Mówią kobiety

"Kali Babki" - reż. Michał Siegoczyński - Bałtycki Teatr Dramatyczny im. J. Słowackiego w Koszalinie

To spektakl na wariackich papierach. Absolutny spontan. Jak całe życie jego bohatera. A ono nie jest teatralną fikcją.

W sobotę na deskach Bałtyckiego Teatru Dramatycznego w Koszalinie odbyła się prapremiera spektaklu "Kali Babki" w reżyserii Michała Siegoczyńskiego. Twórca uznał, że historia inspirowana postacią słynnego uwodziciela czasów PRL-u to świetny materiał dramatyczny. "Przypomina klasyczną postać Don Juana. Ciągła pogoń za szczęściem, zatracając w tym wszelkie granice, to bardzo uniwersalny temat, poruszany w literaturze od dawna. To też opowieść o kobietach, które skrzywdził, a upatrywały w nim księcia z bajki..." - napisał.

Głos oddal jednak nie tylko Januszowi Witoldowi (tak nazwał w sztuce uwodziciela), ale też - a może przede wszystkim - jego ofiarom. Kobietom, które za swoją naiwność, łatwowierność, były piętnowane przez społeczeństwo. Wydaje się absurdalne? To wcale nie był znak czasu. To widać i dziś, kiedy o ofierze gwałtu można usłyszeć karygodne: "ale jak ona była wyzywająco ubrana! przecież sama prowokowała".

Nie. Widzowie nie zobaczą, jak artyści się z tym rozprawiają. Nie rozliczają też Janusza Witolda. - Jego rozliczyło więzienie - usłyszałam od reżysera jeszcze przed prapremierą. Jest za to historia, która 30 lat temu, choć w gruncie rzeczy zła, nadawała wypieków szarej PRL-owskiej rzeczywistości. Choć podszyta ogromną krzywdą, dodawała kolorów i emocji. Skrycie, bo nie wypadało tego powiedzieć, wielu marzyło, by być takim uwodzicielem, a wiele - by dać się uwieść.

Nie odczuwamy więc ciężaru zła, które wyrządza sceniczny bohater. Sceny, często w konwencji kabaretowej, przeplatane muzyką i tańcem, otulają historię mgiełką ekscytacji z czasów słusznie minionych. Z czasów, kiedy playboy w ciuchach z Peweksu wyruszył na podbój. Fabuła opisuje dość dokładnie etapy jego kariery. Od pierwszej kobiety - kelnerki, sióstr z Niemiec, które zostawił bez grosza, prostytutek ze Szczecina, które nauczyły go języków obcych, pracownicy zakładu jubilerskiego, która nauczyła go swego fachu, po dziesiątki nastolatek, którym zabrał kożuchy, zegarki, biżuterię. Był marynarzem, sportowcem, złotnikiem, Zenkiem, Jankiem - tym, kogo one chciały w mężczyźnie widzieć. I za co brał słoną zapłatę. Spektakl kończy się w momencie, kiedy mężczyzna zostaje zatrzymany. Wreszcie skutecznie, bo wcześniej już spektakularnie wymykał się wymiarowi sprawiedliwości. Tak kariera uwodziciela się kończy.

To, co uwodzi w "Kali Babkach" to gra aktorska. Cztery kobiety mówią za setki innych. Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska i Katarzyna Lenarcik-Stenzel pokazują, jak ważnym elementem mowy ciała jest twarz. Do perfekcji dopracowały stworzenie z niej ekranu, wyświetlającego emocje. Beata Niedziela potrafi tak budować postać Janusza Witolda, że jednocześnie czujemy do niego sympatię i dystans, bawi nas i brzydzi. Całość doprawia pieprz w osobie Małgorzaty Wiercioch. I tak potrawa inspirowana życiem w iluzji, podana na prawdziwej scenie, smakuje.

Joanna Krężelewska
Głos Koszaliński
15 października 2014

Książka tygodnia

Kwiatkowska. Żarty się skończyły
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marcin Wilk

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...