Muzyczna inscenizacja w Arlekinie

"Włókniarki" - reż. Tomasz Man - Teatr Arlekin w Łodzi

Temat włókienniczej Łodzi jest dość popularny w łódzkich teatrach. W Teatrze Nowym im. K. Dejmka wciąż jest w repertuarze - choć na chwilę obecną nie grana - „Ziemia obiecana" w reż. Remigiusza Brzyka, w Teatrze Wielkim do obejrzenia w tym sezonie jest zarówno „Ziemia obiecana" z choreografią Graya Veredona jak i opera „Człowiek z manufaktury" skomponowana przez Rafała Janiaka do libretta Małgorzaty Sikorskiej - Miszczuk.

Całkiem niedawno i także w Teatrze Nowym miała miejsce premiera spektaklu „UCIECHY staroPOLSKIE z kuzynką rzymskiej Wenus Wenerą" w reżyserii Darii Kopiec. W Teatrze im. S. Jaracza natomiast można obejrzeć adaptację Roberta Latuska książki Katarzyny Bondy pod tytułem „Aszkenazy- menel z Łodzi". Zatem nie dziwi, że w ramach akcji „Dotknij teatru" powstał w Łodzi jeszcze jeden spektakl nawiązujący do historii miasta włókienników, tym razem w Teatrze Arlekin im. Henryka Ryla.

Łodzianie chyba lubią oglądać spektakle poruszające typowo łódzkie motywy i wątki, wypełniają bowiem widownię na takich spektaklach niemal do ostatniego miejsca. I tak też się stało w miniony weekend w Teatrze Arlekin podczas „Włókniarek" w reżyserii Tomasza Mana.
Pojechałam obejrzeć „Włókniarki" bardzo zaciekawiona. Miała to być adaptacja książki p.t. „Aleja Włókniarek" Marty Madejskiej a ja akurat byłam po jej lekturze. Zastanawiałam się, jaką historię opowie Tomasz Man, bo właściwie książka Marty Madejskiej to opracowanie naukowe, nie ma w niej fabuły w takim literackim sensie. Poza tym jako córka włókienników, znająca ich codzienne troski, mijanie się na zmianach, trud gospodarowania zarobkami i wykształcenia trójki dzieci, ciekawa byłam ujęcia tematu i tego, co wydarzy się na scenie.

Działo się w sumie sporo, ale wychodząc ze spektaklu czułam raczej niedosyt. Spektakl obronił się przede wszystkim muzycznie. Po prostu dobrze zabrzmiał. Występujący na żywo zespół muzyczny w składzie: Andrzej Domaradzki (perkusja), Maciej Kuliberda (gitara), Michał Nowak (gitara basowa) zagrał z dużym wyczuciem dźwięku i uwagą. Był idealnie zsynchronizowany z występującymi aktorkami, które zresztą wykazały się też niezłymi głosami i talentem wokalnym.

Skąd zatem ten niedosyt? Opowieść o włókniarkach była po prostu banalna. Nie, nie chodzi o to, że ich życie było mało ważne a los mało przejmujący. Raczej o to, że opowiedziano o nim w sposób nijaki. Chronologicznie poukładane obrazy z życia włókniarek zostały dosłownie wyjęte z książki Madejskiej i przystrojone dźwiękami na tyle dynamicznymi, by scenicznym włókniarkom w prosty sposób nadać rys bojowniczek albo buntowniczek. I tyle. Kobiety pracujące w przemyśle włókienniczym były przede wszystkim żonami i matkami. Tymczasem oglądając spektakl można było odnieść wrażenie, że tożsamość kobiet zbudowana była głównie na roli zawodowej i często w opozycji do rodziny a ja wiem, że to nieprawda. Pod koniec spektaklu pojawia się ładny symbol – nić, która łączy wszystkie postaci włókniarek we wspólnocie. To był jeden z ciekawszych momentów spektaklu, choć potencjał znaczeniowy tego symbolu nie został wykorzystany.

Poszczególne sceny zbudowano z kierowanych w stronę widowni melorecytacji fragmentów książki Madejskiej i piosenek również zaczerpniętymi z tej książki. Osią spajającą sceny był upływający czas - włókniarkom towarzyszyliśmy od przełomu XIX i XX wieku po 2017 rok. Czy jednak upływ czasu odgrywał jakąś znaczącą rolę w przedstawieniu poza technicznym uporządkowaniem tychże scen? Moim zdaniem nie, bo był nieciekawie wyeksponowany. Jego upływ był oczywiście sygnalizowany, ale właściwie nie miało to większego znaczenia. Scena pojawiała się za sceną niczym pokaz slajdów - jakbym czytała fragmenty „Alei Włókniarek", nie dbając o to, że pomijam całe fragmenty książki. Oj, brakowało mi historii, która po prostu tutaj nie została opowiedziana. Nie została nawet wyśpiewana. Brakowało mi też interakcji pomiędzy postaciami na scenie. Jeżeli była to zaledwie obok, nieistotna, bo pozbawiona wagi. Odniosłam za to wrażenie, że to widzowie mieli w spektaklu odegrać jakąś tajemniczą rolę, bo tak często i tak intensywnie aktorki niemal obrzucały ich emocjami.

Postaci włókniarek przedstawiono z dużą gwałtownością. Myślę, że na granicy przesady, choć przyznam – mając na uwadze rockowy charakter spektaklu – że to, co działo się na scenie oglądało się właściwie dobrze. Gniew odmalowany na twarzach włókniarek był gniewem, smutek smutkiem a rezygnacja rezygnacją. Występujące w spektaklu aktorki Teatru Arlekin, czyli Agata Butwiłowska, Emilia Dryja, Klaudia Kalinowska, Adrianna Maliszewska, Katarzyna Pałka, Joanna Wiśniewska, Małgorzata Wolańska i Karolina Zajdel naprawdę zagrały bardzo dobrze. I bardzo dobrze zaśpiewały. Ich występ przypominał wygłoszenie mowy oskarżyciela przed ławą przysięgłych. Może akurat takie były zamierzenia Tomasza Mana. Czy jednak oskarżycielem miał być sam reżyser czy postaci spektaklu? Nie jest to do końca jasne. No i właściwie kogo oskarżano? Jakąś nienazwaną, ale ustrukturyzowaną konstrukcję społeczną, system władzy czy kraj, w którym włókniarki żyły, pracowały i umierały? A może nas, widzów, pokolenie, które o włókniarkach już nie pamięta?

W mojej ocenie wystawiona w Arlekinie historia włókniarek nie broni się jako spektakl, ale jako koncert – tak. Być może reżyserowi chodziło tylko o to, żeby zrobić koncert, który byłby grywany w teatrze a nie opowiedzieć historię.

Dla mnie jednak to stanowczo zbyt mało, by wyjść z teatru jako widz zaspokojony.

Agnieszka Kowarska
Dziennik Teatralny Łódź
22 listopada 2019
Portrety
Tomasz Man

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia