa deklaracji na wiatr, rzetelnie liczy i potrafi właściwie nagradzać i tak dalej. Cały zespół cech, który podlega ocenie. I jeśli się nie zawiedzie ludzi, to oni uznają jego autorytet, obdarzą go zaufaniem. Wierzą, że on wie jakie decyzje podejmować. Mimo, że teatr jest takim organizmem, w którym podejmuje się decyzje autorytatywne, bo tak musi być  procesie twórczym, że reżyser jako twórca czy dyrektor artystyczny jako twórca, wie czego chce i musi do tego zmierzać nie bacząc na to czy ktoś kręci nosem, to mimo wszystko zawsze szukamy tego punktu stycznego, żeby to się odbywało nie wbrew woli a za przyzwoleniem całego zespołu.

R.K.: Co świadczy, biorąc pod uwagę Twoje doświadczenia, że teatr jest dobry? Czy są to nagrody, które teatr otrzymuje, publiczność na spektaklach, może pieniądze albo atmosfera w teatrze?

K.S.: Wszystko jest ważne. Jak teatr uzyskuje akceptację swojego środowiska, czyli proponuje swoim widzom ciekawe spektakle, to jest początek wszystkiego dobrego. Jeśli nie ma się dobrej koncepcji artystycznej, nie porywa się otoczenia, nie podejmuje się zaskakujących decyzji to atmosfera w teatrze będzie zaledwie ciepła. Ale jeśli się trafia celnie i zespół otrzymuje co wieczór potwierdzenie, że widz przyszedł na nich, słucha, nagradza oklaskami – to nie ma nic lepszego w teatrze. To wszystko przekłada się na ilość widzów, pieniądze w kasie, dobre samopoczucie artystów, którzy nie są sfrustrowani, że znowu grają coś na czym jest połowa widowni albo, że znowu coś nie wyszło. W teatrze jest też pewna hierarchia. Musi być dobry zespół, musi być dobra organizacja, wystarczające pieniądze i na tym wszystkim buduje się repertuar. Mam ludzi, którzy potrafią zagrać wielkie sztuki i małe dwuosobowe, więc mogę budować fantastyczny repertuar. A nagrody – to tak jak w życiu każdego człowieka, takie bonusy od wysiłku. Są wielkim szczęściem dla wszystkich.

B.K.: Chciałabym zapytać o te finanse. Przeczytałam, że Krystyna Szaraniec „z ogromnym wdziękiem, w czarujący sposób potrafi upomnieć się o pieniądze dla teatru". Czy ten wdzięk i czar spowodował powołanie  unikatowej w skali kraju Rady Mecenasów?

K.S.: Gdybym dziś miała organizować Radę Mecenasów robiłabym to w taki sam sposób w jaki zaczynałam. Ponadto wszystkim swoim kolegom, którzy mnie o nią pytali, opowiadałam jak działałam ale niektórzy chodzili tylko moimi śladami. Tam gdzie ja już wydeptałam ścieżki, tam szli za mną. Potem firmy dzwoniły i pytały jak się odnieść do innej, przychodzącej do nich instytucji. A ja nigdy nie powiedziałam żeby tych pieniędzy kulturze nie dano. Zawsze mówiłam – dajcie.

R.K.: Czyli właściwie odkryliśmy, że Krystyna Szaraniec załatwiała pieniądze nie tylko dla Teatru Śląskiego.

K.S.: Nie tylko dla Teatru Śląskiego i nie tylko dla teatrów – dla różnych instytucji, które chodziły moimi tropami.

B.K.: A jak długo i z jakim skutkiem działają ci przyjaciele teatru w postaci Rady Mecenasów?

K.S.: Teatr, tak jak każdy człowiek, jeśli w ciągu roku nie jest w stanie poznać nowych znajomych, to jest wciąż w tym samym kręgu. Ja uważałam, że muszę poznawać nowych ludzi po to, żeby im uprzytomnić, że teatr na nich czeka i oni powinni zasiadać tu na tej widowni, że to nie jest to miejsce tylko dla młodzieży i nauczycieli.

R.K.: Czyli jest to wytworzenie poczucia wspólnoty świata biznesu ze światem artystycznym. Oni czują wspólnotę z teatrem. Przychodzą, są docenieni, znakomicie się tu czują, nie mają wrażenia, że najpierw muszą dać jakieś pieniądze...

K.S.: To nie jest tak, że stosuję jakiś nacisk. Bardzo doceniam pomoc finansową dla teatru i nie kryję tego, że ta pomoc jest dobrze wydatkowana oraz służy sztuce. Jednocześnie jednak wciągam w życie teatru, w potrzebę obcowania ze sztuką. Generalnie ludzie mają wysoką wrażliwość ale nie mają czasu żeby sobie organizować życie kulturalne, więc ja się staram moim mecenasom zapewnić kontakt z teatrem. Przed premierą obdzwaniam moich mecenasów, zachęcam do udziału itd. I trwa to 18 lat pielęgnacji. Tak jak trawa w londyńskich ogrodach królewskich – „tylko" się kosi i podlewa... ale 300 lat. Ja też wychodzę z takiego założenia.

R.K.: Przez te 35 lat udało Ci się dokonać ciekawej socjologicznej obserwacji. Zmieniały się różne uwarunkowania – ustrojowe, ekonomiczne, kulturowe. Zmieniała się w związku z tym publiczność tego teatru. Jak oceniasz tych, którzy kupują bilety, poświęcają swój czas teatrowi? Jak oni się zmienili? Jak Twoim zdaniem ewaluowała śląska publiczność? Masz tego najlepszy przegląd, bo właściwie niewielu przez tyle lat miało możliwość doświadczyć tych zjawisk.

K.S.: Był tutaj profesor, który wykształcił odbiorców kultury poprzez współpracę ze szkołami i nauczycielami. On to organizował tak znakomicie, że my przez lata konsumowaliśmy wyniki jego pracy. Całe rzesze teatromanów, to był efekt jego pracy jako pedagoga. Ja także od razu po przyjściu tutaj zajęłam się edukacją teatralną, bo przecież trzeba wychowywać następne pokolenia widzów. Zawsze walczyłam o to, żeby był repertuar dla szkół, jednak zawsze było go za mało. Jest także u nas etatowy pracownik do spraw edukacji teatralnej. Prowadzimy lekcje teatralne, studium wiedzy o teatrze, różne formy warsztatu dla młodzieży i spotkania po spektaklu z osobami z naszego zespołu. Ostatnio spotkałam się z aktorami i z młodzieżą po przedstawieniu „Piąta strona świata". Poprosiliśmy widownię, by została, a wtedy podziękowałam dyrektorowi szkoły, pedagogom i młodzieży za to, że przyszli. To było krótkie, 20 minutowe spotkanie. Powiedziałam im, że chcieliśmy się z nimi spotkać, by wytłumaczyć, co to znaczy poczucie związku z miejscem urodzenia, względnie z miejscem zamieszkania, które akceptujemy i w którym się ukorzeniamy. Jak powiedział Darek Chojnacki: „Jo jest stąd, mnie tu wszystko odpowiada. Nigdy się stąd nie wyniosę, to jest moja ziemia, moje miejsce, moi wszyscy przodkowie". I tak po kolei każdy z nas coś powiedział o sobie. Potem wyszłam  do młodzieży na foyer  i muszę przyznać, że byliśmy oblegani. Każdy chciał coś jeszcze podrążyć.

R.K.: Jednym z najlepszych tekstów o Śląsku i po Śląsku jakie ja miałem okazję słyszeć w teatrze, był tekst do spektaklu „Synek". Jest tam w pewnym fragmencie powiedziane, co to znaczy być Ślązakiem: „Być ślązakiem to stan ducha". Stąd tak ważne jest wytwarzanie tej atmosfery i spotkanie po takim śląskim spektaklu z publicznością, z młodymi ludźmi. To powoduje, że oni się integrują nie tylko z regionem, oni się integruje również z teatrem, z jego aktorami.

K.S.: Oni się integrują i chcą być dumni z tego teatru.

R.K.: I jest szansa, że przyjdą kolejny raz do teatru.

B.K.: W rankingu Dziennika Zachodniego została ostatnio Pani wpisana w poczet 100 najbardziej wpływowych kobiet województwa śląskiego. W związku z tym chciałabym zapytać, czy Pani sama postrzega się jako kobietę sukcesu?

K.S.: Może powiem, że nie wpływowych, bo moje wpływy są czysto teatralne. Natomiast ja bardzo wielu ludzi znam i podtrzymuje znajomości dzięki teatrowi. Ja po prostu kocham ludzi, a ludzie to prawdopodobnie czują, bo przychodzą do teatru. Przychodzą również po to żebyśmy się spotkali, porozmawiali.

B.K.: Przyglądając się swojej 35-letniej karierze, który spektakl czy wydarzenie teatralne może Pani uznać za najbliższe sercu?

K.S.: Dwa spektakle, które się urodziły w teatrze, a które w jakiś sposób wykreowałam. Pierwszym jest „Polterabend" Stanisława Mutza. Trafił on do mnie z tekstem w języku polskim ale ja poczułam jego „muzykę" i zapytałam, czy nie można by go przerobić na Śląski. Nieraz to wspominamy ze Stanisławem Mutzem. A kiedy Tadeusz Bradecki został dyrektorem artystycznym, zapytałam go, co zamierza wyreżyserować na początek swojej pracy w naszym teatrze. Powiedział mi – Szekspira, więc ja mu przedłożyłam ten tekst tłumacząc, że my tutaj czekamy na jakąś śląską sztukę, że jest taka potrzeba. I zrobił to, a zrobił to, Bogu dzięki, wyśmienicie. Drugą taką sztuką, którą wbrew wszystkim spowodowałam, jest „Piąta strona świata". Nie chciał jej sam autor uważając, że skoro książka odniosła sukces to jemu już wystarczy, że sztuka teatralna niekoniecznie musi się udać. Opierał się dwa lata, dwa lata przekonywałam go i w końcu uległ.

R.K.: A z wydarzeń?

K.S.: Uważam, że takim ważnym wydarzeniem dla mnie ze względu na gościa i na moje przeżycia z tym związane, było otwarcie Malarni po remoncie. Brał w nim udział Sławomir Mrożek, którym jestem zauroczona, a któremu Uniwersytet Śląski przyznał godności Doktora Honoris Causa. To wydarzenie, które udało mi się wykreować, było i jest do tej pory, ważnym dla mnie przeżyciem. Potęguje to fakt, że potem otrzymałam imienne zaproszenie na udział w pogrzebie Mrożka. Sztukę Sławomira Mrożka pod tytułem „Kontrakt" mieliśmy na otwarcie Sceny w Malarnii.

R.K.: Powiedziałaś kiedyś, że nie ma lepszego miejsca do pracy jak teatr. Co jest takiego w teatrze, że poświęca mu się cały swój czas, energię, swoją kreację, inwencję i serce jak w Twoim przypadku?

BK: I nie szuka się innego. To jest miłość odwzajemniona?

R.K.: Mimo, że nie od pierwszego wejrzenia.

K.S.: Nie od pierwszego wejrzenia.

R.K.: Ale co jest w nim, musisz się jednak wytłumaczyć.

K.S.: To jest tak. Teatr wymaga kreatywności. Jeśli się chce być urzędnikiem albo mieć powtarzalną pracę, żyć spokojnie bez wielkich wyzwań, to nie w teatrze. Tu jest miejsce dla tych, którzy mają siły, ambicje, przekonanie i kochają nowe wyzwania. I chcą wciąż zdobywać Himalaje.

Dziękujemy.

 

Barbara Koc , Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
5 kwietnia 2014

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia