Msza na afisz

"Msza" - reż: Artur Żmijewski - Teatr Dramatyczny im. Gustawa Holoubka

Spektakl Żmijewskiego pokazał, że w Polsce o katolicyzmie da się mówić językiem innym niż teologiczny. Eksperyment się udał. "Msza" wraca do teatru.

Rene Magritte był jednak genialny. W 1928 r. namalował na płótnie fajkę i napis "Ceci n\'est pas une pipę" (To nie jest fajka). W ten prosty sposób belgijski artysta objaśnił zasadę działania sztuki; odsłonił jej tajemniczy mechanizm. Oglądamy fajkę, ale żadnej fajki przecież nie ma. Co zatem widzimy? Płótno? Rozsmarowaną na nim farbę? Pojęcie? Wyobrażenie?

W tym miejscu chciałoby się powiedzieć, że geniuszem jest również Artur Żmijewski. Ale nie, geniusz jest figurą anachroniczną, współcześni artyści nie mają już takiego słowa w wokabularzach. Pozostańmy więc przy stwierdzeniu, że Żmijewski jest dziś cokolwiek osamotniony w marszu ku intelektualnym wyzwaniom i nowym punktom widzenia. W takim I marszu przekracza się różne granice, pilnowane przez straże moralności, obyczaju, dobrego smaku i świętości.

Trzeba powiedzieć, że owe granice są dziś o wiele mniej szczelne niż np. w latach 90., kiedy każdy przekraczający je artysta wywoływał alarm i skandal. Ale i tak sztuka polska nigdzie się ostatnio nie wybiera. Artyści zdają się dobrze czuć na tym powiększonym terytorium i robią swoje, rzadko podejmując ryzyko.

Wyjątkiem od tej reguły jest Artur Żmijewski. Odniósł sukces, ale nie zgnuśniał, powodzenie nie stępiło instynktu polemicznego tego artysty, który zawsze jest gotów pokłócić się z rzeczywistością. I nawet jeżeli jest sam, to dwoi się i troi, a role, w których występuje, są jeszcze liczniejsze. Widzieliśmy już bowiem Żmijewskiego w roli artysty, kuratora, performera, filmowca, eseisty, teoretyka, dyrektora artystycznego "Krytyki Politycznej", a nawet dyrektora pewnego fikcyjnego więzienia laboratorium. Za trzy miesiące zobaczymy w Berlinie przygotowane przez Żmijewskiego Biennale Sztuki, które ma być inne niż wszystkie biennale. I choć polski artysta płonie w ogniu przygotowań, zdążył jesienią zainscenizować na deskach warszawskiego Teatru Dramatycznego "Mszę". "To nie jest msza" - mógłby za Magritte powtórzyć Żmijewski, pomimo tego, że widzowie nie zobaczyli w Dramatycznym niczego innego, jak właśnie katolickie nabożeństwo, z czytaniami, kazaniem, podniesieniem, pieśniami i zbieraniem na tacę. Msza nie została jednak odprawiona, lecz odegrana. Celebrujący ofiarę ksiądz był aktorem, ołtarz rekwizytem, zaś publika - cóż, publika pozostawała rozdarta między odruchem uczestnictwa (większość z nas schemat zachowań w kościele ma zatopiony w pamięci ciała) a świadomością, że "to nie jest fajka".

Ktoś powie, że teatr wywodzi się przecież z misteriów, a zacieranie granicy między spektaklem a rytuałem to jeden z wielkich teatralnych tematów xx w. Sęk w tym, że Żmijewski nie jest Grotowskim i nie jest człowiekiem teatru, lecz artystą, który konceptualne myślenie wyssał z mlekiem matki sztuki. Jego "Msza" nieprzypadkowo tkwi w cudzysłowie, sensem gestu Żmijewskiego nie było wprowadzenie elementu rytualnego w przestrzeń sztuki, lecz przeciwnie - wypompowanie z nabożeństwa rytualnych soków i pozostawienie czystej formy.

Większość widzów w Polsce scenariusz katolickiej liturgii mszy zna na pamięć, a jednak czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Czy warto to zobaczyć? Pytanie jest retoryczne w kraju, w którym religia jest fundamentalnym składnikiem kultury.

Dlaczego o tym mówić teraz, skoro "Msza" została odegrana w październiku? Otóż dlatego, że eksperyment Żmijewskiego wchodzi teraz do Dramatycznego jako zwykły, repertuarowy spektakl. To subtelna zmiana, widzowie kolejnych przedstawień nie zobaczą nic innego niż ci, którzy przyszli do teatru kilka miesięcy temu (i ci, którzy co niedziela uczęszczają do kościoła). Różnica jest subtelna, ale ważna. Dzięki "Mszy" współczesna kultura stała się na moment przedmiotem zainteresowania prawicowych mediów, co zdarza się rzadko, ale spektakl nie skończył się skandalem, zamieszkami ani pikietą przed teatrem. W tym sensie eksperyment się powiódł, okazało się, że o zasadniczym składniku polskiej świadomości, jakim jest katolicyzm, da się dyskutować z pozycji innej niż punkt widzenia wyznawcy. Wprowadzenie "Mszy" do repertuaru to znak, iż sytuacja, która jeszcze w październiku wydawała się wyjątkowa, staje się zupełnie normalna.

Stach Szabłowski
Przekrój
17 stycznia 2012

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia