Morderca na zamówienie

"Roberto Zucco" - reż. Krzysztof Warlikowski - Teatr Polski w Poznaniu

Czy mamy do czynienia wyłącznie z psychopatą, z przypadkiem patologicznym? Czy oglądamy przy tym bardzo interesujące teatralnie widowisko, ale o niczym, czy też rację mają ci, którzy w autorze "Roberta Zucco" widzą drugiego Geneta? Czy Jacques Chirac miał powody odgrażać się przed kilkoma laty, że zdejmie sztukę z afisza? Zresztą nie musiał spełniać tej groźby, bo ponoć pod naciskiem opinii publicznej żaden teatr we Francji nie wystawił tej sztuki o młodym mordercy. Uczynił to dopiero słynny niemiecki reżyser Peter Stein przed 4 laty. Nie dożył już tego autor, który zmarł na AIDS.

Bernard-Marie Koltes pisząc "Roberta Zucco" inspirował się autentycznym przypadkiem młodocianego przestępcy, który zamordował ojca, matkę i jeszcze parę osób. Właściwie bez powodu. Ostatnio - jak doniosła prasa - pewien francuski licealista z niewiadomych przyczyn zastrzelił matkę, ojczyma i kilkoro przechodniów. A nie tak dawno w Polsce chłopak z dobrej rodziny, spokojny i ułożony licealista, w sadystyczny sposób zamordował matkę swego kolegi.

Dlaczego tak się dzieje - zdają się pytać poznańscy realizatorzy, biorąc na warsztat sztukę Koltesa. Co sprawia, że człowiek zadaje śmierć innym, tak ni stąd ni zowąd? Odpowiedzi jednak na te pytania nie udziela ani autor, ani przedstawienie. Przynajmniej nie udzielają ich wprost. Teatr Nowy chce za to sprowokować tym "wynajętym" mordercą szerszą dyskusję.

Przyjrzyjmy się bliżej temu spektaklowi. Po bokach sceny świecą dwa ekrany telewizyjne, niczym nasza para oczu na świat, niczym oczy współczesnego bóstwa elektronicznego. Nad sceną zawieszony jest metalowy pomost, który raz jest kładką uliczną, a innym razem - więzienną wartownią. W tle - niskie ściany, które zręcznie wyobrażają więzienny mur, ściany domów, nocnych barów, metra, pokoju. Przestrzeń sceniczna (scenografia autorstwa Małgorzaty Szczęśniak) wraz z zabudową jest sterylnie czysta i przejrzysta, efektowna plastycznie, zimna, oszczędna i funkcjonalna jak współczesna architektura. Dzięki zmianom oświetlenia, rekwizytom i ruchomym elementom dekoracji błyskawicznie zmieniają się miejsca akcji. Raz jest to więzienie z pomostem strażniczym, a innym razem plac z kładką dla pieszych. Raz są to zaułki dzielnicy rozkoszy, a raz podły bar, peron metra albo ogołocone niemal ze sprzętów mieszkanie.

W przyćmionym świetle, w różnych odcieniach szarości i czerni jedynym jaskrawym i barwnym akcentem jest czerwony neon. Z oddali dochodzi raz po raz przytłumiony, nastrojowy dźwięk trąbki, nostalgiczny i "lepki", w sam raz, żeby przykleić się do drugiej osoby albo do baru i zapomnieć o życiu. Jazz, półmrok, nocne lokale, zakazane miejsca, policyjny areszt w podziemiu... Jednym słowem skrzyżowanie Hłaski z Brechtem. Naturalizm wegetującej codzienności z parabolą nędzy i występku w ekspresjonistycznej aurze.

Przedstawienie w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego rozgrywa się na różnych poziomach, ciągle zmieniając plany gry - miejsca akcji. Chociaż jest w nim kilka dłużyzn, to przecież z niestrawnego w lekturze tekstu wykroił reżyser przedstawienie o nieprzeciętnej urodzie teatralnej. Sztuczny język postaci nagle stał się zaskakująco naturalny, kiedy zmienia się w pijacki bełkot, song ulicznej dziwki, we wściekły lament podczas szorowania podłogi, kiedy strażnik z pomostu oddaje mocz, transwestyta udaje szansonistkę, a dwie siostry łączy dość dwuznaczna sytuacja. Duża w tym zasługa także aktorów m.in. Redbada Klijnstra (Zucco), Agnieszki Różańskiej (dziewczynki), Mirosława Konarowskiego (jej brata), Mariusza Sabiniewicza (alfonsa), Zbigniewa Grochala (tranwestyty) czy Mariusza Puchalskiego i Jerzego Stasiuka (policjanci).

W podtekście tej sztuki mowa jest o braku życiowych perspektyw, o braku więzi i miłości, o uczuciowej oziębłości. Roberto Zucco i kilka innych postaci łaknie choćby szczerego kontaktu z drugim człowiekiem. Tak dojmująco bowiem odczuwają samotność. W ich świecie nie ma miłości, więzi rodzinnej, przyjaźni. Nie ma nawet bliskości fizycznej. Jest tylko agresja i poczucie beznadziei. Ale tak czy owak spektakl nie robi wrażenia swoją ukrytą diagnozą, trafną, ale przecież banalną. Przede wszystkim więc przykuwa uwagę swoją oryginalną teatralnością. Czy to mało?

Błażej Kusztelski
Gazeta Poznańska
25 września 1995

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia