Morska świadomość Norwegów

"Pani z morza" - reż. Piotr Chołodziński - Teatr Polski we Wrocławiu

Pierwszą premierą wrocławskiego Teatru Polskiego w tym sezonie jest "Pani z morza", jedna z najmniej znanych i najrzadziej wystawianych sztuk Henryka Ibsena. Inscenizacja ujmuje zaskakującą elegancją i minimalizmem, delikatną formą sceniczną. Szkoda jednak, że reżyser momentami nie zdołał oprzeć się kiczowi

Spektakl powstał w ramach festiwalu „Strefa: Norwegia” i współpracujących ze sobą dwóch teatrów - Teatru Polskiego we Wrocławiu i Grusomhetens Teater (Teatru Okrucieństwa) w Oslo. Wystawienia dramatu Ibsena  podjął się reżyser norweski polskiego pochodzenia, doktor sztuk teatralnych Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie, Piotr Chołodziński. „Pani z morza” Henryka Ibsena miała być swoistym zwieńczeniem cyklu spotkań poświęconych dramaturgii teatru norweskiego w ramach “Czynnych poniedziałków” oraz Wszechnicy Teatralnej.

„Pani z morza” zaliczana jest do późnej twórczości Henryka Ibsena. Niemalże niemożliwością jest pomylić dzieła teatru norweskiego, a w szczególności Wielkiego Norwega z czymkolwiek innym i przypisać im odmienne pochodzenie. Charakterystyczna surowość w zmaganiu się z problemem, elementy symbolizmu (tu bardzo rozbudowana symbolika morza) i głęboko nakreślone portrety psychologiczne postaci wydają się być znakami rozpoznawalnymi Ibsena. Nawet czytając dramaty, przekładając kartkę po kartce, trudno oprzeć się specyficznemu nastrojowi dominującemu w całej twórczości autora „Nory”. Potwierdzeniem jakości wnikliwości psychologicznej tego dramaturga są eseje Zygmunta Freuda, w których  przywołuje  m.in. postać Rebeki West z Rosmersholm. Ibsen niezaprzeczalnie istnieje w kulturze także jako mistrz w budowaniu dialogu, w którym często powaga i wzniosłość ocierają się o patos, lecz nigdy nie przekraczają tej cienkiej granicy. I to właśnie dziełu o takich cechach niemalże w całości wierny był reżyser Piotr Chołodziński. Stworzył przedstawienie sensualnie interesujące, o pozornie lekkiej atmosferze.

Akcja wydaje się być dość banalna. Wydarzenia rozgrywają się w małym nadmorskim miasteczku, które zamieszkuje rodzina Wangelów. Młoda dziewczyna Ellida (Marta Zięba) zostaje żoną starego wdowca (Dariusz Maj). Musi stawić czoła dwóm dorosłym córkom swojego męża, które jej istnienie co rusz konfrontują z pamięcią zmarłej matki. Wrogo nastawione pasierbice,  niezrozumienie i osamotnienie moralne zmuszają kobietę do ucieczki. Zatraca się w świecie marzeń i fantazji. Sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana. Pragmatyczny mąż nie potrafi zrozumieć fanaberii żony. Jako lekarz skłania się do tłumaczenia jej stanu psychicznego chorobą. Ellida gorzknieje i powoli zamienia się w „Panią z morza”, symboliczną postać, która umiera na brzegu, nie mogąc znaleźć drogi powrotnej w morskie głębiny. Zamiast do wody, wpada w sieć samotności i bardzo szybko zaczyna oddalać się od życia. Ze znojów biernego, nudnego istnienia ratuje ją mgliste wspomnienie starej miłości. Wcześniej uznana za straconą, teraz po latach wyczekiwania robi złudzenie jakby odnalezionej. Na tej płaszczyźnie rozegra się cała oś dramatu. Aktorzy zgodnie z nakazem reżysera poruszają się sztywno i manierycznie, tak, aby na wierzch wyciągnąć nudę tych wszystkich letnich popołudni; trochę tak, żeby tą nudą przynudzić bezbronnego widza.

Obok głównego wątku oglądamy konflikty i samotność dwóch sióstr. Do ciekawszych rozwiązań teatralnych  należy scena obwiązywania taśmą przez malarza (Jakub Giel)  jednej z nich, niczym posągu. Bardzo interesującym fragmentem jest także ukazanie rezygnacji Ellidy z sentymentalnej miłości. Zmienia on motorykę dramatu i stanowi bardzo dynamiczny przerywnik w jego monotonii. Estetyka przedstawienia Chołodzińskiego także została dogłębnie przemyślana. Oryginalną, odpowiednio minimalistyczną scenografię i wyraziste kostiumy przygotował BÅRD THORBJØRNSEN. Obrazu dopełnia muzyka zmontowana przez Tomasza Zaborskiego. Niestety jakość i jedność spektaklu znacząco zakłócają dwie sceny. W jednej reżyser zastosował teatralny hit ostatnich lat – taniec do muzyki dyskotekowej, echo świata popkultury, które nie bardzo potrafi odbić się w morskiej toni. Na drugą składa się dość tandetna scena miłosna w wodzie. „Pani z morza” może wydawać się widzom, z wyjątkiem wielbicieli psychologicznie zawikłanych dramatów, przesadnie utrzymana w jednej tonacji  i mało wyrazista.

Joanna Bolechowska
Teatr dla Was
31 grudnia 2010

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia

700. Krakowski Salon P...
Anna Dymna
W najbliższą niedzielę 23 stycznia, j...