Myślmy swoje

"III Furie" - reż. Marcin Liber - Teatr im. H. Modrzejewskiej w Legnicy

Furie, wg mitologii rzymskiej odpowiedzialne za branie odwetu na zabójcach, z racji pełnionej funkcji nazywane zostały przez Heraklita "służebnicami sprawiedliwości". U zarania XXI wieku boginie te, zamiast mordować bez litości, chwyciły za pióra czy może raczej klawiatury swoich komputerów

Na podstawie głośnej „Dzidzi” Sylwii Chutnik i opublikowanych niedawno przez „Kartę” wspomnień Stefana Dąmbskiego „Egzekutor” Magda Fertacz, Sylwia Chutnik i Małgorzata Sikorska-Miszczuk napisały scenariusz. Reżyserii podjął się Marcin Liber. Tak powstały „III Furie” –  rozpaczliwy krzyk o Polskę inną niż ta, którą mamy.

„III furie” to dwie równoległe historie, zazębiające się z sobą. Pierwsza to opowieść o Danucie Mutter  (Joanna Gonschorek) – Matce Polce, która zostaje ukarana za grzechy przodków dzieckiem-potworkiem. Dzidzia rodzi się nie mając „niczego z kończyn oraz właściwie z organów”.  Dodatkowo cierpi na wodogłowie i łupież. Mimo to Matka Polka wychowuje ją najlepiej jak nie potrafi. Zresztą do czego w Polsce może nadać się taka Dzidzia? Można ją sprzedać na rosół albo wykreować na święta – wszak jest wystarczająco haniebna, by ją kanonizować.

Ale Dzidzia nie pojawia się na świecie przez przypadek. Jest karą za niepatriotyczną postawę swej prababki, która podczas II wojny światowej wydała Niemcom Panią Markiewicz (Ewa Galusińska), bo ta nie chciała oddać jej płaszcza. Grzech jest tym cięższy, że zamordowana była kwintesencją naszej narodowej dumy – wychowała syna na żołnierza AK, bohatera. Bohatera-mordercę, uzupełniają natychmiast autorki scenariusza. I to mordercę wyrafinowanego, szaleńca, który z satysfakcją wykonuje wyroki na swoich kolegach Polakach, a nawet na ukraińskich kobietach i dzieciach. Furie żądne sprawiedliwości nadlatują, by matkę mordercy postawić oko w oko z jego ofiarami i obarczyć odpowiedzialnością. Matkę Polkę, która wychowała syna na patriotę.

Temu wyzwaniu rzuconemu w twarz narodowi polskiemu, towarzyszą potężne emocje. Wiele tu krzyku, który nieco rozczarowuje, bo po furiach należałoby się spodziewać prawdziwej wściekłości, a zderzamy się raczej z bezsilnością i rozpaczą. Atmosferę iście furiacką wprowadza jednak zespół Moja Adrenalina - głośny, punkowy, protestujący. Doskonale spisuje się także ekipa aktorska. Postaci wykreowano z taką precyzją, że każda z nich wciąga widza w sam środek fabuły - zapadająca się w rozpaczy profesorowa (Ewa Galusińska), „nadpobudliwy” MC Apollo (Rafał Cieluch) czy Katarzyna Dworak w każdej z ról. Porażająco autentyczna jest Joanna Gonschorek, która gdzieś pomiędzy stanami nienawiści i miłości do niepełnosprawnej córki odnajduje miejsce dla swojej bohaterki. Aktorstwo na wysokim poziomie, świetnie rozplanowany ruch sceniczny (Iwona Pasińska), niewyrafinowana scenografia – nie pozwalają widzowi wyrwać się bolesnej fabule.

Bo też ciężar gatunkowy spektaklu jest nie byle jaki. Z pomocą autorek tekstu scena na Piekarach legnickiego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej przemienia się w coś na kształt sądu. Akt oskarżenia zostaje odczytany, a pod jego ciężarem ugina się Polak – katolik z przyzwyczajenia, rozmiłowany w martyrologii swojego narodu. Mamy więc do czynienia z poważnymi zarzutami. Furie zacierają ręce, zaraz zrobią z tym narodem porządek.

Mimo wysokiego poziomu realizacji, wątpliwości co do sedna pojawia się mnóstwo. To furiackie „robienie porządku” zaczyna w którymś momencie przypominać molestowanie  - „jeśli nie myślisz tak jak my, daj nam chwilę, objawimy ci prawdę” – zdają się między wierszami mantrować autorki. A co do jakości tej „prawdy” też można mieć wątpliwości. Bo np. jakim prawem pokolenia, które wojnę znają z telewizji i książek, podejmują się oceny przyjmowanych wówczas postaw? I to oceny, którą zaraz kwalifikują jako jedyną możliwą do przyjęcia. Czy nie ferujemy zbyt pochopnie wyroków w sprawach, o których pojęcia zbyt wielkiego mieć nie możemy?

Autorki zarzucają Polakom, że żyją przeszłością, wciąż siebie i innych w imię tej przeszłości kamieniując. Nic tylko „ciągłe grzebanie palcem w przebitym włócznią boku”. Nie ma się co oszukiwać, my takie grzebanie uwielbiamy. A jednak nie sposób oprzeć się wrażaniu, że spektakl ma na celu nie tylko splunięcie w stare rany na ciele Polaka, ale także otwarcie całkiem nowych, w których przez prawie dwie godziny spektaklu można z lubością gmerać. Niekonsekwencja, która furiom nie przystoi.

Jednak brawura z jaką Marcin Liber realizuje pomysł budzi podziw. Łoskot, który towarzyszy burzeniu narodowych świętości, jest niezwykle donośny. Realizatorzy podnoszą rękę nie tylko na hymn i bohaterów  narodowych, ale także na Matkę Boską i szeroko pojętą religijność. Nie rozdają ciosów na oślep, byleby tylko poobrażać każdego, kto nie myśli jak oni. Doceniają swoją publiczność, sięgając m. in. do kultury antycznej, by przenieść rzeczywistość spektaklu na inny poziom. Te wielokrotnie pojawiające się tekście odniesienia do bogów rzymskich i greckich są doskonale trafne, a rozgryzanie ich to dla widza bardziej lub mniej (w zależności od znajomości mitologii) satysfakcjonująca zabawa.

„III Furie” to spektakl, który otwiera drogę do polemiki, szanuje inteligencję widza. Trochę żal, że przedstawienie nie utrzymuje tak wysokiego poziomu do samego końca. Scena, w której gestapowska prostytutka opisuje, jak Armia Krajowa morduje bez powodu jej kalekiego ojca, zahacza niebezpiecznie o kicz. Sztuka, która rozbija złote cielce, nagle kreuje nowe bożki w sposób tandetnie wzruszający. W nieco innym stylu rozczarowuje zakończenie, które zmienia się w radosny koncert życzeń. Jakby chciano rozmyć kontury oskarżenia, sprawić, by nie wybrzmiało ono do końca. Dlaczego z tak mocno naładowanego intelektem spektaklu na chwilę przed końcem postanowiono spuścić powietrze? Naprawdę niewiadomo.

O „III Furiach” zrobi się niebawem głośno. Nie może być inaczej, bo mniej lub bardziej precyzyjnie ale spektakl ukazuje prawdę o Polsce. I to prawdę taką, na którą wielu nie chce się godzić. Jednak kiedy rozmowa wychodzi z rynsztoka, a wchodzi na scenę, można mówić chyba wyłącznie o pozytywnym zjawisku.

Przede wszystkim jest ważne, że udało się zrealizować sztukę, zmuszającą do myślenia. Ten spektakl „wali” widza w twarz rzeczywistością. Obok „III Furii” nie da się przejść bezmyślnie. Można się z „furiackim” przesłaniem spektaklu zgadzać albo nie, ale zobaczyć go najzwyczajniej w świecie po prostu trzeba. Możliwe też, że po wyjściu z teatru, widz i tak pomyśli „swoje”. Siłą spektaklu jest jednak to, że pomyśleć musi, bo niepomyśleć - nie może.

Anna Leksy
Dziennik Teatralny
18 marca 2011

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia