Myśmy wszystko zapomnieli

"W imię Jakuba S" - reż. Monika Strzępka - Teatr Dramatyczny w Warszawie

"W imię Jakuba S." Demirskiego w reżyserii Strzępki jest spektaklem bardzo dla widza niewygodnym. Spod spodziewanej konwencji buffo ze znacznie większą niż dotychczas siłą przebija ton serio.

"W imię Jakuba S." Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki to na pierwszy rzut oka typowy spektakl sygnowany ich nazwiskami - komiczny, groteskowy, zadziorny, i rozbijający balon powagi, który unosi się nad innymi spektaklami podejmującymi podobne kwestie - zwykle w perspektywie uniwersalizującej, metaforyzującej i sublimującej. Oni mówią do widza lokalnie, przyziemnie, wprost, rzucając proste pytania i doprowadzając sceniczną rzeczywistość do granicy absurdu, za którą zaczyna się prowokacja.

Znamy, znamy - chciałoby się powiedzieć. Zaakceptowaliśmy, przyswoiliśmy, weszliśmy w tę grę i postanowiliśmy świetnie się w niej bawić. Czy za tą powszechną akceptacją i uznaniem nie kryje się jednak chęć oswojenia, nadania nazwy, przyklejenia etykiety? Teraz każdy będzie się mógł nią posłużyć, a więc być może już nikt nie śmie się oburzyć.

Strzępka i Demirski doskonale zdają sobie sprawę z mechanizmów wciągania do mainstreamu tego, co jeszcze do niedawna uznawane było za marginalne, jeśli nie obsceniczne, ale już dłużej nie daje się ignorować. W tej świadomości tkwi ich siła, która pozwala na ironiczną grę z takimi mechanizmami. Ostatnim spektaklem udowadniają, że nie tak łatwo zamknąć ich w działce "dobra zabawa". Nie znaczy to wcale, że robią teatr elitarny. Nie o tego typu proste przeciwstawienie chodzi. Wręcz przeciwnie - podejmują tematy i problemy, których tak zwane elity nie dostrzegają, lub je bagatelizują. I zwracają się do każdego widza, który zechce podjąć z nimi dialog, ale nie dostarczają - mimo atrakcyjności formy - treści łatwych do skonsumowania. "W imię Jakuba S." jest w gruncie rzeczy spektaklem bardzo dla widza niewygodnym. Spod spodziewanej konwencji buffo ze znacznie większą niż dotychczas siłą przebija ton serio. Powaga tkwi przede wszystkim w tekście, który bawiąc się rozmaitymi rejestrami mowy, grając konwencjami językowymi i uwodząc słownym absurdem, jest jednocześnie niezwykle ostry, przenikliwy i w kulminujących momentach dojmujący.

Kiedy Krzysztof Dracz, grający Szelę i zapijaczonego ojca w jednej osobie, rozpoczyna jeden ze swych monologów, zwracając się wprost do widzów, bezwzględnie i szorstko słowami: "ja was znam, co wy myślicie, że was nie znam?", to czujemy już doskonale, że rozpoznanie sytuacji społecznej, jakie ten spektakl proponuje, jest z gruntu pesymistyczne (co samo w sobie nie jest żadnym odkryciem), ale oskarżycielsko-ironiczny ton, w jakim jest formułowane, nie jest ani wyższościowy, ani jednokierunkowy (co już znacznie mniej oczywiste). Oskarżenie i oburzenie nie jest wymierzone w tym spektaklu jedynie w jakichś onych, których trzeba wyśmiać, symbolicznie uśmiercić, obnażyć, zdetronizować. Znacznie większe znaczenie mają tu zaimki "my" i "wy", przed których bezpośredniością trudniej uciec w bezpieczny śmiech.

"Myśmy wszystko zapomnieli" - te słowa z "Wesela" Wyspiańskiego powracają w spektaklu Strzępki wraz z Jakubem Szelą - upiorem przeszłości i wypieraną zmorą teraźniejszości. Wraz z nim pojawia się niezwykle ważne pytanie o naszą pamięć historyczną i tożsamość społeczną. Jakub Szela, owiany z jednej strony zapomnianą, w znacznym stopniu ludową legendą przywódcy chłopskiego buntu wymierzonego przeciw systemowi pańszczyźnianemu, z drugiej - okrzyknięty narodowym zdrajcą, który krwawym powstaniem przyczynił się do zaprzepaszczenia kolejnego szlacheckiego zrywu niepodległościowego, jawi się tutaj - wbrew uproszczonej wykładni historycznej - jako postać z gruntu niejednoznaczna. W spektaklu nie tyle jednak chodzi o postać historyczną, ile o pewien mit, który za nią stoi - mit, który dopiero trzeba stworzyć, czy może raczej wydobyć z historycznej nieświadomości. Dopiero ten nowy, czy zapomniany mit należy przeciwstawić dominującemu mitowi tożsamościowemu - a ten w Polsce wywodzi się z tradycji niepodległościowo-szlacheckiej lub - w innym wydaniu - szlachecko-dworkowej.

Pytanie o nieobecność w naszym kalendarzu świąt daty upamiętniającej zniesienie pańszczyzny i swoisty apel o przywrócenie do publicznego dyskursu paradygmatu ludowego, chłopsko-wiejskiego, nie oznacza jednak wskazania prostej alternatywy. Ten "odpominany" mit ma bowiem swoją ciemną, niebezpieczną stronę, której twórcy przedstawienia nie skrywają - ujawnia się ona w groźnym, wyzywającym spojrzeniu Szeli-Dracza i kondensuje w grymasie pijackiej mordy, która rzuca w naszym kierunku kolejne obelgi i oskarżenia. Szela jest tym, o którym nie chcemy pamiętać - wciela się w pogardzane obrazy chamstwa, pijaństwa, biedy połączonej z agresją i przemocą. Ale to właśnie on stawia niewygodne pytania, drąży problem wolności społecznej i osobistej, zakreśla horyzont społecznych oczekiwań i dążeń, których odzwierciedleniem są osobiste wybory, jakich dokonujemy. Ostatecznie obnaża coraz bardziej obezwładniające, wprowadzające w marazm poczucie braku wyboru. Szela prowokacyjnie pyta w przedstawieniu: co byś zrobił, gdybyś miał wybór - gdybyś dostał 24 godziny, w czasie których możesz dokonać wszelkich zmian, nadać życiu nowy kierunek. No zrób coś - podjudza nowych oburzonych. Ale oburzenie nie znajduje dla siebie odpowiedniej formy.

Budując analogię między czasami rabacji a sytuacją obecną, między strukturą pańszczyźnianą a systemem kapitalistycznym, między zniewoleniem klasowym, którego strażnikiem jest zarządca-ekonom, a zależnością finansową od bankiera i doradcy kredytowego, Strzępka i Demirski wskazują na to, że figura i mit Szeli są nie tylko tylko aktualne, ale i nieusuwalne. Nawet jeśli możemy usunąć, choćby z historycznego kalendarza, samą postać - nie pozbędziemy się tego, co postać ta reprezentuje. W tekście Demirskiego i przedstawieniu Strzępki pamięć jest bowiem zbiorowym somnambulizmem, snem o powszechnym szlachectwie (lub szlachetności). Jakub S. rozwiewa tę ułudę, burząc jednocześnie dobre samopoczucie dzisiejszej klasy średniej. Szela jest w nas, musimy go uznać i przepracować w jego obliczu własne postawy i dążenia. Pytanie tylko, czy dysponujemy odpowiednią formą, by jego oburzenie nie było jedynie siłą destrukcyjną. Na pewno nie da się Szeli obłaskawić poprzez proste ignorowanie jego obecności.

Ewelina Godlewska-Byliniak, kulturoznawczyni, wykłada w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka książki "Tadeusz Kantor: sobowtór, melancholia, powtórzenie" (2011).

Ewelina Godlewska-Byliniak
dwutygodnik.com
4 stycznia 2012

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia