Możesz być kim chcesz, ale ma to swoją cenę

„Górny Śląsk – świat najmniejszy” - Ingmar Villqist

Do takiego wniosku można było dojść po spotkaniu w Teatrze Rozrywki z Ingmarem Villqistem. Rozmowę z reżyserem prowadził jego przyjaciel Krzysztof Karwat, twórca cyklu paneli dyskusyjnych, spotkań autorskich, debat historycznych i prezentacji artystycznych, organizowanych pod hasłem „Górny Śląsk – świat najmniejszy”.

Na początku wyjaśniono dwie kwestie: pseudonim i droga artystyczna reżysera. To wątki, które przewijają się zwykla się przy okazji takich rozmów.

Jest to już anegdotyczna historia, która rozpoczyna ważny i trudny okres w życiu twórcy. Stawiał pierwsze kroki w stronę reżyserii będąc jeszcze związany ze światem sztuki m.in. przez pełnienie funkcji wicedyrektora Narodowej Galerii Sztuki „Zachęta". Villqist, chcąc łagodnego przejścia w świat teatru szuka dla siebie pseudonimu: „Wymyśliłem go sam, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Szukaliśmy w słownikach, czy jest takie słowo, ale nie znaleźliśmy". Ta szwedzko-norwesko brzmiąca kombinacja kryje jakże polsko brzmiące imię i nazwisko: Jarosław Świerszcz.

W opowieści Villqista nie są istotne daty, funkcje, studia, a raczej samo to, że od kilkunastu lat jest reżyserem i dramaturgiem. To przejście ze świata sztuk plastycznych w drapieżną przestrzeń teatru kosztowała go wiele, prywatnie i emocjonalnie. Zmienia się także kwestia odpowiedzialności wobec widza, publiczności.

Jednak jako - jak o sobie mówi - "radykalny Ślązak", ciężką pracę, pełną poświęcenia i wyrzeczeń ma we krwi. Pełnienie wielu funkcji, branie na siebie kolejnych dramatów i mierzenie się m.in. z takimi tematami jak "Noc Helvera", "Helmucik", "Oskar i Ruth"', "Kostka smalcu z bakaliami", "Beztlenowce", "Złote wesele", "Miłość w Königshütte", "Chłopiec z łabędziem" czy ostatnie dramatyczne i reżyserskie dzieło - "Joseph Conrad" albo obchody 150 lat Chorzowa jest jego codziennością. Jednak jak sam stwierdził: „Naszą siłą jako Ślązaków i tym, co o nas świadczy jest nasza praca". Temat wyjątkowości Śląska i jego mieszkańców powracał w rozmowie: „Mieszkam w Chorzowie Batorym i lubię obserwować starszych ludzi, których twarze wyrażają utrudzenie pracą. Oni wyróżniają się też tym, że nie dali się złamać, uwieść dziwnym ideologiom, miłym hasłom. My jesteśmy nieufni".

Rozmowa była wstępem do obejrzenia telewizyjnego spektaklu „Noc Helvera". To dzieło debiutanckie Ingmara Villqista, które swoją siłą i - co po tylu latach niezwykłe - aktualnością wbija w fotel. Zachowanie jedności czasu, miejsca i akcji daje pewien oddech kompozycyjny i pozwala skupić się na rozgrywanym dramacie dwóch sobie najbliższych osób. Reżyserka Barbara Sass, doskonale oddała poprzez ujęcia w mieszkaniu bohaterów i dodatkowe kadry z innych nagrań (płonące ulice, demonstracje tłumów, walki z policją), burzliwość, złowieszczą energię zewnętrznego świata, który wdziera się w przestrzeń domową. Oglądamy i przeżywamy przez ponad godzinę nieustającą konfrontację potężnych sił. Siłę  troskliwej matczynej psychologii miłości i socjologicznie niebezpieczną siłę fanatyzmu. Jest to jeden z tych spektakli, które nie pozwalają zapomnieć o swoim przesłaniu. Szczególnie w czasach, kiedy teatralne emocje Villqistowej opowieści konfrontują się z emocjami niepokojącej rzeczywistości.

Agnieszka Markowska
Dziennik Teatralny Katowice
27 stycznia 2018
Portrety
Ingmar Villqist

Książka tygodnia

Cyrk w świecie widowisk
Warsztaty Kultury w Lublinie
redakcja Grzegorz Kondrasiuk

Trailer tygodnia