Morderczyni sztuki nie pyta o doskonałość

"Siła przyzwyczajenia" - reż. Joanna Zdrada - Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach

Magia trwa, dopóki ostatni artysta nie zejdzie z areny. Gasną światła, a cyrkowcy w zupełnej ciemności wciąż widzą ulotność swojej sztuki. I muszą zaczynać od początku. Za każdym razem od nowa szukać chwilowej doskonałości. Tu nie ma jednej metody. Za to pojawia się rutyna. Powoli, bez rozgłosu i fajerwerków obdziera sztukę z artyzmu. Aż w końcu zostaje już tylko nawyk…

Dramat „Siła przyzwyczajenia” Thomasa Bernharda nie należy do tych często wystawianych w Teatrze. Jego dwie polskie premiery miały miejsce całkiem niedawno, bo w 2012 roku. Jedna z nich – na Scenie Kameralnej Teatru Śląskiego w Katowicach.

Spektakl w reżyserii Joanny Zdrady jest swego rodzaju fenomenem. Trwa prawie 3 godziny, a na scenie pozornie nic się nie dzieje, mając na myśli tradycyjnie pojętą akcję. Zamiast ciągłej historii - operacja na emocjach. Jej przebieg można streścić w paru zdaniach: przedmiotem refleksji są skomplikowane relacje łączące bohaterów z aroganckim i zgorzkniałym dyrektorem cyrku, który zaślepiony chorym pragnieniem perfekcyjnego wykonania słynnego kwintetu Schuberta, zamienia cyrkowców – artystów w muzyków – amatorów. Istnieje niebezpieczeństwo, że regularne ćwiczenia pod okiem tyrana szybko przeobrażą się w przyzwyczajenie. A ono jak wiadomo ze sztuką niewiele ma wspólnego. Wniosek nasuwa się sam: Nic nie pomaga, kiedy ideał to abstrakcja. Wtedy dążenie do niego powinno stać się celem samym w sobie. Ale czy tak się dzieje? 

Jednym z największych atutów inscenizacji jest oprawa plastyczna. Doskonała charakteryzacja oraz dobrze dobrane kostiumy autorstwa Zofii Mazurczak współgrają z ciekawie zaaranżowaną przestrzenią. Piasek na podłodze i kolorowe lampki sprawiają, że scena na czas spektaklu zmienia się w cyrkową arenę. Potencjał scenografii ogromny, tylko chyba nie do końca wykorzystany, bo grobowy nastrój spektaklu całkowicie burzy iluzję cyrku. Jawna imitacja świata rzeczywistego to trochę za mało, żeby dotknąć uniwersum. Potrzeba innych środków, aby udowodnić, że życie zaczyna przypominać cyrk, kiedy człowiek próbuje zadowolić wszystkich, po drodze gubiąc siebie.

Bohaterowie to też raczej modele określonych postaw niż postacie z krwi i kości. Aktorzy grają zgodnie z tym założeniem. W rezultacie mamy całą galerię jednowymiarowych osobistości: Caribaldi (Jerzy Głybin) to arogancki despota, Pogromca (Wiesław Kupczak) myśli tylko o zapewnieniu sobie odpowiedniej ilości jedzenia i picia, Żongler (Artur Święs) ma cechy wyrachowanego gracza, a Akrobatkę (Agnieszka Radzikowska) określa niezdolność do buntu. Na obraz tych fantasmagorycznych charakterów nakłada się wystudiowany do granic możliwości sposób gry aktorskiej, całkowicie przysłaniając prawdziwe emocje (Sztuczność osiąga apogeum w scenie z podtekstem seksualnym). W całej tej maskaradzie tylko uroczo naiwny Błazen w interpretacji Barbary Lubos wydaje się być bardziej ludzki i właśnie dlatego wzbudza sympatię. Bez wątpienia jest to najlepsza kreacja w spektaklu.

Bez odpowiedzi pozostaje pytanie: Jakie były założenia twórców, kiedy pojawił się pomysł, aby dzieło Bernharda przenieść na deski Teatru Śląskiego? Może: Do teatru chodzą sami melomani. Nie wydaje mi się, żeby tak było. Albo: kwintet „Pstrąg” ma status muzyki popularnej. Znowu błąd. Skoro założenia są błędne, to i efekt końcowy odbiega od zamierzonego. Tak naprawdę mało kto na hasło „Schubert” bez zająknięcia potrafi zanucić charakterystyczny fragment jakiegokolwiek utworu, nie mówiąc już akurat o tym konkretnym kwintecie. A w spektaklu nie wybrzmiewa ani jedna jego nuta…Może dlatego, że jest jakiś dysonans między radosnym charakterem kompozycji, a ogólnym przesłaniem literackiego pierwowzoru. Jak więc zrobić dobry spektakl o muzyce, bez…muzyki? Wydaje się, że to zadanie karkołomne. Jeśli jednak przyjąć, że harmonijnie następujące po sobie dźwięki są synonimem doskonałości to takie rozwiązanie jest jak najbardziej uzasadnione, bo ideału nie udało się osiągnąć bohaterom sztuki ani twórcom spektaklu, niestety też nie.

Przewiduje, że „Siła przyzwyczajenia” zbyt długo w repertuarze Teatru Śląskiego nie zagości. Chociaż z drugiej strony nigdy nic nie wiadomo, bo podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić. A rutyna o doskonałość nie pyta.

Magdalena Tarnowska
Dziennik Teatralny Katowice
27 grudnia 2012

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia