Mróz

"Plac bohaterów" - reż. Grzegorz Wiśniewski - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

W spektaklu Grzegorza Wiśniewskiego nienawiść pożera, wykoślawia wszystkich. To "Plac Bohaterów" tak samo ostry jak u Krystiana Lupy, choć w inny sposób.

Wiśniewski decydując się ten dramat Bernharda, zadekretował swą niezależność w naszym teatrze. Nie minęły przecież trzy lata, jak Lupa pokazał ten tytuł w Litewskim Narodowym Teatrze. O przedstawieniu szybko zrobiło się głośno, kilka razy gościliśmy je w Polsce, "Plac" wraz z wrocławską "Wycinką" okazały się dla Lupy powrotem zarówno do austriackiego pisarza, jak i - co istotniejsze - do wspaniałego teatru.

Tymczasem w łódzkim Jaraczu Wiśniewski stawia nam wymagania inne. Ten jeden z najtrudniejszych dramatów Bernharda, rozliczeniowy wobec austriackiego społeczeństwa unurzanego w nazizmie, reżyser zamienia w sterylne laboratorium, w którym przyglądamy się członkom rodziny Szusterów niczym obiektom medycznego badania. Realizm zostaje tu niemal wyrugowany, przestrzeń zawężona, słowa przecedzone. Dla Wiśniewskiego liczą się przerysowane postaci, jak z koszmaru, i wyraźne znaki sceniczne, np. dziura pośrodku podłogi w salonie, która przypomina, że wielki nieobecny prof. Józef Szuster popełnił samobójstwo, skacząc z okna. A to przecież o nim cały czas mowa, o jego niezgodzie na świat. O jego osobowości opowiada fenomenalna Barbara Marszałek jako gospodyni Zittel.

Gdy zaś na scenie pojawia się jego brat, Robert grany przez Bronisława Wrocławskiego, historia zyskuje kolejny początek. Dowiadujemy się, dlaczego Józef odebrał sobie życie i dlaczego Robert nie potrafi tego zrobić, mimo że sam jest żywym trupem - Wrocławski chodzi o lasce, ubrany w ekstrawagancki czarny płaszcz, pod którym można dostrzec gorset ortopedyczny. Właściwie wszyscy są tu martwi i pożerani przez nienawiść do świata, jakoś usprawiedliwioną, choć u Bernharda ta nienawiść odradza się w każdym zdaniu na nowo, coraz mocniej, wydaje się nawet zbyt deklaratywna. Nieco to przeszkadza Wrocławskiemu, ale i tak wybitny aktor trafia z przekazem perfekcyjnie. Szkoda jednak, że trzecia scena dramatu została tak skrócona (i nie ma tu kilku postaci), lecz może w tak potężnej dawce frazy Bernharda byłyby już nie do zniesienia?

Wiśniewski zmienia również zakończenie, sugerując, że przed śmiercią nie ma tu ucieczki. Przed tym zimnym spektaklem też nie ma ucieczki. Wraca, męczy, kłuje - jak sopel nagle przyłożony gdzieś z tyłu głowy.

Przemysław Skrzydelski
wSieci
22 stycznia 2018

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia