Myślę rymując i śpiewając

Rozmowa z Jackiem Mikołajczykiem

Nie planuję żadnej rewolucji. Będziemy przygotowywali nowe spektakle, w liczbie, na jaką pozwalają nam możliwości artystyczne, finansowe i techniczne teatru. Stopniowo będą zastępowały te już wyeksploatowane. Zastałem w teatrze różnorodny repertuar, w znakomitej większości doskonale przyjmowany przez publiczność. Nie mam zamiaru marnować tego potencjału.

Z Jackiem Mikołajczykiem, dyrektorem naczelnym i artystycznym Teatru Syrena w Warszawie, rozmawia Ryszard Klimczak z Dziennika Teatralnego.

Ryszard Klimczak: Gratuluję objęcia ten szczególnej zarówno dla teatralnej historii Warszawy jak i dla polskiego teatru zasłużonej, jednej z najbardziej rozpoznawalnych i bardzo lubianej przez publiczność sceny.
Przed panem, poza założycielem Jerzym Jurandotem, dyrektorami Syreny byli m. in.: Kazimierz Rudzki, Janusz Warnecki, Kazimierz Krukowski, Witold Filler, Zbigniew Korpolewski, Barbara Borys-Damięcka i Wojciech Malajkat. Teraz scenę obejmuje przedstawiciel młodego pokolenia, teatrolog, reżyser i tłumacz. Znawca, twórca i popularyzator teatru muzycznego. Z jakim nastawieniem przystępuje pan do pracy z zespołem?

Jacek Mikołajczyk: - Bardzo pozytywnym. W koncepcji programowej, którą przedstawiłem komisji konkursowej wybierającej kandydata na dyrektora Syreny, nawiązałem właśnie do tradycji tej sceny. To tradycja międzywojennego warszawskiego teatru rewiowo-muzycznego, z którego wyrastali założyciele teatru przy Litewskiej i którą kontynuowali jego twórcy przez kilkadziesiąt lat. Wtedy był to nowoczesny, miejski teatr muzyczny, adresowany do szerokiej publiczności. Jego odpowiednikiem jest dzisiaj musical w jego całej okazałości – od popularnych tytułów broadwayowskich czy westendowskich po autorskie spektakle wykorzystujące muzyczno-tekstowo-ruchowy żywioł. Pamiętając o znakomitym dorobku Syreny, o wspaniałych twórcach związanych z nią dawniej i dzisiaj, chciałbym obecnemu zespołowi aktorskiemu i merytorycznemu przedstawić propozycję współpracy przy kreowaniu nowoczesnego, miejskiego teatru, mocno opartego na formach muzycznych. Chociaż niekoniecznie ograniczającego się do nich.

Z jakim wyprzedzeniem przygotował pan program dla Syreny? Kiedy zobaczymy pierwszą pańską propozycję repertuarową?

Program, który zaproponowałem, jest wypadkową moich wieloletnich przemyśleń na temat teatru muzycznego i doświadczeń artystycznych z jednej strony oraz potencjału i specyfiki Syreny z drugiej. Konsultowałem się z artystami współpracującymi z tym teatrem, starałem się też uwzględnić jego możliwości – zespół artystyczny, pojemność widowni, warunki techniczne, dotychczasowe doświadczenia w repertuarze muzycznym. Nieoceniona była też pomoc Marcina Zawady, który wystartował w konkursie razem ze mną i obecnie jest zastępcą dyrektora Syreny. Marcin wykonał ogromną pracę nad analizą preferencji warszawskiej publiczności oraz możliwości dostosowania do nich oferty programowej Syreny. Oczywiście musieliśmy skonkretyzować swobodne pomysły dosyć szybko, tzn. w ciągu paru tygodni dzielących ogłoszenie konkursu od ostatecznego terminu składania zgłoszeń. Teraz intensywnie staramy się przełożyć program na konkrety.

Jest pan znany z „dobrej ręki" zarówno przy wyborze właściwych pozycji teatralnych jak i interesującym i sprawnym ich realizatorem. Przykładem niech będzie pańska gliwicka praca - „Rodzina Addamsów" w Gliwickim Teatrze Muzycznym, reżyserski debiut, spektakl nagrodzony Złotą Maską właśnie za reżyserię. Niektórzy uważają, że była to najlepsza pozycja zrealizowana w GTM w ostatnich latach. Czy w „swoim" teatrze również zamierza pan reżyserować i jeśli tak, co to będą za propozycje?

Oczywiście. Będę w końcu łączył obowiązki dyrektora naczelnego i artystycznego. Chciałbym wyreżyserować pierwszą premierę Syreny w tym sezonie. W programie zaproponowałem, by był to musical „Czarownice z Eastwick", oparty na znakomitej powieści Johna Updike'a oraz na znanym filmie z Jackiem Nicholsonem, Cher, Michelle Pfeiffer i Susan Surandon. Tytuł ten z jednej strony wpisuje się w linię repertuarową mojego poprzednika, Wojciecha Malajkata, który często proponował adaptacji wybitnych dzieł filmowych czy literackich, z drugiej jest znakomitym musicalem. Wstępnie uzyskałem już zgodę na wystawienie tego tytułu, właśnie negocjuję warunki. Nie będzie łatwo, bo partnerem jest w tym wypadku sam Cameron Mackintosh, najważniejszy producent musicalowy na świecie. Ale jestem dobrej myśli. A do współpracy zaprosiłem grono artystów, z którymi realizowałem dotychczasowe premiery.

Sukces „Rodziny Addamsów" miał miejsce dzięki, między innymi, znakomitemu przekładowi libretta. Jest pan nie tylko tłumaczem tekstów i piosenek musicalowych ale, jak widać, ma pan już w tym spore doświadczenie i co najważniejsze czuje pan publiczność, co dla powodzenia sztuki, w tym może szczególnie musicalu, może mieć znaczenie kluczowe. Jest pan autorem przekładów ponad dziesięciu librett musicali, które dzięki temu po raz pierwszy mogły zaistnieć na naszych scenach m. in. „42 ulica" Harry'ego Warrena, „Ragtime" Stephena Flaherty'ego, „Tarzan" Phila Collinsa, „Hotel pod Wesołym Karpiem" Josepha Hendela, czy „Zakonnica w przebraniu" Alana Menkena. Już tyko te dzieła wpisują pana do historii polskiego musicalu, ale przecież były i będą jeszcze inne. Jakie?

W najbliższym czasie odbędą się premiery jeszcze trzech musicali w moim tłumaczeniu, w tym dwóch polskich prapremier. „Nine" Maury'ego Yestona reżyseruję w Teatrze Muzycznym w Poznaniu i zdecydowałem się przygotować nowy, własny przekład tego musicalu. W październiku w warszawskiej Rampie odbędzie się premiera znakomitego musicalu Davida Yazbeka „Kobiety na skraju załamania nerwowego", według słynnego filmu Pedra Almodóvara. Jakub Wocial, jeden z inscenizatorów tego musicalu, zaproponował mi przekład jego libretta i tekstów piosenek. Muszę przyznać, że było to największe wyzwanie, z jakim miałem do czynienia do tej pory jako tłumacz: nieregularne teksty, łączące w sobie melodykę języka angielskiego z rozedrganiem rytmów hiszpańskich, niezwykły ładunek emocjonalny wpisany w farsową właściwie akcję, błyskotliwe, pełne gier słownych dialogi, które powinny padać ze sceny w karabinowym tempie... Nie było łatwo, ale za to jak twórczo! Słyszałem na próbach piosenki w wykonaniu aktorów Rampy – brzmią wyśmienicie. Największa w tym zasługa właśnie aktorów, ale mam wrażenie, że nie tak znowu bardzo utrudniłem im pracę. W Teatrze Rozrywki w Chorzowie odbędzie się z kolei wkrótce premiera korporacyjnego musicalu „Jak odnieść sukces w biznesie zanadto się nie wysilając", również w moim tłumaczeniu. Był to więc dla mnie bardzo pracowity rok – ostatnio prawie że myślę rymując i śpiewając, co jest zresztą całkiem zabawne dla mnie samego. To nagromadzenie projektów świadczy też o tym, jak dobrze dzieje się w Polsce z musicalem. Takiego wysypu ciekawych propozycji repertuarowych, w tym prapremierowych, jak w tym roku, jeszcze nie mieliśmy.

Sześć lat temu napisał i wydał pan książkę „Musical nad Wisłą". To chyba pierwsza pozycja literacka obejmująca dzieje polskiego musicalu powojennego. Jednak w ostatnich latach, w znacznej mierze dzięki panu, zrobił się w Polsce spory musicalowy ruch. Zapewne zbiera pan już materiały do następnego opracowania?

No właśnie, jak wspomniałem, w tym roku, a właściwie tej jesieni, jest naprawdę dobrze. Duże polskie premiery w warszawskiej Romie („Piloci) i w Gdyni („Wiedźmin"), prapremiery w warszawskiej Rampie („Kobiety na skraju załamania nerwowego"), w Białymstoku („Doktor Żywago") i w Chorzowie („Jak odnieść sukces..."), duże musicalowe premiery w Poznaniu („Nine"), Łodzi („Nędznicy") i w Krakowie („Chicago"). W Warszawie w wakacje w Teatrze Dramatycznym odbyła się też polska prapremiera „Kinky Boots". Dzieje się tyle, że właściwie trudno nadążyć. Między innymi dlatego nie jestem pewien, czy jesteśmy w stanie obecnie podsumować stan polskiego teatru muzycznego. Mamy za sobą przejściową dekadę lat 90. ubiegłego wieku, kiedy nie bardzo było wiadomo, w jakim kierunku powinny zmierzać krajowe teatry muzyczne i kiedy paru z nich omal nie zlikwidowano. Po roku 2000 zarysowała się mniej więcej mapa musicalu w Polsce oraz nadrobiliśmy zaległości w prapremierach światowych hitów, doczekaliśmy się też zdecydowanego lidera w postaci warszawskiej Romy. Teraz obserwujemy musicalowy boom oraz coraz większą pomysłowość rodzimych twórców. Materiałów do zbierania jest więc co niemiara, ale na pewno nie czas jeszcze na syntezy.

Właśnie. Ma pan „za płotem" teatr Muzyczny Roma. Duży, prężny, odważny, z umiejętnie prowadzonym repertuarem i dobranym zespołem, któremu przewodzi jeden w najlepszych dyrektorów polskiego teatru. Jak pan zamierza z nim współpracować? Czy ma pan już stosowną koncepcję i strategię? Wojciech Kępczyński to znakomity fachowiec i jednocześnie zawodowy konkurent. Czy panowie współpracowali z sobą na płaszczyźnie artystycznej. Czy zdążyliście już o waszych wspólnych i oddzielnych planach porozmawiać?

Ani ja nie jestem konkurentem dla Wojciecha Kępczyńskiego, ani Syrena dla Romy. O konkurencji mówimy przede wszystkim w odniesieniu do dużych teatralnych rynków, gdzie widzowie mają do wyboru kilkanaście czy kilkadziesiąt pozycji musicalowych. W Warszawie mogli do tej pory wybierać między dwoma-trzema w ciągu roku. Jeśli ta liczba zwiększy się do czterech-pięciu, żaden z teatrów – czy dokładniej żadna z teatralnych kas – nie odczuje tego negatywnie. Co najwyżej widzowie będą mogli częściej chodzić do warszawskiej teatrów na musicale. Dodam przy okazji, że dyrektor Wojciech Kępczyński bardzo mnie wspierał, kiedy kandydowałem do Syreny, a znamy się doskonale jeszcze od czasów moich studiów reżyserskich w krakowskiej PWST, kiedy przez semestr był moim profesorem. Trzymam kciuki za jego „Pilotów" i bezustannie uczę się od niego menadżerskiego i reżyserskiego fachu.

„Nine" to spektakl przygotowywany przez pana w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. To będzie, zdaje się, kolejna prapremiera. Pewnie rozpoczął pan już pracę nad spektaklem. Kiedy odbędzie się gala premierowa?

Premiera odbędzie się 30 września, ale nie jest to polska prapremiera tego musicalu. Kilka lat temu „Nine" zrealizował wrocławski Capitol. W Poznaniu po raz pierwszy w Polsce pokażemy jednak jego nieco przerobioną wersję, w jakiej grany był na Broadwayu w 2003 roku. Nowością jest w niej przede wszystkim to, że poza główną postacią Guida Continiego pojawiają się w niej wyłącznie kobiety. Mam więc od paru miesięcy ogromną przyjemność pracy z zespołem złożonym z ponad dwudziestu aktorek. Każda z nich to osobowość, proszę więc sobie wyobrazić, co przeżywamy na co dzień razem z trzema aktorami kreującymi rolę Guida. Oczywiście żartuję – zespół jest wspaniały, a wgryzanie się w materię nawiązującą do filmu samego Felliniego („Nine" to adaptacja „Osiem i pół") jest najbardziej twórczym i odpowiedzialnym zadaniem, z jakim zetknąłem się w swojej dotychczasowej pracy reżyserskiej. Przyznam, że początkowo tytuł ten trochę nas onieśmielał, ale ostatecznie postanowiliśmy do niego podejść po prostu jak do „zwykłego" musicalu. Co z tego wyniknie, sami jesteśmy ciekawi, a widownia przekona się o tym już wkrótce.

Jest pan związany jako ceniony pracownik naukowy z Zakładem Teatru Uniwersytetu Śląskiego. Będzie mógł pan kontynuować ten kierunek swojej aktywności zawodowej?

Zdecydowałem się poprosić swoją szefową, prof. Ewę Wąchocką, oraz rektora UŚ o roczny urlop bezpłatny. Chciałbym skupić się w najbliższych miesiącach na Syrenie, w stu procentach zaangażować się w pracę na nowym stanowisku. Spotkałem w teatrze grono fantastycznych współpracowników, niezwykle otwartych i pozytywnie nastawionych do nowych wyzwań. Sprostać tej energii, oczekiwaniom i entuzjazmowi – dla mnie też będzie to ogromne wyzwanie. A przygotowanie pierwszego sezonu, w którym muszę wyreżyserować jedną premierę, a nadzorować produkcyjnie pozostałe, pochłonie cały mój czas. W przyszłym roku akademickim, kiedy już wdrożę się w nowe obowiązki i nowy tryb życia, chciałbym wrócić do pracy na uniwersytecie i kontynuować swoje badania, wzbogacony o nowe perspektywy.

W jakim stopniu, pod przywództwem Jacka Mikołajczyka, Teatr Syrena zachowa swój dotychczasowy charakter wywodzący się z tradycji muzyczno-dramatycznej Syreny, dokonań jego założyciela Jerzego Jurandota i jego wspaniałych następców? Czy budując jego przyszłość i zapewne dodając swoje indywidualne preferencje repertuarowe będzie miał pan na uwadze tych widzów, którzy przychodzą na Litewską od 1948 roku?

Nie tylko tych, ale także widzów, których Syrena zdobyła w ostatnich sezonach, mocno poszerzając swoją ofertę. Syrena ma wyrobioną i rozpoznawalną markę, jest teatrem lubianym, dobrze wspominanym przez pokolenia warszawiaków. Chciałbym odwołać się do tych wspomnień, zapraszając również na spektakle inspirowane dokonaniami i postaciami wybitnych twórców związanych ze sceną przy Litewskiej. Zaplanowałem osobny nurt tego typu przedstawień.

W jakim kierunku zmierzy teraz linia repertuarowa i w związku z tym, które spektakle zaczną pierwsze schodzić z afisza, które nieco później, a które zostaną na dalsze lata?

Nie planuję żadnej rewolucji. Będziemy przygotowywali nowe spektakle, w liczbie, na jaką pozwalają nam możliwości artystyczne, finansowe i techniczne teatru. Stopniowo będą zastępowały te już wyeksploatowane. Zastałem w teatrze różnorodny repertuar, w znakomitej większości doskonale przyjmowany przez publiczność. Nie mam zamiaru marnować tego potencjału.

W jakim stopniu otworzy pan teatr na nowe pokolenie amatorów muzycznego teatru? Czy pomyśli pan także o widzach najmłodszych? Co teatr będzie miał dla nich do zaproponowania?

„Syrenie" bajki należą od wielu sezonów do najpopularniejszych w Warszawie. Gramy ich bardzo dużo, bo dziecięca publiczność należy do najwierniejszej i domaga się kolejnych i kolejnych propozycji. A my mamy zamiar grać dla niej tak często i intensywnie, jak tylko się da. Mam też swoje marzenia repertuarowe w tej dziedzinie, musicale dla dzieci i nastolatków, ale jeszcze przez chwilę o tym sza! Rozmowy z twórcami i agentami trwają.

___

Jacek Mikołajczyk - teatrolog, reżyser, tłumacz, doktor nauk humanistycznych. Absolwent reżyserii opery i innych form teatru muzycznego w PWST w Krakowie. Adiunkt w Zakładzie Teatru i Dramatu Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, gdzie również ukończył studia na kierunku kulturoznawstwo (specjalność: teatrologia). Stypendysta Fulbrighta w 2012 roku. W latach 2002-2014 kierownik literacki Gliwickiego Teatru Muzycznego. W latach 2012-2013 gościnny wykładowca University of Washington w Seattle (USA). Autor książek: "Musical nad Wisłą" (Gliwicki Teatr Muzyczny) oraz "Zabójczy flirt. Literatura i terroryzm" (Wydawnictwo Naukowe PWN). Od września 2017 dyrektor Teatru Syrena w Warszawie.

Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
9 września 2017

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski