Mozart mnie nudzi

rozmowa z Alicją Węgorzewską

Ma w repertuarze kilkanaście partii operowych, m.in. słynną Carmen. Uczestniczyła w międzynarodowych festiwalach i galach operowych. Nagrała ścieżkę Dźwiękową do filmu "Wiedźmin", za którą otrzymała Złotą Płytę. - Maria Callas nie przejmowała się, kiedy jej mówiono, że miesza rejestry, że śpiewa niepoprawnie. No i jakie to ma znaczenie? Do dzisiaj nie ma takiej śpiewaczki, która by porywała tłumy, która by budziła takie emocje. Dzisiaj słucham jej płyt i płaczę, ten śpiew rozrywa mnie od środka, łechce mi duszę - mówi Alicja Węgorzewska w rozmowie z Grzegorzem Rowickim.

W monodramie "Diwa do wynajęcia" w Teatrze Polonia w Warszawie burzysz stereotyp wyniosłej i zarozumiałej diwy operowej. Czy takie było pierwotne przesłanie tej sztuki?

To wprowadzenie do świata opery. Ci, którzy na co dzień unikają opery, przekonają się, że można ją polubić. Próbuję odbrązowić operę, zdjąć z niej warstwę patyny. Wyjaśniam w sposób żartobliwy, o czym się śpiewa w operze, dlaczego śpiewaczki przebierają się za mężczyzn, mezzosoprany zazdroszczą sopranom i odwrotnie. Nie wyśmiewam się z mojego zawodu, tylko sobie z niego żartuję, mam do niego dystans. Prezentuję swoje najlepsze role operowe, opowiadam o sobie i gram. Uwielbiam recital, podczas którego mogę ze sceny kontrolować reakcje publiczności. Często mówią mi, np. w telewizji, gdzie byłam niedawno jurorką w programie rozrywkowym "Bitwa na głosy": "Myśmy myśleli, że pani jest taka poważna". W powszechnym wyobrażeniu śpiewaczka operowa jest wyniosła i zarozumiała. Monodram, który przygotowałam, został napisany dla mnie przez Jerzego Snakowskiego. Spektakl ma fantastyczną, kolorową scenografię Rafała Olbińskiego, nad choreografią pracował Emil Wesołowski. To artyści, którzy na co dzień mają dużą styczność ze światem opery. Olbiński robił scenografię w San Francisco Opera, Wesołowski niedawno wrócił z Walencji, gdzie pracował nad choreografią do "Oniegina" z Trelińskim. To wybitni artyści, ale, jak widać, też mają dystans do swojego zawodu i poczucie humoru.

Tytuł spektaklu ma wydźwięk lekko obrazoburczy, ale może być też źródłem komedii omyłek.

No tak. Byli tacy. którzy słowa "diva for rent" potraktowali dosłownie i dzwonili do mnie z propozycją występów. W sumie czemu nie? Nie ma co ukrywać, każdy artysta to człowiek do wynajęcia.

Czy Dwurnik nadal jest artystą, kiedy robi rzeczy na zamówienie? Kiedyś tworzyło się tylko na zamówienie. Każdy kompozytor chciał się zatrudnić na jakimś dworze i komponować muzykę dla księcia czy króla na różne okazje. Dzisiaj zrobienie\' czegoś na zamówienie oznacza chałturę. Jeśli jakaś firma poprosi mnie o zaśpiewanie dla pracowników na pokazie zamkniętym, to czy ta "firmowa" publiczność jest gorsza? Michał Anioł malował obrazy, aby zaspokoić swoje ambicje artystyczne, natomiast freski w bazylice, żeby zarobić na życie. Chopin był bon vivantem Paryża, uwodził panny, chętnie wydawał pieniądze na szampana, piękne ubrania i karoce. Jak mu nie starczało, brał mniej lub bardziej zdolne uczennice i udzielał im lekcji gry na fortepianie. Dzisiaj trudno wyobrazić sobie najwybitniejszego polskiego kompozytora, aby rozbijał się luksusowymi samochodami sportowymi, później zaś uczył mało utalentowane panny kompozycji, żeby zarobić 100 zł.

Kiedy Pavarotti śpiewał w londyńskim parku, w pierwszym rzędzie, na VIP-owskich miejscach siedziała para królewska, a obok na trawie ludzie z winkiem i kanapeczkami. Co za widok, królowa słucha muzyki razem z panem, który popija piwko pod krzaczkiem! Czy w tej sytuacji wybitny śpiewak niecnie się sprzedawał za pieniądze? Bardzo to wszystko względne.

Artysta nie istnieje bez publiczności. Mozart w swoich czasach pisał przecież przeboje. Był uwielbiany przez tłumy, tak jest zresztą do dzisiaj.

Ja nie podzielam tej sympatii. Mozart mnie nudzi, jest przewidywalny i powtarzalny. Owszem, mogę być zachwycona jego geniuszem, ale ta muzyka mnie nie porywa. Słyszysz jego muzykę i od razu wiesz, że to Mozart, na pewno się nie pomylisz. Natomiast jak słucham Debussy\'ego czy Pucciniego, to drga mi struna wewnątrz. Mogę docenić, że ktoś ma biegłość techniczną, tak jak miliony Koreańczyków, którzy grają sprawnie na fortepianie, są świetnie wyćwiczeni, ale oni wszyscy grają tak samo. W muzyce zachwyca mnie barwa, interpretacja. Lubię, kiedy łechce mi duszę. Maria Callas nie przejmowała się, kiedy jej mówiono, że miesza rejestry, że śpiewa niepoprawnie. No i jakie to ma znaczenie? Do dzisiaj nie ma takiej śpiewaczki, która by porywała tłumy, która by budziła takie emocje. Dzisiaj słucham jej płyt i płaczę, jej śpiew rozrywa mnie od środka. Konkursów chopinowskich nie wygrywają indywidualności. Ivo Pogorelić zachwycał grą na fortepianie, ale nie zdobył nagrody. Konkursy wygrywają ludzie, którzy mieszczą się w ramach ocen, grają poprawnie.

Wyznacznikiem poziomu cywilizacji jest poziom kultury. W Polsce nierzadko artyści po akademiach muzycznych grają pop, w najgorszym wypadku na weselach.

Ja ich nie potępiam. Bo co mają robić? Z etatu w filharmonii czy teatrze nie wyżyją.

Skrzypek w Niemczech gra w orkiestrze i dostaje 100 tys. euro rocznie. Nie musi dorabiać, np. ucząc w szkole. Ma czas pójść do domu i ćwiczyć. U nas muzyk z orkiestry musi pracować na trzech etatach. Zastanówmy się, dlaczego państwo przeznacza na kulturę tylko 0.5 proc. budżetu, a nie np. 5 proc. Dajmy artystom dziesięć razy więcej zarobić i będzie lepiej.

A mecenat wyedukowanej, bogatej klasy średniej nie byłby lepszy niż państwowy?

Ale bogaty nie zawsze oznacza wyedukowany. Niektórzy bogaci aspirują, ale nic wszyscy mają wiedzę. Sponsorują festiwal Elżbiety Pendereckiej, po czym dwie trzecie miejsc w rzędach dla sponsorów jest pusta. Wypada dać, ale potem trzeba przyjść i się męczyć (śmiech).

Grzegorz Rowicki
Trendy
9 czerwca 2011

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia